Bartosz znał swoją mamę tylko odkąd był niemowlakiem. Była przy nim zawsze, jak cień, który przylega ciasno do stóp. I nikogo innego nie miał ojciec odszedł od nich jeszcze zanim Bartosz się narodził. Był wieczór. Mały Bartosz obiecał sobie odważnym głosem, że wytrzyma i zaczeka, aż mama wróci.
Mały Bartosz obiecał być dzielny i czekać na powrót mamy.
Minęła godzina, potem druga, ale mamy nie było. Pięcioletni chłopiec łkał i poszedł sprawdzić sypialnię, na wypadek gdyby wzbogaciła ją mama. Ale sypialnia była pusta, a jej buty, w których wychodziła zniknęły jakby nigdy nie istniały.
Strach zawisł nad Bartoszem, a łzy znów pokryły jego poliki. Tak znużony zapłakał, aż zasnął.
Obudziło go światło promienie słońca rzeźbiące jego dziecięce łóżeczko w geometryczne wzory. Wstał i ponownie ruszył na poszukiwanie mamy. Nie zajrzał do sąsiadów mama zawsze ostrzegała go, że mieszka tam wujek Mietek: narwany, ciągle z flaszką w ręku, lubiący wszczynać bójki. Bartosz bał się go jak ognia.
Wyszedł więc na zewnątrz, spodziewając się spotkać mamę na ulicach Krakowa. Mijający go ludzie nie zwracali na chłopca uwagi byli wpatrzeni w własne sprawy, jakby Bartosz był przezroczysty. Zmęczony całym tym błądzeniem, usiadł w końcu na ławce w parku. Starsza pani w chustce siedziała obok. Gdy łzy popłynęły Bartoszowi bezgłośnie, zaskrzypiała jej spódnica.
Wracaj do domu, synku powiedziała przekonana, że chłopiec po prostu urwisuje, i podała mu błyszczące jabłko odmiany Szara Reneta. Jednak Bartosz nie zatrzymał się w poszukiwaniach. Dorośli, których spotykał po drodze, byli zbyt zajęci, by zatrzymać się przy jego smutku.
W końcu, kiedy słońce zamieniło się w zimną perłę księżyca, Bartosz zasnął na parkowej ławce. Noc stała się zimna, a głód ścisnął mu żołądek. Jakiś nieznajomy zadzwonił po policję i tak Bartosz trafił do komisariatu, a potem pod opiekę jakiejś pani, która okazała się ciocią.
Chcę do mamy! płakał Bartosz z całych sił, oczami próbując sprowadzić ją na powrót. Lecz w pokoju, do którego go wprowadzono, nie czekała żadna mama.
Inna kobieta przyszła, przyniosła czyste ubrania i pomogła zmienić mu koszulę. Potem wzięła za rękę i zaprowadziła do nieznanego miejsca. Tam Bartosz odnalazł się wśród innych dzieci wszyscy mniej lub bardziej oderwani od własnych światów. Oparł się o ścianę i stał przez długi czas, otępiały, jakby nagle odległość między nim a mamą zamieniła się w ogromną, nie do pokonania otchłań.
P.S. Mama Bartosza wieczorem, wychodząc na ulicę, została potrącona przez samochód i umarła tamtej nocy.




