**Odwzajemnienie**
– Gosiu, kim jest ta kobieta? – zapytał cicho Igor, tak aby towarzysze podróży nie usłyszeli.
– Jaka kobieta? – Gosia oderwała się od telefonu, w który pisała wiadomość do przyjaciółki.
– Tamta… Widzisz? Siedzi przy ostatnim oknie i cały czas na nas patrzy. Powiedziałbym, że bezwstydnie się gapi.
Gosia lekko się podniosła, aby zobaczyć o kim mówił mąż. Jej twarz natychmiast się zmieniła. Po chwili jednak udawała, że jest to obojętne i wzruszyła ramionami:
– Nie wiem.
– Nie kłam, – zirytował się Igor, – widziałem, że cię aż skręciło, gdy ją zobaczyłaś. Kim ona jest?
– To moja mama, – po chwili namysłu odpowiedziała Gosia. W tej sekundzie podjęła decyzję, że lepiej będzie powiedzieć prawdę. Na wszelki wypadek.
– Mama? – zdziwił się Igor, – mówiłaś, że jej nie masz.
– To prawda…
– Nie rozumiem, – Igor przyglądał się twarzy żony z ciekawością, – wytłumaczysz mi to?
– Porozmawiamy w domu…
– A nie podejdziesz do niej? Mieszka w naszym mieście?
– Igor, proszę, porozmawiajmy o tym w domu, – w głosie Gosi zabrzmiała prośba, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Dobrze, – rzucił mąż i odwrócił się do okna. Obraził się.
Gosia nie próbowała go uspokajać. Była wdzięczna, że na chwilę zostawiono ją w spokoju.
Chociaż, jaki to spokój? W jej głowie pojawiły się obrazy z dzieciństwa…
***
Gosia nie pamiętała swojego ojca. Wiedziała tylko z opowieści mamy, że był „strasznym” człowiekiem.
Mama mówiła też, że Gosia miała szczęście, że w jej życiu był ktoś wyjątkowy. I był to ojczym.
Jego Gosia dobrze pamiętała od ósmego roku życia. Prawda, nie rozumiała, co w nim było tak wspaniałego.
Gbur, złośliwiec, skąpiec. „Ale co mama w nim widzi?” – myślała mała Gosia, chowając się po kątach, by wujek Piotrek jej nie znalazł.
Nie, nigdy jej nie bił ani otwarcie nie obrażał.
Ale i za człowieka jej nie uważał. Nigdy nie nazywał jej po imieniu. Patrzył na nią jak na puste miejsce.
Jeśli rozmawiał z żoną o Gosi, brzmiało to mniej więcej tak:
– Dziewczyna nie umie się zachować…
– Twoja córka przeszkadza mi wypoczywać…
– Wytłumacz jej, że na chodzenie z chłopcami jest za wcześnie.
– Widziałaś jej dzienniczek? Spójrz! Wstyd mi, że mieszka w moim domu!
„W jego domu! A to nic, że to nasze z mamą mieszkanie?!” – myślała Gosia w wieku dojrzewania. Doskonale pamiętała, że przeniosły się z mamą do tego mieszkania po śmierci babci.
Pewnego dnia, gdy ojczym powiedział to po raz tysięczny pierwszy, Gosia nie wytrzymała i powiedziała prosto w twarz:
– To nie ja, lecz wy mieszkacie w naszym domu! Jeśli nie pasuje, to idźcie sobie! Nikt nie będzie płakać!
Ojczym gwałtownie podszedł do niej, jakby chciał ją uciszyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Obrócił się do żony i przez zęby wycedził:
– Spraw, żeby więcej jej nie widział!
Mama złapała Gosię za rękę, wyciągnęła z pokoju mówiąc:
– Oczywiście, kochanie, będzie jak chcesz…
Zawsze patrzyła na niego jak na bóstwo. Była mu bezwzględnie posłuszna, usługiwała z przymilnym tonem i starała się zadowolić.
Dlaczego? Gosia tego nie rozumiała.
Była jednak pewna, że jeśli ojczym sobie zażyczy, matka bez problemu wyrzuci ją z domu.
– Co ty sobie myślisz? – syknęła mama tamtego dnia do Gosi, – nie waż się tak odzywać do ojca!
– To nie jest mój ojciec! – wykrzyknęła Gosia, – i nigdy nim nie będzie!
– To nieważne! On cię karmi, poi, ubiera, a ty… Niewdzięczna jesteś!
– Nie prosiłam się na świat! – przez łzy krzyknęła Gosia, – i nie prosiłam, żebyście mnie wychowywali! Trzeba było mnie komuś oddać, byle tylko nie męczyć się!
– Trzeba było! – odpowiedziała mama, – nikt cię nie chciał! A twój ojciec uciekł, jak tylko się urodziłaś! Całe życie zmarnowałaś mi!
Słysząc te słowa, Gosia poczuła taką nienawiść, że z całej siły odepchnęła matkę i wybiegła z mieszkania.
Nikt jej nie gonił, a przez cały tydzień, kiedy była nieobecna, nikt nie zapytał, gdzie jest i co się z nią dzieje.
Gosia miała wtedy piętnaście lat…
Co mogła zrobić? Nic.
Koleżanki po kolei przygarniały ją na kilka dni, ale problemu to nie rozwiązało. Trzeba było wracać.
Drżącymi rękami Gosia otworzyła drzwi wejściowe…
– Wróciłaś? – to jedyne, co powiedziała mama, – idź do siebie i nie wychodź, póki nie zawołam…
„Widocznie go przekonała” – pomyślała Gosia i szybko przemknęła do swojego pokoju.
Od tego dnia ojczym więcej nie wspominał o Gosi. Zachowywał się, jakby nie istniała…
Mama oczywiście go w tym wspierała: nie wołała córki do stołu, nie interesowała się jej sprawami, nie próbowała rozmawiać.
Gosia wiedziała, że w jej sprawie już podjęli decyzję. Widocznie czekają tylko aż skończy szkołę…
I nie myliła się. Jak tylko Gosia otrzymała świadectwo, mama zasugerowała, że nadszedł czas przygotować się do samodzielnego życia.
– Jak tylko skończysz osiemnaście lat, pójdziesz na własną rękę, – oznajmiła i znów umilkła.
Gosia pomyślała i postanowiła pójść na studia. Po pierwsze, pozbędzie się swojej obecności z domu, po drugie – studenci z innego miasta dostawali akademik. A to oznaczało, że przez najbliższe pięć lat, miała przynajmniej dach nad głową…
Na studia Gosia nie dostała się. A właściwie dostała, ale na płatne. Wiedziała, że na naukę nikt się nie wykosztuje, ale mimo to powiedziała:
– Mamo, gratuluj mi, zostałam studentką.
Mama spojrzała na nią obojętnie:
– I?
– Tylko trzeba płacić za naukę… Nie za dużo…
– Nawet nie myśl o tym. Ani grosza nie dostaniesz na swoje wybryki! Mało z ojcem w ciebie zainwestowaliśmy?! Odwdzięczyłaś się tylko nerwami! A teraz mamy jeszcze za twoją naukę płacić?!
– Przepraszam. Oczywiście, że nie musicie, – odpowiedziała Gosia, – nie powinnam była ci powiedzieć.
– No właśnie: nie powinnaś. Poszukaj sobie mieszkania.
– Mamo, nie mam za co za nie płacić…
– Idź do pracy, zamiast te studia sobie wymyślać. Daję ci jeszcze miesiąc… A potem się wyprowadzaj.
– Miesiąc to za mało, – Gosia próbowała wzruszyć mamę, – mogę z wami pomieszkać jeszcze chociaż pół roku?
– Ile?! Pół roku?! No nie ma mowy. Ledwo przekonałam ojca, żeby z twoją obecnością się pogodził. Poza tym zaplanowaliśmy remont. Z twojego pokoju chcemy zrobić sypialnię. Krótko: miesiąc, ani dnia dłużej…
I Gosia wynajęła mieszkanie. Trudno było nazwać to mieszkaniem. Malutkie lokum w domku jednorodzinnym. Bez wygód. Z piecykiem. Ale – tanio…
Kiedy opuszczała rodzinny dom, mama dała jej łyżkę, widelec, talerz, kubek, nóż stołowy i mały garnek. Potem po namyśle dorzuciła: jeden ręcznik i stary komplet pościeli.
– Weź jeszcze to, – powiedziała, unikając wzroku i wręczając Gosi małą torebkę, – powodzenia, córko. Mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz, o co mi chodziło.
– Dziękuję, mamo, – odpowiedziała Gosia, – mogę zabrać swoje zimowe rzeczy później?
– Tylko się nie ociągaj, bo możesz ich nie znaleźć…
– Chcesz wyrzucić?
– Ja nie, ale ojcu to może przeszkadzać. Sama rozumiesz…
– Rozumiem, – Gosia objęła mamę, – no cóż, to idę…
I tak w wieku osiemnastu lat Gosia zaczęła samodzielne życie.
Z matczynym błogosławieństwem…
Również ich finansowym. Starczyło na pierwszy miesiąc. Oszczędzała, jak tylko się dało. Nawet nie korzystała z transportu: dojeżdżała do pracy pieszo.
Po pierwszej pensji poczuła się bogaczką! Kupiła zapas kasz i makaronów, butelkę oleju i całe wiadro ziemniaków.
Musiała jeszcze kupić szampon, mydło, pastę do zębów…
Po zakupach policzyła resztę pieniędzy i, odkładając niewielką sumę w ładny kopertę, zdecydowała, że będzie oszczędzać na mieszkanie.
Do mamy pojechała po jakiś miesiąc: odwiedzić ją (nadal naiwnie wierzyła, że mama się ucieszy) i zabrać z ciepłe rzeczy: lato się kończyło, na zewnątrz było już chłodniej.
Otworzył jej drzwi jakiś chłopak.
– Hej, pomyliłam drzwi? – zapytał wesoło.
– Właściwie to do mamy, – zmieszana odpowiedziała Gosia.
– A… Ty pewnie Gosia? Wchodź. Mama wyszła, ale możesz zaczekać.
– Zaczekam, – Gosia zdecydowanym krokiem weszła do kuchni.
Chłopak próbował z nią pogadać, ale ona spojrzała na niego tak, że szybko się wycofał.
Przyszła mama. Nie ucieszyła się zbytnio. Na pytanie o chłopaka odpowiedziała:
– To Olek. Syn męża z pierwszego małżeństwa.
– Dlaczego on z wami mieszka? Planowałaś remont.
– Na krótko. Rozejrzy się po mieście, znajdzie pracę i wynajmie swoje mieszkanie.
– Rozumiem, – odparła Gosia, – zabrałam swoje buty i kurtkę…
– Zabierz wszystko. Niczego nie zostawiaj. Skończyło mi się przesuwanie z miejsca na miejsce.
– Kiedy się skończyło, mamo? Nie było mnie tylko dwa miesiące.
– Nie mądruj się, – zirytowała się mama, – jak już przyjechałaś, zabierz wszystko.
– Nawet nie zapytasz, jak mi się żyje?
– Nie interesuje mnie to, – mama wyraźnie nie chciała albo nie umiała rozmawiać przy Olku.
– Cóż, nie zdziwiłaś mnie, – Gosia skierowała się w stronę przedpokoju…
– Odprowadzić cię? – nagle pojawił się Olek, – jak taką wielką torbę dźwigniesz?
– Jakoś, – rzuciła Gosia i wyszła z mieszkania…
Po paru miesiącach przyjechała ponownie. Tym razem po kurtkę zimową. I znowu otworzył Olek. Tym razem mama była w domu. Na pytanie Gosi:
– Nadal u was mieszka? – mama wybuchła:
– To nie twoja sprawa! Będzie tu mieszkał jak długo chce! W końcu przyjechał do swojego ojca!
– A ja tu mieszkałam z mamą, – dodała Gosia, – tylko mnie to jakoś nie ocaliło.
– Nie porównuj! To coś innego!
– Co innego? – zdecydowanie zapytała Gosia, – jaka różnica?
– Nie muszę ci się tłumaczyć! – krzyknęła mama, – to mój dom i ja tu będę decydować, kto w nim mieszka.
– Rozumiem.
– Co rozumiesz?!
– Że obca osoba jest ci bliższa niż twoja własna córka, – powiedziała Gosia pewnie i spokojnie, czym doprowadziła matkę do furii.
– Nie mam żadnej córki! – wyrzuciła z siebie, – a Olek to syn mojego ukochanego mężczyzny! To jak syn dla mnie!
– Gratuluję, – Gosia patrzyła na matkę, jakby przed nią była całkiem obca osoba, – w takim razie, ja nie mam już matki.
I poszła.
Pewna, że to na zawsze.
Przez cztery lata Gosia nie dawała o sobie znać. Nie dzwoniła, nie przychodziła.
I oto teraz to spotkanie…
***
Gdy Gosia była pogrążona w wspomnieniach, matka wstała i podeszła do córki.
Igor wstał, ustępując jej miejsca.
– Cześć, – Gosia usłyszała znajomy do bólu głos, który próbowała zapomnieć.
– Cześć, – wymamrotała w odpowiedzi.
– Kto to? – matka skinęła głową w stronę Igora.
– Mąż.
– Gratuluję.
– Dziękuję.
– U nas też wszystko dobrze. Tata pracuje, Olek znalazł dziewczynę. Jest sympatyczna i spokojna. Ślub za miesiąc. Wiesz, niedługo zostanę babcią. To takie szczęście! Zdecydowaliśmy przeznaczyć na dziecko twój pokój. Już remont zaczęliśmy. Kupiliśmy najdroższe tapety z dziecięcymi wzorami. Poza tym z papą postanowiliśmy kupić działkę gdzieś w pobliżu. Dziecko potrzebuje świeżego powietrza, witamin. Szukamy czegoś niedrogiego, ale aby domek był mieszkalny i żeby była w pobliżu rzeka albo jezioro…
Gosia słuchała tego potoku słów i nie mogła zrozumieć, dlaczego ta obca, w gruncie rzeczy, kobieta jej to mówi.
– Kiedy wyszłaś za mąż?
– Dwa lata temu, – odpowiedziała automatycznie Gosia.
– Myślicie o dzieciach?
– Syn ma prawie rok.
– To znaczy, że mam wnuka?
– Państwo? – Gosia w końcu odwróciła się do matki.
– Tak, – na chwilę zawstydziła się mama, – jesteś moją córką.
– Coś pani się pomyliło, kobieto. Moja mama umarła cztery lata temu…
Mama zbielała. Milcząc wstała i skierowała się do wyjścia.
Gosia odwróciła się do okna: wcale nie było jej żal… tej kobiety.
Igor przez cały czas przyglądał się obu, wsłuchując się w rozmowę.
I nagle zrozumiał: przecież są sobie zupełnie obce!
I postanowił, że nie będzie pytać żony o przeszłość. Jakoś bał się zaglądać w te chwile…

