Była to jedna z tych przygnębiających, deszczowych nocy, kiedy moje serce zaczęło się rozpadać na kawałki. Odbierałam telefony i wysyłałam wiadomości, desperacko próbując skontaktować się z moim mężem, Adamem. Ale bezskutecznie. Nie odbierał, nie było odpowiedzi. W mojej wyobraźni zaczęły się rodzić najgorsze scenariusze. Czy mój ukochany mąż mógł mieć wypadek? Czy coś strasznego go spotkało?
Przez kolejne dni czułam się jak w ciemnościach, szukając jakiejkolwiek wiadomości o nim. Policja, szpitale – wszędzie dzwoniłam, pytając o Adama. Ale nikt nie miał dla mnie dobrych wieści. Nie było żadnych śladów. Przez ten czas moje serce było rozerwane na strzępy, żyjąc w niepewności, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę swojego męża.
A potem, jak błyskawica w najczarniejszej nocy, spotkałam go na ulicy. Tam, pośród ludzi, których twarze były dla mnie tylko ja szare plamy, zobaczyłam go. Mój Adam. Stał tam, jakby nigdy nic się nie wydarzyło, spokojny, uśmiechnięty. Ale jego oczy… Jego oczy patrzyły na mnie tak, jakby nigdy wcześniej nie widział mnie w życiu.
Stałam tam, sparaliżowana, nie wiedząc, co powiedzieć. W mojej duszy toczyła się burza emocji – ulga, że żyje, lęk, że go straciłam i niewytłumaczalne uczucie, że obcy mężczyzna stał teraz przede mną.
-Adam? – westchnęłam wreszcie, wypowiadając jego imię z wątłymi dźwiękami. Ale on tylko się zmieszał, jakby nie wiedział, o co chodzi. – Przepraszam, czy ja cię znam? – zapytał ze zdziwieniem w głosie.







