Południowa drzemka, na którą kiedyś tak bardzo liczyłam, nie przyniosła ukojenia zostawiła po sobie jedynie gęstą falę niepokoju i paskudną suchość w ustach. Obudziło mnie osobliwe, niemal fizyczne uczucie pustki w nogach, jakby ktoś ściągnął spod kołdry termofor. Zazwyczaj leżał tam właśnie Felek, mój poczciwy golden retriever, a jego spokojny, głęboki oddech usypiał mnie skuteczniej niż jakiekolwiek kropelki na serce.
Tym razem łóżko było puste, a prześcieradło zimne i nieprzyjemne dla skóry.
Usiadłam, opuściłam nogi na parkiet i zadrżałam z zimna przez stare okna szalał przeciąg na całe mieszkanie. W domu panowała głucha, ciężka cisza, aż w uszach dźwięczało. Nie słychać było stukotu pazurów o parkiet, żadnego charakterystycznego westchnienia, ani szelestu psiej sierści.
Felek? zawołałam. Mój głos wydał mi się obcy, zgrzytliwy.
Nikt nie odpowiedział. Mieszkanie, dotąd znane i ciasne, wydało mi się nagle dziwnie rozległe i obce, jakby zniknął z niego cały domowy ciepły klimat. Ruszyłam przez korytarz, lekko trzymając się ściany oklejonej tapetą, by nie stracić równowagi. Serce biło mi nierówno, ciężko, jakby w gardle, pulsując aż w skroniach.
W kuchni, z nogą założoną na nogę, siedziała Magda.
Moja synowa, lat dwadzieścia sześć, wyglądała jak z kolorowego magazynu: gładka cera, nienaganna fryzura, i ten wyraz oczu, w którym nigdy nie pojawiała się empatia czy ciepło. W ręku trzymała kielich z jakąś gęstą, zieloną breją kolejne modne smoothie i przewijała ekran telefonu. Uśmiechała się do wyświetlacza, jakby właśnie wygrała w totolotka całe swoje życie.
Magda, gdzie jest pies? spytałam, opierając się o framugę, by ukryć drżenie nóg.
Podniosła na mnie oczy w jej spojrzeniu odbijał się ten sam obojętny chłód. Powoli pociągnęła łyk, zostawiając na górnej wardze zieloną smugę, którą potem leniwie zlizała.
O, pani Marianno, już pani wstała? zagaiła przymilnie. A Felek No, wie pani, było takie zamieszanie. Wył, rzucał się w korytarzu, ciągnął w stronę drzwi, drapał. Pomyślałam nawet, że może coś mu zaszkodziło.
Zamaszyście pokazała dłońmi swoje teatralne przerażenie, zamrugały świeżo czerwone paznokcie.
Otworzyłam drzwi, już smycz chciałam zapiąć, a on wyrwał mi się tak, że o mało nie upadłam. Wołam: „Felek, stój!”, ale ani drgnie. Wybiegł. Pewnie poczuł, że to wiosna zapachy, natura woła. Nie wróci już, pani Marianno. Taka jest stara zasada jeśli domowy pies sam odejdzie, to po to, żeby nie niepokoić właścicieli swoją śmiercią.
Coś w moim wnętrzu zagruchotało, jakby ktoś szarpnął zardzewiałym kluczem po żebrach.
Jaka wiosna, Magda? Jest listopad odparłam cicho, czując, jak zimnieją mi dłonie. I Felek jest wykastrowany od pięciu lat. On nawet windy się boi, nigdy ode mnie na spacerze nie odchodzi.
Wzruszyła ramionami z takim namaszczeniem, że aż zrobiło mi się słabo. Była zupełnie, krystalicznie obojętna na wszystko, co czułam.
Może znudziło mu się to betonowe pudło. Zachciało się wolności, lasów, bezkresu… Zwierzę przecież, czego się spodziewać.
Mój wzrok padł na kluczyki do samochodu, niedbale rzucone na stół. Zwisał przy nich futrzany breloczek biały królik, który teraz wydawał mi się najbardziej ponurym symbolem świata. Kluczyki leżały nie na szafce w przedpokoju, gdzie powinny, lecz tu, na kuchennym stole. To nie był przypadek ona wywiozła członka mojej rodziny do lasu, gdy spałam, korzystając z mojej słabości.
Odwróciłam się bez słowa i ruszyłam na korytarz, czując jak w środku narasta chłodna, twarda determinacja. Wiedziałam, że pieszo Felka nie znajdę, jeśli odjechała z nim gdzieś daleko, ale znieść jej triumfującej twarzy nie mogłam. Czułam, jakby „porządkowała teren” przed swoim wyjazdem, jakby chciała usunąć przeszkody.
Przez kolejne cztery godziny żyłam w lepkim, dusznym koszmarze. Obeszłam cały nasz fragment starej Warszawy, zaglądałam pod każde auto, wzywałam Felka aż do ochrypnięcia, gdy głos ścierał mi gardło jak papier ścierny. Dzwoniłam do sąsiadów, ręce tak mi się trzęsły, że telefon kilka razy wypadł na asfalt. Wysłałam wiadomość na domowy czat z jego zdjęciem, szeroko uśmiechniętym, z wywalonym różowym jęzorem: „Zaginął pies, łagodny, ufny, podejdzie do każdego”
Nikt go nie widział. Nikt.
Gdy wróciłam do domu, połknęłam kilka kropli na serce, ale cierpki zapach leku tylko spotęgował nudności. Mieszkanie, które syn Kuba kupił kiedyś dla nas wszystkich, stało się polem bitwy, na którym przegrałam sromotnie bez jednego strzału. Magda przechodziła koło mnie jak obok starego mebla, który zapomniano wyrzucić.
W korytarzu stała otwarta olbrzymia, różowa walizka, niczym paszcza żarłocznego potwora. Magda z niemal robotyczną skrupulatnością upychała do środka stroje kąpielowe, pareo, kremy w markowych słoiczkach.
Mama, nie przesadzaj rzuciła przez ramię, idąc z naręczem sukienek. Przecież już stary był. Sierść po kątach, smród, ślina na parkiecie Phi. Kupisz sobie coś mniejszego, rybki na przykład. Rybki nie śmierdzą i po deszczu wyprowadzać nie trzeba. Kuba mi opłacił hotel, ultra all inclusive, potrzebuję pozytywnej energii, a tu żałoba
Kuba wie? zapytałam głucho, patrząc w podłogę.
Że pies uciekł? Nie. Po co facetowi w delegacji zawracać głowę? Wróci powiemy. Albo sama mu powiesz. „Wiek, roztargnienie, zapomniałam drzwi zamknąć”… Zdarza się.
Nie tylko pozbyła się psa przygotowała też wersję, w której winna jestem ja. Kuba, mój dobry, ufny Kuba, uwierzy, bo Magda potrafi płakać pięknie, bez czerwonego nosa, a ja tylko cichutko zamilknę, dusząc się w sobie, bojąc się wyjść na oszalałą staruszkę.
Siedziałam w ciemnym salonie, ściskając w dłoni pogryzioną, gumową piłeczkę ostatni kontakt z rzeczywistością, w której Felek był jeszcze zdrowy.
Za oknem z wolna zapadał wczesny jesienny zmierzch; fiołkowe cienie skrywały znajome przedmioty. Wiatr huśtał gałęzią bzu, która skrobała w szybę niemiłym, zgrzytliwym dźwiękiem.
Nagle odgłos się zmienił.
To nie była już gałąź, ani szyba ciche, nieśmiałe drapanie do drzwi i ledwie słyszalne skomlenie.
Zerwałam się tak gwałtownie, że aż zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie pamiętam, jak dobiegłam do drzwi i jak drżącymi dłońmi przekręcałam zamek. Rwącym ruchem otworzyłam ciężkie, metalowe drzwi.
Na wycieraczce leżała szara, drżąca kula.
Pachniała wilgotną ziemią, benzyną, kurzem i dzikim strachem.
Felek! wyszeptałam, opadając przed nim na kolana.
Pies z trudem podniósł głowę; jego kiedyś złocista sierść była skołtuniona, pełna rzepów i suchych gałęzi. Dygotał drobno, bez przerwy. Prawą przednią łapę trzymał uniesioną, nienaturalnie podkuloną.
Ale w pysku miał coś trzymał mocno, aż bielały dziąsła.
Małą, czerwoną książeczkę.
Mój kochany Żyjesz… Wróciłeś głaskałam go, nie czując obrzydzenia, o którym rozprawiała Magda. Czułam tylko życie pod dłonią. Daj mi, Felu, co tam masz?
Z trudem rozwarł szczęki. Czerwona książeczka mokro wpadła mi w dłoń.
Odruchowo przetarłam okładkę rogiem szlafroka. Złoty orzeł błysnął w świetle klatki schodowej. Paszport.
Otworzyłam go sztywnymi palcami. Z fotografii spoglądała Magda perfekcyjna fryzura, pogardliwe oczy. Między kartkami wetknięta była karta pokładowa. Biznes-klasa. Wylot jutro, szósta rano.
W głowie błyskawicznie ułożył mi się okrutny obraz: wywiozła go daleko, do lasu czy na pole; szarpała, wyciągała z samochodu, pies nie chciał iść, jej torba spadła w błoto i rozpadła się, paszport wypadł nie zauważyła w pośpiechu. Wściekła, poganiała psa i odjechała. A Felek Felek nie tyle pobiegł za samochodem znalazł jej rzecz, pachnącą domem, i niósł ją na trzech łapach przez pół Mazowsza.
Co się tam dzieje?! rozległ się rozdrażniony głos. Pani Marianno, znowu przeciąg pani zrobiła? Zimno!
Magda wyszła do korytarza, poprawiając na twarzy maskę. W jedwabnym szlafroku wyglądała jak obcy element obyczajowego dramatu. Zobaczyła brudnego psa i zamarła. Maska przez moment stała się jej prawdziwą twarzą obca, biała, bez wyrazu.
T-ty?… szepnęła, a jej głos przeszedł w pisk. Przecież… Przecież wywiozłam cię za Otwock! Do lasu! To niemożliwe!
Felek, słysząc jej głos, zrobił coś, czego nigdy wobec ludzi nie robił: nisko, głucho warknął. Nastroszył sierść na karku i przywarł do mnie całym ciałem szukając schronienia albo mnie broniąc.
Powoli podniosłam się, wspierając się o ścianę. Plecy bolały, kolana również, ale w sercu rozlał się nagły, lodowaty spokój. Strach odszedł, została tylko pogarda, jakby się wdepnęło w błoto.
Czyli uciekł? spytałam cicho, trzymając paszport w dwóch placach, jak zdechłą mysz. Instynkt natury, tak? Za Otwock?
Magda spojrzała na moją dłoń i psa; jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Poznała dokument.
Proszę oddać! wrzasnęła, rzucając się w moją stronę. To moje! Skąd pani to ma?!
Wycofałam się, chowając rękę za plecy. Felek szczeknął ostrzegawczo krótko, ochryple. Magda cofnęła się, jakby wpadła na ścianę.
Jutro o szóstej wylot! Kuba tyle złotych zapłacił za ten wyjazd! Oddajcie mi paszport!
Spokojnie, odpowiedziałam stara wiedźma? Mówiłaś tak o mnie do koleżanek, prawda? Kiedy sądziłaś, że nie słyszę?
Mam to gdzieś! Oddaj, to przestępstwo!
Ale łapka psa boli powiedziałam tonem, jakim mówi się do rozkapryszonych dzieci. Chłopcu trzeba zrobić RTG, MRI Leczenie dziś kosztuje, Magdo. Bardzo kosztuje.
Dam pieniądze! zaczęła szukać czegoś w kieszeniach szlafroka, nieświadoma, że są puste. Ile chcesz? Dziesięć tysięcy? Dwadzieścia? Weź, tylko oddaj paszport!
Nie, Magdo. Powoli pokręciłam głową. To nie kwestia pieniędzy, tylko zasad. Wyrzuciłaś istotę, członka rodziny, na śmierć w lesie. Skazałaś go na zimną, bolesną agonię.
To tylko pies! zawyła, aż spod maski wykwitły czerwone plamki na twarzy. Kawał sierści. A ja mam wakacje! Mam dość!
Nie masz nerwów, ucięłam. Masz w środku kalkulator.
Otworzyłam paszport kartki wilgotne, sklejone od psiej śliny.
Oj, udawałam zmartwienie, studiując strony, patrz… Uszkodzony dokument. Pies niósł go dwadzieścia kilometrów. Ślina, zęby, błoto… Straż graniczna nie doceni takiej kreatywności.
Wysuszę suszarką! Wyprasuję! Oddaj!
Nawet jak wysuszysz… podeszłam do otwartego okna w kuchni.
Mieszkamy na parterze. Pod oknami gęste dzikie zarośla dzikiej róży i malin, których pan konserwator, wujek Wiesiek, od lat nie miał chęci wyciąć. Za oknem panowała czarna noc, wiatr szarpał gałęzie.
Wyrzuciłaś mojego przyjaciela. Teraz ja wyrzucę twoje wakacje.
Nieee! rzuciła się przez kuchnię, przewracając krzesła.
Zamachnęłam się szeroko, spokojnie, bez emocji.
Aport, Magda!
Czerwona książeczka zrobiła w powietrzu piękny łuk i zniknęła w zaroślach. Zatrzeszczały gałęzie dokument wylądował w samym środku kolczastego gąszczu.
Szukaj! powiedziałam chłodno. Do rana może znajdziesz. Jak się postarasz.
Wydała z siebie dźwięk podobny do lamentu mewy. Rzuciła się do okna, wychyliła do połowy, próbując wypatrzyć coś w ciemności. Tam były tylko czarne gałęzie, wiatr i chłód.
Wybiegała z mieszkania w samym szlafroku i kapciach; trzasnęły drzwi klatki.
Zamknęłam okno na zatrzask. Zimno. Felek nie może znów się przeziębić.
Pies leżał na dywanie w salonie, ciężko dyszał, liząc bolącą łapę. Usiadłam obok, sięgnęłam po apteczkę. Już mi ręce nie drżały. Ogarnęła mnie zadziwiająca lekkość i klarowność myśli, jakby zdjęto mi z ramion kamienny worek.
No, kochany, zobaczmy szepnęłam cicho i wysunęłam lampę.
Ostrożnie obejrzałam poduszki nie widziałam złamania, trochę krwi, ale opuchlizna była spora. Rozsunęłam skołtunione futro tak jak myślałam: głęboko wbiła się ogromna, sucha łopucha, jak jeżyk. Musiała boleć przy każdym kroku.
Wytrzymaj, mały, zaraz będzie lepiej szepnęłam, łapiąc pęsetę.
Felek szarpnął łapą, ale nie wyrwał jej. Ufał mi bezgranicznie. Jednym sprawnym ruchem wyciągnęłam kolczastą kulkę. Zdezynfekowałam ranę i zabandażowałam. Pies westchnął głęboko, rozluźnił się i położył łeb na moich kolanach.
Był w domu.
Przez szczelnie zamknięte okna słychać było spazmatyczne wrzaski.
Gdzie on?! Cholera, co za krzaki! Aua! Nienawidzę!
Magda czołgała się w gąszczu, kalecząc dłonie, twarz i drogi szlafrok o kolce. Przeklinała mnie, Felka, krzaki, Turcję i cały świat. Słuchałam tych dźwięków i czułam, że to sprawiedliwość. Otwierała się jej własna, samotna przyszłość.
W zamku odezwał się klucz.
Nie przestraszyłam się. Wiedziałam, że to nie ona wybiegła w panice, bez kluczy.
Do przedpokoju wszedł Kuba. Mój syn. Zmęczony, nieogolony, z torbą na ramieniu. Przyjechał dzień wcześniej, chcąc zrobić nam niespodziankę.
Zastygł w drzwiach, widząc brudnego, zabandażowanego psa, rozrzucone bandaże, mnie na podłodze.
Mamusiu? zmarszczył czoło, spoglądając na nas. Co tu się dzieje? Dlaczego Magda po podwórku czołga się z latarką, wrzeszcząc na cały blok?
Uśmiechnęłam się. Spokojnie, z ulgą człowieka po przebytej burzy.
Synku, ona ćwiczy. Szykuje się do Ostatniego bohatera. Survival w terenie.
Kuba zdjął buty, wszedł do pokoju. Spojrzał na Felka który na widok pana przywitał się lekko ogonem. Spojrzał na mnie, potem na otwartą apteczkę i krwawą kolczatkę.
Wywiozła go? zapytał cicho.
Nie „zgubiła”, nie „nie dopilnowała”. Od razu zrozumiał. Mądry chłopak. Wszystko dawno widział jej spojrzenia, pogardę, drobne złośliwości. Ale, jak większość mężczyzn, udawał, że nie widzi, mając nadzieję, że samo się ułoży. Do dziś.
Wywiozła potwierdziłam. Za Otwock. Gdy spałam. Powiedziała, że uciekł na kawalerski. Ale Felek wrócił.
Kuba podszedł do okna. Spojrzał w dół, w ciemność, gdzie co chwila migał telefon Magdy, słychać było trzask gałęzi.
A paszport? spytał, nie odwracając się. Wrzeszczy coś o paszporcie.
Paszport Felek znalazł. Tam, gdzie go zostawiła. Przyniósł. Tylko… uszkodzony. Potem przypadkiem wyrzuciłam przez okno. Przeciąg był.
Milczał chwilę. Widziałam, jak zaciska szczęki. Kochał Magdę. Albo myślał, że kocha jej wizerunek. Ale Felka przyniósł do tego domu dziesięć lat temu jako szczeniaka. To była część jego duszy, wspomnienie ojca, naszych wypraw, dzieciństwa. Tego zdrady nie wybaczyłby. To była granica, po której kończy się miłość.
Już wszystko wiem powiedział, zdejmując marynarkę i zawieszając na krześle. Ruchy miał powolne, ale stanowcze. Czyli ona nie poleci do Turcji.
Nie poleci. Nasypałam Felkowi pełną miskę karmy. Dźwięk spadających chrupek był najbardziej domowym dźwiękiem na świecie. Dokument nieważny.
Kuba usiadł na dywanie, wtulił twarz w sierść Felka. Pies wdzięcznie polizał go po uchu.
I dobrze głos Kuby był przytłumiony, ale pewny. To ja polecę. Z tobą, mamo. I z Felkiem. Znajdziemy hotel, gdzie można z psami. Jemu potrzebna rehabilitacja po takich… przygodach. Tobie też.
Z podwórka dobiegał triumfalny, nagle przechodzący w rozpaczliwy wrzask Magdy, od którego aż zadrżały szyby.
Znalazłam, znalazłam! Aaaa! Co się z nim stało?!
Znalazła paszport. I, jak sądząc po jej krzyku, zobaczyła to, co i ja kły Felka przebiły dokument na wylot. Strona z wizą zamieniła się w koronkową serwetkę.
Kuba nalał wody do czajnika, wcisnął guzik.
Napijesz się herbaty, mamo? Mięta? Mocna?
Tak, synku. Z przyjemnością.
W mieszkaniu zrobiło się ciepło. Cisza i chłód przepadły, zastąpione szumem czajnika i przytulnym chrupaniem karmy. Byliśmy w domu. Znowu rodziną.
A Magda Magda została tam, gdzie jej miejsce. Poza domem, ze swoją wściekłością, podrapanymi od róż i malin rękami, i z paszportem, który już nigdzie jej nie zabierze.
Tydzień później naprawdę wyjechaliśmy. Do małego domku nad Bałtykiem, gdzie właściciele uwielbiają golden retrievery.
Felek jeszcze przez parę dni utykał, ale morski piasek i słona woda zdziałały cuda. A Magda Magda wróciła do mamy. Podobno długo leczyła nerwy i zadrapania od kolców, ale prawdziwe blizny zostają przecież nie tylko na skórze.




