Fioletowe okulary

**Fioletowe Okulary**

Brudny, wychudzony pies głośno zawył. Kamień uderzył go w łapę. Biegł, ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Wiedział, że to miejscowi chłopcy – okrutni, źli, niebezpieczni. A on był tylko głodny. Tylko bezdomny.

* * * *

Kacper patrzył na mamę i nie rozumiał, o czym mówi. Wkrótce skończy dziewięć lat. Nigdy nie miał taty, dziadków. Kiedyś często pytał dlaczego, ale nigdy nie dostał odpowiedzi, którą mógłby pojąć. A potem, rok temu, w ich życiu pojawił się Marek. Ścisnął chłopca mocno za rękę, przykucnął przed nim, jakby Kacper był malutki, i oznajmił, że teraz będzie z nimi mieszkał i mogą mówić na niego „tata”. Na początku chłopiec się ucieszył, ale szybko zrozumiał, że to nie Marek wprowadza się do nich, tylko oni do niego. Nie chciał się przeprowadzać – tu miał kolegów z podwórka i ze szkoły. Tu był jego pokój, zabawki… Mama obiecała, że zabiorą wszystkie zabawki, a nowy pokój będzie taki sam. „Koledzy się znajdą”, mówiła. „To tylko kwestia czasu.” Kacper wściekał się na Marka i unikał z nim rozmów.

* * * *

„Synku, idź się pobaw! Popatrz, ile dzieciaków jest na podwórku!”
„Mamo, ja ich nie znam…”
„Kacperku, co ty? Ja też nikogo tu nie znam i wiesz, dla mnie też to trudne. Ale przyzwyczaimy się, poznamy wszystkich! Ważne, żebyś zrobił pierwszy krok, a potem będzie już łatwiej! Zobacz, jaka fajna jest ta plac zabaw. Super, prawda?”

Rzeczywiście, szybko zaprzyjaźnił się z chłopakami. Byli trochę starsi, ale było z nimi ciekawie i wesoło.
„Patrzcie, Dzikus! Szybko, łapcie kamienie! No dawaj!”
Kacper chwycił kamień i pobiegł z resztą. W rogu podwórka, koło śmietnika, kulał stary, wychudzony pies. Zobaczywszy dzieci, schylił głowę i zaczął uciekać. Chłopcy gonili go dalej. Zwierzak schował się w krzakach bzu przy klatce Kacpra.

„Co on wam zrobił?!” krzyczał chłopiec. „Przecież jest nieszkodliwy! Po co go przeganiacie?!”
„O co ci chodzi? To bezpański pies! Ma wściekliznę czy coś! Wszystkie takie są niebezpieczne!”
„Ale nawet się do was nie zbliżył! Szuka tylko jedzenia! Nie bijcie go!”
„Co ty, pojebany jesteś?”

Reszta odeszła, a Kacper stał, nie wiedząc, co robić. Łzy spływały mu po twarzy, nogi się trzęsły. Ruszył w stronę klatki, gdy nagle z krzaków wyjrzała psia głowa. Smutne, czujne oczy. „Może jednak dziki?” – przemknęło mu przez myśl. „Zaraz mnie ugryzie.” Przyspieszył kroku i zatrzasnął za sobą drzwi.

Chłopiec długo nie mógł się uspokoić. Czekał, aż mama pójdzie do łazienki, napełnił kieszenie chlebem, złapał parę parówek i wymknął się na dwór.
„Dzikus… Dzikus…” szeptał ledwie słyszalnie.

Krzaki zaszeleściły, pojawił się pysk. Rzucił parówkę, potem drugą, oddał cały chleb. Pies jadł łapczywie, połykając kawałki, rozglądając się nerwowo. Tak zaczęła się ich przyjaźń.

* * * *

„Kacper, wiesz, kupiłem nam bilety na mecz! Pójdziesz?” – Marek uśmiechał się szeroko.
„Nie mam czasu” – mruknął chłopiec, nadąsany.

Tak było za każdym razem. Czy to kolejka elektryczna, wycieczka do wesołego miasteczka, czy te „niezdrowe” burgery, za które mama krytykowała Marka. Kacper zawsze był niezadowolony. Nie podobał mu się ten „nowy tata”. I wcale nie zamierzał się z nim zaprzyjaźniać.

„Kacper” – mama uśmiechnęła się – „pamiętasz, jak zawsze chciałeś mieć dziadków?”
„No” – zmarszczył brwi.

„Z Markiem bierzemy urlop, za tydzień jedziemy do nich na wieś! Na dwa tygodnie! Będzie super!”
„Nie cieszę się i nie jadę. Mam co robić.”
„Jak to *co robić*? I co niby takiego?”
„Nic! Nic nie robię! Rozumiesz?! Oni nie są *moi*, tylko Marka! To jedź z nim! Ja zostaję!” – krzyczał, bo przecież nie mógł zostawić Dzikusa. Pies dopiero zaczął dochodzić do siebie, rany się goiły, już prawie nie kulał… Dwa tygodnie to za długo!

„Kacper, jak ty się odzywasz?! Co to ma znaczyć?”
„Co się tu dzieje?” – Marek wrócił z pracy w sam środek awantury.

Chłopiec wpadł do pokoju i trzasnął drzwiami. Słyszał, jak mama i Marek się kłócą, wydawało mu się nawet, że padło im nazwisko psa. Zatykał uszy rękami – to przez Marka, nigdy wcześniej mama tak na niego nie krzyczała…

„Co tam, kolego?” – Marek klepnął go w ramię. „Opowiesz mi, jakie to ważne sprawy cię trzymają?”
„Nie.” – Kacper próbował strząsnąć jego dłoń.
„Nie bądź taki. Przecież chcę ci pomóc.” Marek się uśmiechnął. „Może pokażesz mi tego swojego Dzikusa?”

„Skąd wiesz?!” – serce zamarło mu w piersi. Marek tylko się uśmiechnął w odpowiedzi.
„Nie mów mamie… nikomu.”
„A dlaczego ukrywasz swojego przyjaciela?” – zmarszczył brwi.
„Chłopaki by się śmiali… Mama by się wściekła…” – opuścił głowę.

„Słuchaj, mam propozycję! Zabierzmy go na wieś, do dziadków! Będą zachwyceni! Mają duży ogród, budę, będą go dobrze karmić. Myślę, że spodoba mu się tam… A my będziemy przyjeżdżać co weekend!” – mrugnął porozumiewawczo. „Świeże powietrze, śpiew ptaków, raj na ziemi!”

„Dzikus będzie miał swój dom? Naprawdę?”
„Oj, niedowiarek! Oczywiście! Myślałem, że już jesteś duży! Chciałem cię nawet zabrać na ryby!”
„I Dzikus też?”
„No jasne! W końcu jesteśmy razem, prawda?”
„Dziękuję… tato!” – Kacper rzucił mu się na szyję, a gorzkie łzy spływały po jego policzkach, uwalniając dziecięcą duszę od smutku, który nosił w sobie tak długo…

Nigdy nie oceniaj ludzi po pozorach. CzasemDzikus z radością machał ogonem, gdy Kacper wypełniał jego miskę świeżą karmą, a Marek uśmiechał się, widząc, jak jego nowa rodzina w końcu staje się prawdziwym domem.

Oceń artykuł
Newskey24
Fioletowe okulary