Dziś stuknęła mi trzydziestka. Udało mi się w końcu kupić własne, dwupokojowe mieszkanie w Warszawie. Mieszkam tu sam i, jak dotąd, nie pojawiła się w moim życiu żadna kandydatka, z którą widziałbym wspólną przyszłość. Dlaczego moim zdaniem tak trudno mi dobrze poukładać sobie życie osobiste? Mam wrażenie, że wszystkiemu winne jest… to mieszkanie.
W dzisiejszych czasach kobiecie naprawdę niełatwo połączyć niezależność z kobiecością. Patrząc na moje randki i relacje, wyraźnie widzę dwa typy kobiet:
Pierwsza grupa reaguje: Masz własną kawalerkę? Super, wprowadźmy się razem, nie muszę się niczym martwić. Krótko mówiąc: kobieta nie chce się przemęczać, jest gotowa zamieszkać z kimś, kto już wszystko ma. Dla niej to jednoznaczny atut, bo przecież mieszkanie już jest, a skoro i samochód posiadam, nie widzi potrzeby, by coś więcej osiągać. Rodzina? Czemu nie byle jej życie nie musiało się radykalnie zmieniać. Kariera, zarobki? Odkąd rozwiązałem już najważniejsze sprawy, ona nie szuka wyzwań. Mam wrażenie, że bardziej nadaje się na córkę niż na partnerkę. Musiałbym ją rozpieszczać, dogadzać, zapewniać wygody i jeszcze pilnować, by nie odeszła. Takiego szczęścia nie szukam. Wolę mieć kota i czas na modelarstwo.
Druga grupa to te, które na wieść o moim własnym mieszkaniu snują inne scenariusze: Mieszkanie masz? Nie będę się wprowadzać, najlepiej zostać u rodziców, ewentualnie sprzedaj mieszkanie i kupmy nowe wspólnie, na pół. Ta ostatnia opcja to absolutny hit. Lata ciężkiej pracy po to, by sprzedać dorobek życia i potem pół wieku spłacać kredyt razem. Oczywiście, sama raczej nie spłaci rata, a przecież zarabiam nie najgorzej, więc to na mnie wszystko spadnie. A co z urlopem tacierzyńskim, dziećmi? To wszystko na później, gdy już spłacimy kredyt, a dzieci można mieć i po czterdziestce Byle nie przeszkadzać partnerce jej odpoczynku i świętemu spokojowi.
Czasem myślę, że łatwiej adoptować trzyletnie dziecko z domu dziecka niż znaleźć kobietę, która nie boi się po prostu razem żyć. Bo nawet jeśli się ożenię, wszystko i tak będę musiał robić sam utrzymywać siebie i rodzinę, radzić sobie w trudnych chwilach i jeszcze być dla siebie wsparciem. Po co mi wtedy druga osoba u boku?
Dziś czuję się panem własnego życia i mieszkania. Remont skończony, mam dużo miejsca dla siebie i swoich modelarskich pasji. Czasem brakuje mi rodziny, bliskiej osoby ale rzeczywistość szybko studzi te marzenia. Opowiem jedno ze zdarzeń, które przytrafiło mi się niedawno.
Spodobała mi się dziewczyna naprawdę polubiłem Martę, znajomą z uczelni. Czułem, że ona też coś do mnie czuje. Zaprosiłem ją na wieczorny seans filmowy u mnie, zachciało nam się pizzy. Pomyślałem, że oddam jej to pole może załatwi coś samodzielnie. Umiała, oczywiście zeszła w klapkach na dół, odebrała pizzę I zapłaciła za nią dokładnie takimi pieniędzmi, jakie chwilę wcześniej wcisnąłem jej do ręki. Świetna sympatia, fantastyczna rozmowa i wszystko się rozpadło. Zabrakło mi tego iskry: chęci odwzajemnienia, drobnej inicjatywy, rezygnacji z wygody na rzecz drugiej osoby.
Może sam jestem sobie winny? Znajomi sugerują, że nie powinienem był oferować pieniędzy na pizzę, tylko zostawić to jej gestowi. Chciałem po prostu sprawdzić, czy odmówi, czy może mnie zaskoczy. To była niewielka kwota, nie chodziło o pieniądze, lecz o postawę.
Dzisiaj wiem, jak ważna jest równowaga w związku inicjatywa, dawanie od siebie, nie tylko branie. Wolę być sam, niż wchodzić w relację, gdzie druga strona liczy tylko na gotowe rozwiązania. Lepiej być szczerym wobec siebie i czekać na partnerkę, która odważy się razem iść przez życie, nie tylko szukać wygody.




