Próg mieszkania, w którym mieszkała Małgorzata, przekroczyła prawdziwa „szara myszka”: ubrana w sprane dżinsy, wyblakły t-shirt, na nogach znoszone trampki, a w rękach trzymała skromną torbę. Jasne, falowane włosy miała związane w zwyczajny kucyk. Ani grama makijażu na twarzy. Jedynie jej niebieskie, jasne oczy przyciągały uwagę.
Przyglądając się dziewczynie, Małgorzata skinęła głową: „Wejdź!”
– Coż, moja droga, za darmo prądu nie zużywać, wodę oszczędzać, rozumiesz? I ma być czysto! Żadnych gości! Masz pytania?
Młoda kobieta uśmiechnęła się i skinęła głową: „Tak, dobrze!”
– Posłuszna – pomyślała Małgorzata – Rzadkość w dzisiejszych czasach… Od razu widać, że przyjechała ze wsi.
Z dalszej rozmowy wynikało, że dziewczyna ma na imię Zofia i rzeczywiście przyjechała z wsi, gdzie jej rodzina ma własne gospodarstwo, a ona przyjechała do miasta, aby studiować weterynarię.
– Aha, czyli będziesz leczyć świnie! – podsumowała Małgorzata.
Zofia nie okazała urazy, tylko się uśmiechnęła: – I świnie, i krowy, i konie, oraz koty i psy – wszystkie! Zwierzęta przecież też chorują.
– Taak, taaak! Tutaj nie ma komu leczyć ludzi, ale świnie to proszę bardzo! – zirytowała się Małgorzata.
***
Ogólnie rzecz biorąc, lokatorka zrobiła na Małgorzacie dobre wrażenie: skromna, niesforna, cicha, posłuszna, schludna, utrzymywała porządek w mieszkaniu, gotowała sobie, a nawet częstowała gospodynię.
Szczególnie dobrze Zofii wychodziły naleśniki: apetyczne, cienkie jak papier, puchate i rumiane. Ręka Małgorzaty sama sięgała po takie pyszności! Te naleśniki były prawdziwym cudem sztuki kulinarnej: rozpuszczały się w ustach, zanim dotarły do żołądka.
Małgorzata i Zofia można by powiedzieć, że się zaprzyjaźniły, czasem spędzając wieczory przy filiżance herbaty.
I wszystko zapewne układałoby się dobrze, a Zofia spokojnie ukończyłaby swoje studia, wynajmując mieszkanie u Małgorzaty. Ale oto po pół roku nieobecności, z powrotem z północy, wrócił syn Małgorzaty – Jan. Przystojny młody mężczyzna, można nawet powiedzieć – urodziwy („cały ojciec” – mawiała z westchnieniem Małgorzata).
Sama Małgorzata lubiła nazywać swojego ukochanego synka „Janek”. Młodzieniec krzywił się na takie zdrobnienie, jakby go to bolało, ale znosił to: „w końcu to mama”.
Trzeba dodać, że Małgorzata wychowywała syna sama, i być może dlatego uważała go za swoją własność.
Może dlatego fakt, że jej Janek prowadzi miłe rozmowy z lokatorką w kuchni i z apetytem pożera jej naleśniki, wprawił Małgorzatę w stan szoku. I nie chodziło tylko o naleśniki! Ten „niegodziwiec” również pożerał wzrokiem „córeczkę ze wsi”. Małgorzata była tym odkryciem całkowicie zaskoczona.
– Mój syn nie ma gustu! – przeszyła ją okropna myśl.
***
Od tego momentu Małgorzata znienawidziła Zofię: teraz myła podłogi nie tak, mówiła nie tak, a nawet naleśniki wydawały się niesmaczne. Najbardziej Małgorzatę przerażało to zakochane spojrzenie, jakim jej syn, jej jedyny, jedyny bliski człowiek patrzył na tę „białą wieśniaczkę”, „dziewczynę z obory”…
– Na mnie, swoją matkę, nigdy tak nie patrzył! – myślała ze złością, dławiąc się w nocy łzami w poduszkę.
– Żmiję na piersi przygrzałam! – żaliła się przez telefon swojej bliskiej przyjaciółce, równie samotnej starszej pani, Irenie.
– Myślałam, że Janek nawet nie spojrzy na tę wieśniaczkę! Dlatego ją wpuściłam do domu! A ona podkreśliła oczy, rozpuściła włosy i przyciąga go swoimi naleśnikami!
Irena wysłuchała przyjaciółki, westchnęła, westchnęła i wyraziła swoje zdanie:
– Zobacz, Małgo, żeby ci syna nie urzekła! Tymi słowami Irena dolała oliwy do płonącego ognia nienawiści i niezrozumienia, prawie doprowadzając Małgorzatę do zawału.
Nie żeby Małgorzata wierzyła w takie rzeczy jak czary i uroki… nazywała to „ciemnotą i dzikimi przesądami”, ale sam
o myślenie, że obca kobieta zawładnęła uwagą jej syna, doprowadzało kobietę do szaleństwa.
Teraz przez całe dni łamała sobie głowę, zastanawiając się, co robić, jak odciągnąć syna od tej „córy ze wsi”. Ale oczywiście nie zamierzała pokazywać się jako osoba niesympatyczna i wyrzucać dziewczyny za drzwi. W każdym razie jeszcze nie. Bała się, że wtedy syn odejdzie.
– Niee! Trzeba działać mądrzej, trzeba jakoś przedstawić tę dziewczynę w złym świetle, by syn się od niej odwrócił.
***
Małgorzata przez kilka dni myślała, jak odciągnąć syna od lokatorki.
A ta chodziła sobie, jakby nic się nie działo, piekła swoje naleśniki, gotowała zupy i udawała, że nie zauważa przeszywającego spojrzenia Małgorzaty. Tylko raz zapytała:
– Małgorzato, czy przypadkiem nie jesteście chore? Wyglądacie trochę smutno i blado… I nic nie jecie…
– Wszystko w porządku! – wymamrotała do siebie Małgorzata i zniknęła w swoim pokoju, aby przemyśleć kolejny plan unicestwienia „łajdactwa”. W jej głowie przelatywały różne myśli… Była nawet myśl, żeby otruć intruzkę. Ale Małgorzata natychmiast się przeżegnała: – Przepraszam, Boże! Co za grzeszna myśl mnie naszła.
Podczas gdy Małgorzata myślała, Jan pewnego dnia wrócił do domu z pierścionkiem i kwiatami i oświadczył się Zofii! Po tym Małgorzata całkowicie straciła kontrolę nad sobą i, jak to się mówi, „puściła sobie cugle”.
– Nawet przy mnie się nie krępuje, niegodziwiec! – znów płakała całą noc w poduszkę – Nic sobą nie szanuje! On kocha tylko tę dziewkę!
Małgorzata wytarła łzy i spojrzała przez okno… Odwróciła się i nagle jej wzrok padł na stolik nocny. Leżały tam jej kolczyki z szmaragdami. Kolczyki antyczne, mające dużą wartość. Dostała je w spadku od matki, a ta od swojej matki… Przypomniała sobie, z jakim zachwytem Zofia zawsze patrzyła na kolczyki i podziwiała ich piękno.
– Pokażę ci! – wysyczała z goryczą Małgorzata, zdecydowanie chwytając kolczyki, zawinęła je w chustkę i schowała do swojej torebki.
Prawdę mówiąc, wtedy w ogóle nie miała pojęcia co robi i jak będzie działać dalej.
***
Rano Małgorzata obudziła się w dobrym nastroju, tego dnia postanowiła wyrzucić tę wieśniaczkę z domu. Na zawsze.
Pojawiła się na śniadaniu z przyklejonym uśmiechem… namaszczając masłem kromkę chleba, zwróciła się do syna: – Janek, przypadkiem nie wziąłeś moich kolczyków z szmaragdami, jakoś nie mogę ich znaleźć…
– Mamo, po co mi one? Czy ja jestem jakąś piękną dziewczyną? – zdziwił się Jan.
Wtedy Małgorzata z uśmiechem zwróciła się do Zofii: – A ty nie widziałaś moich kolczyków?
Zofia zaczerwieniła się mocno, sama myśl, że mogłaby zostać oskarżona o kradzież, sprawiła, że zaczęła się gubić, unikać wzroku i płakać.
– Niczego nie brałam! – powiedziała cicho Zofia, dławiąc się łzami.
– Cóż, mówiłam! To ona! Przywłaszczyła sobie moje kolczyki i wysłała je do swoich biednych krewnych na wieś…
– Ale moi krewni wcale nie są biedni – zaprotestowała dziewczyna – I nigdy nie bioraliśmy cudzych rzeczy! Dlaczego tak mówisz?
– A po co ty tak robisz? – oddaj mi moje kolczyki i wynoś się stąd.
– Nie mam niczego twojego… Możesz nawet wezwać policję!
– No co z tego, że ich wezwę, kolczyki są już u waszej rodziny!
Małgorzata całkowicie straciła kontrolę nad sobą i jakby wpadła w przepaść, nie mogąc zatrzymać potoku obelżywych słów skierowanych do dziewczyny.
– Mamo, co ty mówisz? Zosia nie mogłabym tego zrobić! Pewnie po prostu zapomniałaś i gdzieś je położyłaś.
Wszyscy troje przeszukiwali dokładnie mieszkanie, aż Jan przypadkiem trącił torebkę matki, a z niej wypadła chusteczka z kolczykami.
Mężczyzna zamarł z odkryciem w ręku.
– Jak mogłaś, mamo? – tylko tyle mógł powiedzieć, patrząc na matkę z rozczarowaniem w oczach.
– Po prostu się pomyliłam, synku, rozumiesz, zapomniałam! – próbowała się wykręcać Małgorzata.
– Mamo, wszystko widziałem! Byłaś straszna! My z Zosią przeprowadzamy się na wynajęte mieszkanie – oznajmił Jan.
– Poczekaj, jeszcze nie zobaczymy, jak z nią cierpisz! – krzyknęła Małgorzata przez łzy.
Jan wyszedł z pokoju, wziął Zofię za rękę i wyprowadził ją z mieszkania Małgorzaty.
Wynajęli mieszkanie, pobrali się i byli bardzo szczęśliwi razem. Pewnego razu Janowi zadzwoniła Irena.
– Janek, mama jest w szpitalu! Miała zawał serca. Płacze, chce cię zobaczyć…
Kiedy Zofia dowiedziała się, że teściowej źle, natychmiast zaczęła się pakować, zrobiła jej kotleciki na parze, ugotowała rosół z pierogami, po drodze kupiła owoce…
Jan nie poszedł do matki, tłumacząc się pracą.
***
Kiedy Zofia pojawiła się w drzwiach sali szpitalnej, Małgorzata zapłakała. Tak bardzo liczyła, że przyjdzie syn, a przyszła ta nienawistna dziewczyna, która zrujnowała jej życie, odebrała co najcenniejsze.
– No, czemu Pani zachorowała, mamo? – powiedziała Zofia, podkładając jej talerz – To rosół, pierożki… Chcecie, nakarmię łyżeczką.
– A Janek nie przyszedł? – zapytała cicho z rozczarowaniem Małgorzata.
– Jan jest bardzo zajęty pracą…
Małgorzata ze zrozumieniem skinęła głową i znowu zapłakała…
– Przepraszam, Zosiu, jestem ci tak winna… Wracajcie do domu, tak mi bez was źle…
– Ale przecież mama, nie ma za co przepraszać, po prostu się pomyliła, zapomniała i zmartwiła! Wszystko będzie dobrze.
Kiedy Zofia wyszła, sąsiadka z sali powiedziała Małgorzacie: – Masz świetną córkę! Piękną, dobrą, troskliwą!
Małgorzata uśmiechnęła się – Tak, dobra jest!
Kiedy Małgorzata wyzdrowiała, z hospitalizacji odebrali ją Jan z Zofią razem. Żyli we troje w mieszkaniu Małgorzaty, aż Zofia skończyła studia. A potem wszyscy razem wyprowadzili się na gospodarstwo do rodziców Zofii. Dom tam ogromny, dużo miejsca… i przydają się dodatkowe ręce do pracy.
Małgorzatce na tyle spodobało się na gospodarstwie, że teraz nawet słyszeć o mieście nie chce. Tym bardziej że młodzi mają synka, Aleksandra, którego wszyscy uwielbiają. Podczas gdy rodzice Zofii zajmują się gospodarstwem, Zofia leczy zwierzęta, a Jan prowadzi sklep farmerski, Małgorzata poświęca całą uwagę małemu Aleksandrowi.
Teraz często można od niej usłyszeć:
– Taką lokatorkę to mi sam Bóg zesłał!
No, w życiu bywa różnie!

