W tamtym momencie moja córka była w drugiej klasie. Moja żona i ja pracowaliśmy w firmach, w których bardzo wcześnie zaczynano pracę. Mieszkamy w dużym mieście i żadne z nas nie mogło stale prowadzić córki do szkoły, więc na zmianę zawoziliśmy ją na 8 rano, chociaż lekcje zaczynały się o dziewiątej. Drzwi szkoły były otwarte i w tym czasie byli tam już inni uczniowie, w tym jej koledzy z klasy. W holu siedział ochroniarz, a w telewizji leciały kreskówki, dlatego nie martwiliśmy się.
Pewnego razu córka poskarżyła się, że zaczepiał ją chłopiec z trzeciej klasy – wyzywał ją i rzucał w nią plecakiem. Na początku postanowiliśmy nic z tym nie robić – dzieci może same się pogodzą. Tylko niestety na jednym incydencie się nie skończyło – chłopiec zaczął bić zarówno moją córkę, jak i inne dzieci, które przychodziły na świetlicę. Co dziwne, ochroniarz ani opiekunowie nie reagowali na tę sytuację.
Poszedłem do wychowawcy klasy córki i narzekałem na tę sytuację. Ona z kolei porozmawiała z jego wychowawcą, ale sytuacja tylko się pogorszyła – chłopiec zaczął jeszcze bardziej znęcać się nad córką. Jeśli chodzi o dyrektorkę, ta powiedziała, że nie może nic zrobić, poza tym, że zabrania wpuszczania dzieci do szkoły do 8.30, czyli do godziny przybycia większości nauczycieli.
Wszystko, co przyszło mi do głowy w tym momencie, to odpowiedzieć złem na zło (możecie zacząć mnie osądzać). Zacząłem uczyć moją córkę, aby mu oddawała – nie było to dość trudne, ponieważ przez cztery lata chodziła na gimnastykę artystyczną, była wysportowana i rozciągnięta bardziej niż ja. Chociaż w przyszłości chciałaby uprawiać inny sport. Zacząłem więc pokazywać jej techniki samoobrony.
Jest jedno uderzenie, po którym drugie nie jest już potrzebne. Wiedząc, jaki efekt daje widok krwi, poradziłem córce, aby dobrze naruszyła jego nos. Nie boi się krwi. Nawet rozważamy wysłanie jej do szkoły medycznej. Przez siedem dni trenowałem ją i wspólnie ćwiczyliśmy ciosy, które musiała znać, by go ukarać za jego wybryki.
Następnego dnia wróciła ze szkoły cała rozpromieniona.
Ranek mojej córki zaczął się od zwyczajowych obelg ze strony chłopca, a następnie ciosów. Córka słusznie zdecydowała, że nadszedł czas, aby zawalczyć i uderzyć go w noc. Uderzenie okazało się dokładne – krew tryskała strumieniami. Chłopiec został zabrany do szpitala. Zadzwoniono do rodziców chłopca, przybiegli do szkoły i razem z wychowawcą udali się do klasy mojej córki. Rodzice natychmiast próbowali skarcić moją córkę, ale potem koledzy z klasy zaczęli podnosić się jeden po drugim i mówić, że to tamten chłopiec ich obrażał pierwszy i to on jest zły.
W końcu wszystko skończyło się dobrze – chłopiec od tego czasu przychodzi do szkoły i siedzi cicho w kącie, bawiąc się na tabletem. Córka nie wykorzystywała już swojej siły – w zasadzie jest spokojnym i nieśmiałym dzieckiem. Dyrektorka nie wezwała mnie do siebie na rozmowę.
Wielu mnie osądzi za mój czyn, ale nadal uważam, że postąpiłem słusznie i nie czuję się winny. Ktoś poradziłby, by pójść do psychologa, ktoś inny, że na policję, ale z własnego doświadczenia wiem, że w ten sposób nigdy nie rozwiąże się tego rodzaju problemu do końca. Nie mogę pozwolić, aby ukochana córeczka zamieniła się w zastraszone stworzenie. Możesz nie uważać tak samo jak ja, ale być może moje zachowanie pomoże komuś, kto znajdzie się w takiej samej sytuacji. Nie czuję się winny i myślę, że postąpiłem właściwie.







