Nie tylko sąsiedzi

Nie tylko sąsiedzi

W małej polskiej wsi, gdzie latem ulice tonęły w zieleni, a jesienią w złocie liści, tuż obok siebie mieszkały dwie rodziny. Zawsze trzymaliśmy się razem, pomagając sobie wzajemnie. Dzieci z obu domów dorosły i wyjechały do miasta.

Pewnego dnia jednak wydarzyła się tragedia mojej żony już nie było. Jeszcze o świcie, kiedy na niebie ledwo zaczynało się przejaśniać, pobiegłem do sąsiadów, do Kazimierza i Wiesławy, i mocno zapukałem w okno.

Co się stało? Kazik wybiegł na ganek, jeszcze w piżamie, zaraz za nim Wiesia, narzucając chustę na ramiona.

Moja Jadwiga Jadwiga nie wytrzymałem i usiadłem na schodach, łzy napłynęły mi do oczu. Była jesień, wilgotne i zimne powietrze

Co z Jadwigą? Kazik potrząsał mną. Co się stało, trzeba karetkę?

Nie trzeba Jadwiga już nie żyje wyszeptałem z bólem.

Sąsiedzi pomogli mi bardzo dopóki mój syn z żoną nie przyjechali z Warszawy, nie zostawiali mnie na chwilę samego. Wiesia podawała mi tabletki na uspokojenie. Po pogrzebie także nie byłem sam zapraszali mnie na obiady i kolacje. Wieczorami z Kazikiem graliśmy w szachy.

Minęło pół roku. Powoli pogodziłem się z tym, że już jej przy mnie nie ma. Nauczyłem się sam sobie radzić: gotować, prać, sprzątać. Syn z rodziną odwiedzali mnie od czasu do czasu.

Pewnego sierpniowego wieczoru siedziałem jak zwykle z Kazikiem na jego podwórku rozmawialiśmy cicho i przesuwaliśmy szachowe pionki. Nagle Kazik osunął się na bok. Ledwo zdążyłem złapać go w ramiona.

Kazik, co się dzieje? próbowałem go ocucić, ale nie reagował. Wiesia! zawołałem głośno, akurat akurat wyszła zza domu z misą świeżych ogórków.

Widząc, co się stało, wypuściła miskę z rąk. Rzuciła się do męża, ale Kazik odszedł od razu. Później lekarz powiedział zawał serca.

Jak to możliwe płakała Wiesia przecież nigdy nie narzekał na serce

Teraz ja starałem się pomóc Wiesi. Przyjechali ich syn i córka, pochowali Kazika. Gdy dzieci wyjechały, Wiesia zrozumiała, co znaczy przeszywająca cisza i samotność. W dzień jeszcze jakoś się trzymała, bo wpadałem do niej z pomocą, ale noce były najtrudniejsze myśli nie pozwalały spać.

Czas leczy rany. Wiesia powoli wróciła do siebie, czasami odwiedzali ją i wnuki z miasta. Oboje już byliśmy na emeryturze ja uczyłem kiedyś historii w liceum, a ona pracowała w wiejskiej bibliotece.

Jesień znów nadeszła. Codziennie wychodziłem z miotłą o poranku, zamiatałem żółte i brązowe liście z podwórka, a potem już na chodniku przed domem Wiesi, bo wiatr ciągle przynosił nowe. W końcu przechodziłem do jej ogrodu i tam też uprzątałem. U niej liści było mniej.

Wiesia śmiała się do mnie przez okno.

Ile można sprzątać, Iwan? zawołała, otwierając okno. Cała wieś już wie, że tylko Ty walczysz z jesienią!

Podniosłem głowę z uśmiechem.

Gdyby każdy tylko czekał, aż liście same znikną, świat pogrążyłby się w chaosie! Trzeba je sprzątać, więc się staram.

Ale jesienne liście są piękne patrz, jak się błyszczą! nie ustępowała Wiesia.

Piękne, błyszczą, ale i śliskie jak lód, można się przewrócić mruknąłem, wytrwale zamiatając dalej.

Otworzyła furtkę i zawołała mnie do altanki. Przyniosła dwa kubki herbaty.

Chodź, napijmy się herbaty z miodem powiedziała, siadając na ławce. Przysiadłem naprzeciwko.

Z miodem? Zawsze piliśmy z cytryną zdziwiłem się, próbując łyk.

Dziś chłodniej, trzeba się rozgrzewać od środka uśmiechnęła się.

Słodkie jak ule marudziłem w naszym wieku uważnie trzeba z cukrem

Pij, nie przeżywaj. Raz w tygodniu można sobie pozwolić zarządziła po gospodarsku.

No dobrze zgodziłem się.

Wczoraj dzwonił mój wnuk, Miłek. Pyta: Babciu, co robisz sama, przyjeżdżaj do nas do Krakowa.

A ja mu mówię: Nie jestem sama, mam tu przyjaciela spojrzała na mnie z uśmiechem.

Schowałem uśmiech za kubkiem.

Dobrze powiedziałaś choć przyjaciel to chyba za mało

A jak byś nazwał?

Hmm, chyba bardziej wspólnik w walce z jesienią zaśmiałem się, a ona razem ze mną.

Innego ranka posprzątałem już wszystkie liście, lecz Wiesia nie pokazała się w oknie. Zaniepokoiłem się zwykle witała mnie każdego poranka. Wszedłem na ganku, zapukałem do drzwi. Po chwili otworzyła, blada, z nosem czerwonym, otulona pledem.

No dobrze, co się tam dzieje chodź, pomogę wprowadziłem ją do środka i posadziłem w fotelu pod kocem.

Patrzyła na mnie zmęczona.

Chyba się przeziębiłam

Oj, kto mi teraz będzie herbatę parzył? westchnąłem żartobliwie, odwieszając kurtkę.

Masz leki?

Tak, na szafce

Spojrzałem na tabletki.

Tylko tyle? Idę do apteki, wracam zaraz powiedziałem stanowczo i wyszedłem.

Może wystarczy, bez przesady próbowała protestować, ale już jej nie słuchałem.

Szybko wróciłem z lekami i z kurczakiem z miejscowego sklepu ona drzemała w fotelu. Kiedy się przebudziła, w kuchni pachniał już rosół.

Patrz, Iwan, i gotować umiesz! powiedziała z uśmiechem, choć doskonale wiedziała, że radzę sobie w kuchni.

W trudnych czasach każdy musi umieć wszystko. Jedz ciepły bulion podałem jej miskę gorącego rosołu i pomogłem przysiąść do stołu.

Spróbowała i zamknęła oczy z rozkoszy.

Mmm, to czysta przyjemność, dziękuję ci

Nie ma za co, musisz szybko wyzdrowieć. Bo komu ja będę zamiatał podwórko? żartowałem, udając powagę.

Postaram się, mój towarzyszu walki odpowiedziała równie poważnie.

Po tygodniu Wiesia poczuła się zupełnie dobrze. Uśmiechała się i pewnego dnia pierwszy raz od dawna poszliśmy na spacer do małego parku nad Wisłą. Oczywiście pomysł był mój.

Liście szurały pod butami.

Wiesz, Iwan, jesień wcale nie jest zła. Podoba mi się powiedziała Wiesia.

Zgadzam się, szczególnie w takim towarzystwie.

Szła pod rękę ze mną, spacerowaliśmy powoli, zostawiając na liściach dwa ślady naszych kroków. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się.

Kilka dni później pojawiłem się u niej z nietypową prośbą.

Mam sprawę zacząłem.

Jaką znowu sprawę? spojrzała podejrzliwie.

Przeglądałem dziś swoją biblioteczkę nie znalazłem żadnej książki o pielęgnacji kaktusów.

Kaktusów? Chyba nie masz żadnego, kwiatów też nie widziałam

Spojrzałem figlarnie i wyjąłem zza pleców małą doniczkę z kaktusem.

Kupiłem dziś dla Ciebie

Ale jak ja mam o to dbać? Nigdy nie miałam kaktusów śmiała się.

Ale jesteś bibliotekarką, powinnaś znać każdą książkę, nawet o kaktusach

Dobrze, przyjmuję wyzwanie, ale jeśli zakwitnie, stawiasz mi lody.

Umowa stoi potwierdziłem.

Po tygodniu spadł pierwszy śnieg, przyszła zima. Przyszedłem do Wiesi z ręką schowaną za plecami.

Coś znowu kombinujesz? zapytała z uśmiechem.

Zawahałem się chwilę.

Wiesiu, pomyślałem skoro i tak codziennie do Ciebie przychodzę Może zostanę na zawsze… może się pobierzemy wyciągnąłem bukiet czerwonych róż. Wiesia uśmiechnęła się, a policzki jej lekko się zarumieniły.

Iwan, ile ty nad tym myślałeś?

Długo nie wiedziałem, czy się zgodzisz No to? Zostaniemy już razem?

A gdzie ja pójdę? Przywykłam już do Ciebie. Gdy wychodzisz, to mi Ciebie brakuje odpowiedziała, wkładając kwiaty do wazonu. I jak tu odmówić takiemu bukietowi

Przeżyliśmy razem zimę, przyszła wiosna. Pewnego poranka Wiesia krzyknęła nagle:

Iwan, szybko, Twój kaktus zakwitł, czyli jesteś mi winien lody!

Chyba już nie liczyłem na to, ale obietnica to obietnica. Dziś idziemy na lody! odparłem z uśmiechem.

Szliśmy przez wieś, kłócąc się, które lody lepsze śmietankowe, czy waniliowe w wafelku. Spojrzałem w niebo, słońce już wysoko, a ja czułem się naprawdę szczęśliwy.

Z czego tak się cieszysz? zapytała Wiesia, patrząc mi w oczy.

Bo my razem tworzymy świetny zespół

Tak, masz rację potwierdziła cicho.

Szliśmy obok siebie już dawno nie byliśmy tylko sąsiadami, a dwójką ludzi, którzy odnaleźli się wśród jesiennych liści, śniegu i promieni wiosennego słońca. We dwoje zawsze łatwiej samotność już nas nie złapie.

Dziękuję za uwagę i życzę każdemu dużo dobra oraz ciepła w sercu!

Oceń artykuł
Newskey24
Nie tylko sąsiedzi