Zobaczyłem na trawniku dziewczynę w podartych ubraniach i w rozczochranych włosach. To był jedyny raz, kiedy zdecydowałem się komuś pomóc
Od dzieciństwa prowadziliśmy rodzinny biznes, małą piekarnię. Nasza działalność cieszyła się kiedyś dużą popularnością, jednak wkrótce klientów było coraz mniej. Chyba wszystkim znudziły się zwykłe bułeczki. Mimo to nadal utrzymywaliśmy się na powierzchni.
Kiedy podrosłem, moi rodzice „podarowali” mi tą piekarnię . To nie tak, że zmuszali mnie do prowadzenia tego konkretnego biznesu. Sam często mówiłem, że lubię tą pracę. Po tym jak dostałem piekarnię, zdecydowałem się na duże zmiany. Dokonałem wielu napraw w samym sklepie, zmieniłem wystrój dodałem nowy asortyment. Stworzyłem coś nowego.
Na naszych półkach sklepowych zaczęły pojawiać się nowe, modne desery. Cake pops, muffinki, okrągłe pączki z kolorową polewą, ciastka bento i cała reszta słodkości.
Mimo że nasza piekarnia została zmodernizowana, nadal była pod starym adresem, a ta okolica nie należy do najbogatszych.
Z biegiem czasu przyzwyczaiłem się nawet do wypędzania ze sklepu bezdomnych, którzy wygodnie rozsiadali się przed naszymi oknami. Uważam, że każdy człowiek tworzy swój własny los. Można całe życie pozostać w jednym miejscu i zostać włóczęgą, ale można też spróbować, dążyć do tego, co najlepsze i wydostać się z każdej dziury.
Ilu miliarderów na świecie miało dysfunkcyjne rodziny?
Właśnie ze względu na te poglądy zawsze miałem bardzo negatywny stosunek do bezdomnych i nigdy ich nie żałowałem. Uważałem, że ich życie jest wynikiem wyboru.
Kiedyś na naszej ulicy zobaczyłem małą dziewczynkę siedzącą na trawniku pomiędzy piekarnią, a pobliskim sklepem. Jej matka zmarła dawno temu, a ojciec od tego czasu uzależnił się od alkoholu. Biedna dziewczynka mieszkała na ulicy. Miała dom, ale trudno było ten pokój nazwać domem.
To był jedyny raz, kiedy naprawdę współczułem komuś. Zabrałem dziewczynkę do sklepu z odzieżą dziecięcą i kupiłem kilka nowych ubrań.
Następnego dnia przyszła do naszej piekarni wyczesana, uśmiechnięta, w pięknym, schludnym ubraniu. Podekscytowana opowiedziała mi, jak wszystkim jej kolegom z klasy podobają się jej buty i bluzka.
Od tego czasu zacząłem codziennie po szkole czekać na Mariolę ze świeżymi pączkami. Jedliśmy razem lunch u nas lub w kawiarni po drugiej stronie ulicy. Potem brała kilka bułek i szczęśliwa wracała do domu, aby opiekować się ojcem.
W przypadku Marioli wiem, że nie zasługiwała na takie życie.
Widzę w jej oczach pragnienie lepszego życia. Jestem gotów jej pomagać przynajmniej do osiągnięcia pełnoletniości.

