Nie byłam skąpa, ale po prostu myślałam o przyszłości. Jeśli bym ciągle pomagała synowi i jego żonie, nie mieliby motywacji, by iść dalej i osiągnąć coś w tym życiu.
Jakiś czas temu mój syn Robert wziął ślub z Dominiką. Żadne z nich nie miało pracy, więc naturalnie nie było ich stać na wynajęcie mieszkania, nie mówiąc już o kredycie hipotecznym. Zaczęli się zastanawiać, gdzie powinni zamieszkać? Rodzina synowej w ogóle nie wchodziła w grę, bo wszyscy mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu, nawet dziadkowie.
Mój mąż od razu zaproponował, że odda Robertowi i Dominice nasze jednopokojowe mieszkanie. Mieliśmy dwa mieszkania i jedno z nich wynajmowaliśmy, aby zarobić dodatkowe pieniądze. Dochód z tego był niewielki, ale wystarczało nam na starość. Wszyscy moi krewni nalegali, abym wyrzuciła lokatorów z domu i wprowadziła do niego mojego syna.
Ale skoro młodzi mieli problemy z mieszkaniem, to po co się spieszyć ze ślubem? Czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby najpierw stanęli na nogi, a potem założyli rodzinę? Jeśli pozwoliłabym im mieszkać w moim mieszkaniu przez jakiś czas, jak mogłam ich potem wyrzucić? Było również całkiem możliwe, że pojawiłoby się dziecko, wtedy tym bardziej nie mogłabym się ich pozbyć.
Cały czas myślałam o przyszłości. Pracowaliśmy z mężem, starczało nam na życie, ale co będzie za pięć, dziesięć lat, kiedy przejdziemy na emeryturę? Nie zamierzałam oddawać synowi mojego mieszkania, jeśli tak bardzo je chciał, powinien na to zapracować. W oczach wszystkich moich krewnych byłam złą osobą i wyrodną matką, ale ja myślałam o mojej rodzinie.







