Odsuń się ode mnie! Nie obiecywałem ci ślubu! A w ogóle to ja nawet nie wiem, czyje to dziecko.
A może ono wcale nie jest moje? Więc idź sobie swoją drogą, a ja pójdę swoją. tak powiedział Andrzej zaskoczonej Wandzie.
Stała osłupiała i nie wierzyła własnym uszom, ani oczom… Czy to ten Andrzej, który kochał ją i nosił na rękach?
Czy to ten Andrzejek, który nazywał ją Wandzią i przysięgał gwiazdkę z nieba?
Przed nią stał z lekka zagubiony, a więc rozdrażniony, całkiem obcy mężczyzna Wanda płakała tydzień, machając Andrzejkowi na pożegnanie.
Ale ponieważ była już po trzydziestce miałam trzydzieści pięć lat, a przez swoją zwykłą urodę i ciche życie nie liczyła na wielkie szczęście postanowiła urodzić dziecko
Urodziła dziewczynkę w wyznaczonym terminie. Dała jej na imię Jagoda.
Mała Jagódka rosła spokojna, nie sprawiała matce kłopotów. Jakby wiedziała, że czy płacze, czy nie niewiele na tym zyska.
Wanda troszczyła się o córkę, karmiła, ubierała, kupowała zabawki. Ale prawdziwej matczynej miłości u niej nie było.
Rzadko ją przytulała czy pieściła. Zawsze była zajęta, miała za dużo obowiązków, a potem bolała ją głowa i nie miała siły na czułości. Instynkt matczyny chyba w niej nie obudził się nigdy.
Jagódka często wyciągała ręce do mamy, ale ta ją odpychała. Często tłumaczyła się zmęczeniem lub innymi sprawami.
Gdy miała siedem lat, wydarzyło się coś nierealnego Wanda poznała mężczyznę.
Mało tego, przyprowadziła go do siebie do domu! Cała wioska mówiła tylko o tym! Co za lekkomyślna kobieta ta Wanda!
Facet nie był ze wsi, nie miał stałego zajęcia, pojawiał się i znikał, nikt nie wiedział, skąd się wziął! Chyba jakiś cwaniaczek Tak wszyscy szeptali.
Wanda pracowała w sklepie, a on najął się u nich do rozładunku towarów. I tak się zaczęło.
Wkrótce potem Wanda zaprosiła nowego narzeczonego do siebie na stałe. Sasiadzi się oburzali nie pomyślała o dziecku, ściąga do domu nie wiadomo kogo!
Jeszcze taki milczek, nie można z niego żadnego słowa wyciągnąć! Na pewno coś ukrywa.
Ale Wanda nic sobie nie robiła z gadania. Jakby czuła, że to jej ostatnia szansa na szczęście.
Z czasem sąsiedzi zmienili zdanie o tym milczącym, niepozornym mężczyźnie, który nazywał się Leszek.
Dom Wandy bez męskiej ręki popadał w ruinę, aż Leszek własnoręcznie naprawił schody, łatal dach, wstawił nowy płotek.
Codziennie coś reperował, a dom piękniał w oczach. Ludzie zaczęli go prosić o pomoc, a on mówił:
Jeśli jesteś starszy albo biedny, pomogę za darmo. W innym wypadku płacisz złotówkami albo przynosisz coś na stół.
Brał od jednych pieniądze, od innych słoiki z ogórkami, kiełbasę, jajka, mleko.
Wanda miała ogródek, ale bez zwierząt, więc nie było w domu mleka czy śmietany.
Teraz w lodówce pojawiały się sery, mleko, świeże masło.
Złota rączka z Leszka, jak mówią: Gdzie diabeł nie może, tam Leszka pośle.
Wanda, która nigdy nie uważała się za piękność, z nim odmłodniała, złagodniała, rozkwitła.
Nawet do Jagódki była cieplejsza uśmiechała się, i okazało się, że na policzkach robią się jej dołeczki. Jagódka już chodziła wtedy do szkoły.
Któregoś dnia siedziała na ganku, patrzyła jak wujek Leszek pracuje wszystko w jego dłoniach się udawało.
Potem poszła do koleżanki na sąsiednią ulicę i zasiedziała się do wieczora. Gdy wróciła, otworzyła furtkę i zamarła.
Pośrodku podwórka stały huśtawki! Leniwie kołysały się na wietrze, wabiąc ją do siebie.
To naprawdę dla mnie?! Wujku Leszku! Zrobił pan dla mnie huśtawki?!! nie wierzyła oczom Jagoda.
Dla ciebie, Jagódko! Wskakuj! roześmiał się Leszek, zazwyczaj zamknięty w sobie.
Jagódka rozbujała się na całego, wiatr świszczał jej w uszach, a ona była najszczęśliwszą dziewczynką pod słońcem.
Wanda wychodziła rano do pracy, więc gotowaniem zajął się Leszek. Przygotowywał śniadanie, obiad, piekł ciasta i zapiekanki!
To właśnie on nauczył Jagódkę gotować i pięknie nakrywać stół. Okazało się, że ma mnóstwo ukrytych talentów.
Gdy przyszła zima i dzień był krótki, Leszek odprowadzał i przyprowadzał Jagodę do szkoły. Niósł jej tornister i opowiadał historie ze swojego życia.
Opowiadał, jak opiekował się chorą matką i sprzedał mieszkanie, by jej pomóc.
Powiedział, jak własny brat wyrzucił go z rodzinnego domu fortelem. Opowiadał, żeby Jagoda zrozumiała, jacy potrafią być bliscy ludzie.
Nauczył ją łowić ryby. Latem, o świcie, chodzili razem nad rzekę, czekali cierpliwie na branie. Cierpliwości właśnie ją nauczył.
Potem Leszek kupił jej pierwszy rower i uczył jeździć. Opatrywał jej kolana zielonym preparatem, kiedy się przewracała.
Leszku, rozbije się przecież ta dziewczynka mruczała Wanda.
Nic się nie stanie. Musi nauczyć się upadać i wstawać odpowiadał z przekonaniem.
W Nowy Rok podarował jej prawdziwe łyżwy dziecięce. Wieczorem cała trójka usiadła do stołu, który przygotowali razem z Jagodą.
Świętowali przy głośnym zegarze, śmiali się, stukali kieliszkami, jedli pyszne rzeczy. Rano Wandę i Leszka obudził pisk dziewczynki.
Łyżwy! Mam prawdziwe białe łyżwy! Dziękuję, dziękuję! krzyczała Jagoda, znajdując prezent pod choinką.
Przytuliła je do piersi, łzy szczęścia ciekły jej po policzkach.
Potem z Leszkiem poszli na zamarzniętą rzekę, gdzie wspólnie odgarniali śnieg z lodu, a Leszek uczył ją jeździć.
Jagoda się przewracała, ale Leszek cierpliwie prowadził ją za rękę, aż nauczyła się jeździć samodzielnie.
Kiedy przejechała kawałek bez upadku, radośnie krzyczała. Wracając, rzuciła się Leszkowi na szyję:
Dziękuję za wszystko! Dziękuję, tato
Teraz Leszek płakał ze szczęścia, tamując łzy, by Jagoda nie zauważyła, lecz mroźne powietrze zamieniało je natychmiast w maleńkie lodowe kuleczki.
Jagoda dorosła. Wyjechała na studia do Krakowa. Miała w życiu niełatwo, jak to w życiu bywa. Ale Leszek był zawsze przy niej.
Był na jej maturze. Woził jej do miasta torby z jedzeniem, by nie chodziła głodna.
Prowadził ją do ołtarza, gdy wychodziła za mąż. Razem z jej mężem czekał pod szpitalem na narodziny wnuków. Kochał je, jakby były jego własne.
A potem odszedł, jak wszyscy kiedyś odejdziemy. W dniu pożegnania Jagoda z matką stały nad mogiłą i rzucając grudkę ziemi, ciężko westchnęła:
Żegnaj, tato Byłeś najlepszym ojcem na świecie. Zawsze będę cię pamiętać…
Został w jej sercu na zawsze. Nie jako wujek Leszek, nie ojczym, ale OJCIEC
Bo ojcem jest nie zawsze ten, kto cię spłodził, ale ten, kto cię wychował, dzielił z tobą wszystkie smutki i radości, kto był przy tobie, gdy najbardziej go potrzebowałeś.




