Pewnego razu poszliśmy z mężem do kościoła i zostawiliśmy naszą córkę w domu. Tam ksiądz opowiedział historię, która utkwiła mi w pamięci. Często odwiedzał sierocińce, ale jedną z wizyt zapamiętał lepiej niż inne.
Ksiądz wszedł do pomieszczenia z dziećmi i nie mógł uwierzyć własnym uszom. Było tam około 20 kołysek, ale żadne z dzieci nie wydało z siebie dźwięku. Było to tak nietypowe dla małych ludzi, że atmosfera wydawała się dziwna, a nawet przerażająca. Wtedy ksiądz zapytał opiekunkę, dlaczego w pokoju było tak cicho. Kobieta udzieliła mu odpowiedzi, która każdego przyprawiłaby o dreszcze.
– Na początku, kiedy maluchy są oddawane, głośno płaczą. Ale potem mijają dwie godziny, dzień lub tydzień i uspokajają się, gdy zdają sobie sprawę, że nikt do nich nie przyjdzie – powiedziała opiekunka w domu dziecka.
Po tych słowach nie byłam już taka sama. Obiecałam sobie, że zawsze będę przychodzić do mojego dziecka. Wróciłam do domu, wtuliłam się w moją córeczkę i obiecałam jej, że zawsze przyjdę, nawet w środku nocy, jeśli usłyszę jej płacz. Mój mąż i ja zawsze będziemy przy niej, będziemy ją wspierać w każdej sytuacji. Będziemy ją kochać, staniemy się najbezpieczniejszym schronieniem i najbardziej przytulnym miejscem na ziemi dla naszej dziewczynki.
Było mi tak szkoda porzuconych dzieci, że razem z mężem jakiś czas później zdecydowaliśmy się na adopcję. Od razu w oko wpadł nam pewien chłopiec, którego zdecydowaliśmy się zaadoptować i dać tyle czułości, ile tylko potrzebował. Nie byliśmy w stanie zbawić całego świata, ale wciąż mogliśmy zmienić świat jednego porzuconego dziecka, aby nigdy nie był sam, gdy zapłacze lub zechce się przytulić.







