Nie tylko sąsiedzi
W małej, spokojnej wsi, gdzie latem ulice tonęły w zieleni, a jesienią w złotych liściach klonów, tuż obok siebie żyły dwie rodziny. Zawsze żyły zgodnie, wspierały się w potrzebie. Ich dzieci dorosły i wyjechały do miasta.
Tak się jednak stało, że Zygmuntowi zmarła żona. Wczesnym rankiem, gdy na niebie zaledwie świtało, pobiegł do sąsiadów Stanisława i Jadwigi. Zapukał mocno w okno.
Co się dzieje? wybiegł na ganek Stanisław, pospiesznie narzucając na siebie sweter, a tuż za nim pojawiła się Jadwiga, otulona wełnianą chustą.
Moja Helena… Helena… rozpłakał się Zygmunt, przyklęknął na schodkach była chłodna, wilgotna jesień…
Co z Heleną? dopytywał Stanisław. Co się stało, trzeba wzywać pogotowie…
Nie trzeba… Helena odeszła… wyszeptał zrozpaczony Zygmunt.
Sąsiedzi nie zostawili go samego, wspierali Zygmunta, dopóki nie przyjechał jego syn z żoną z Warszawy. Jadwiga dbała, żeby codziennie wziął tabletki na uspokojenie. Po pogrzebie Heleny starali się nie dopuścić, by samotność była zbyt dotkliwa zapraszali Zygmunta na obiady i kolacje. Wieczorami Stanisław siadał z nim do partii szachów.
Minęło pół roku. Zygmunt wrócił do siebie, powoli nauczył się zarządzać domem bez żony, gotować, prać, sprzątać. Syn z rodziną odwiedzali go od czasu do czasu.
Pewnego sierpniowego wieczoru Zygmunt siedział na podwórku u Stanisława. Jak zwykle spokojnie rozmawiali, przesuwając figury po szachownicy. Nagle Stanisław osunął się na bok, Zygmunt ledwie zdążył go podtrzymać.
Stanisław, co się dzieje? zawołał, a sąsiad nie reagował. Jadwiga! krzyknął. Akurat wychodziła zza domu z dużą miską świeżych ogórków.
Widząc sytuację, miska wypadła z jej rąk. Rzuciła się do męża. Stanisław zmarł od razu. Lekarz potem powiedział: zawał serca.
Jak to? płakała Jadwiga. Nigdy nie uskarżał się na serce…
Teraz Zygmunt pomagał Jadwidze. Przyjechały jej dzieci, pochowali Stanisława. Gdy odjechali, Jadwiga zrozumiała, co to prawdziwa samotność i dzwoniąca cisza w domu. Za dnia jeszcze nie było źle, bo wpadał Zygmunt, pomagał w drobiazgach, ale nocami myśli nie dawały spokoju…
Czas leczył rany. Dzieci i wnuki przyjeżdżały coraz częściej. Jadwiga i Zygmunt, już oboje na emeryturze, pomagali sobie nawzajem. On przez całe życie uczył historii w szkole średniej, ona prowadziła wiejską bibliotekę.
Jesień przyszła niepostrzeżenie. Każdego ranka Zygmunt zamiatał podwórko, usuwając żółto-brązowe klonowe liście. Potem wychodził za furtkę, zamiatał ścieżkę do domu Jadwigi, choć wiatr zaraz nanosił nowe liście. W jej ogrodzie było ich jednak mniej.
Jadwiga patrzyła z okna i uśmiechała się.
Zygmunt, ileż możesz zamiatać? zawołała przez uchylone okno. Wszyscy wiedzą, że jesteś jedynym, który walczy z jesienią.
Podniósł głowę i uśmiechnął się.
Jeśli wszyscy będą czekać, aż liście same znikną, to świat pogrąży się w chaosie. Trzeba je uprzątnąć, więc zbieram się do pracy.
Ale przecież jesienne liście są piękne… popatrz, jak się mienią kpiła trochę Jadwiga.
Piękne, ale śliskie. Można się przewrócić burknął Zygmunt i dalej robił swoje.
Otworzył furtkę i posprzątał ścieżkę aż do ganeczku. Gdy dotarł do schodów, zobaczył, jak Jadwiga wychodzi z domu z dwoma kubkami herbaty.
Daj spokój, usiądź, napijemy się herbaty z miodem postawiła kubki na stole w altance i usiadła na ławeczce. Zygmunt przysiadł obok.
A czemu dziś z miodem? Zwykle pijemy z cytryną zdziwił się, upijając łyk.
Bo dziś zimno, trzeba się rozgrzać powiedziała z uśmiechem.
Słodko… W naszym wieku ze słodkim trzeba uważać pomruczał Zygmunt.
Pij, pij, to nie codzienna uczta zarządziła Jadwiga.
No dobrze zgodził się sąsiad.
Wczoraj dzwonił do mnie wnuk, Antek. Pytał: Babciu, co tam porabiasz samotnie, przyjedź do nas do miasta i zamieszkaj tu.
A ja mu mówię: Wcale nie jestem sama. Mam przyjaciela. spojrzała na Zygmunta z uśmiechem.
Zygmunt napił się herbaty, by ukryć uśmiech.
I dobrze powiedziałaś. Chociaż przyjaciel to brzmi jakoś zwyczajnie…
A jak lepiej?
Może… towarzysz do walki z jesiennymi liśćmi? zaśmiał się. Jadwiga przyłączyła się do śmiechu.
Pewnego ranka, gdy już podmiótł liście u siebie i u niej, zmartwił się, bo Jadwiga nie pojawiła się w oknie, jak miała w zwyczaju. Podszedł, zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła była blada, okutana w pled, z zaczerwienionym nosem.
No już… co to za sprawy? Pomogę ci powiedział, odprowadzając ją do fotela i przykrywając pledem.
Patrzyła na niego zmęczonymi oczami.
Chyba się przeziębiłam…
A kto mi teraz herbatę będzie przynosić? westchnął.
Zdjął kurtkę, powiesił ją na haczyku.
Masz leki?
Tak, tam na szafce…
Popatrzył na tabletki.
To wszystko? Ja skoczę do apteki oznajmił.
Może nie trzeba, z tym dam radę szepnęła Jadwiga.
Trzeba stwierdził stanowczo i wyszedł.
Wrócił szybko z reklamówką lekarstw i kurczakiem ze sklepu. Jadwiga drzemała w fotelu, zdziwiła się, widząc, że już jest w domu. Z kuchni dochodził zapach rosołu.
Zygmunt, ty też gotować potrafisz? uśmiechnęła się, choć doskonale wiedziała, że radzi sobie sam.
W sytuacjach awaryjnych trzeba umieć wszystko. Zjedz ciepły rosół postawił przed nią miskę, pomógł wstać.
Spróbowała, zamknęła oczy z rozkoszy.
Mmm… cudowny… Dziękuję ci…
Nie ma za co, musisz szybko wyzdrowieć. Bo mi się nudzi zamiatać samotnie dodał z nutką rozbawienia.
Dobrze, towarzyszu, postaram się obiecała poważnie.
Po tygodniu Jadwiga była jak nowa. Po raz pierwszy od dawna wyszli razem do małego parku nad rzeką niedaleko domu Zygmunt był, jak zwykle, inicjatorem.
Dość siedzenia w domu, idziemy na spacer, zaczytałaś się już dość! a ona zgodziła się z nim.
Liście szeleściły pod nogami, jesienne słońce wciąż jeszcze grzało.
Wiesz, Zygmunt, polubiłam jesień powiedziała Jadwiga.
Ja też, szczególnie w dobrym towarzystwie.
Idąc aleją, trzymała go pod ramię, śmieli się, rozmawiając o rozmaitych drobiazgach.
Po kilku dniach Zygmunt przyszedł do Jadwigi z nietypową prośbą.
Mam do ciebie sprawę…
Jaką?
Przeglądałem bibliotekę i nie mogę znaleźć podręcznika o hodowli kaktusów.
Kaktusów? Przecież u ciebie w domu nawet kwiatów nie ma!
To chwilowe powiedział z tajemniczym uśmiechem i wyjął malutką doniczkę z kaktusem. Kupiłem ci dzisiaj…
I co ja mam z nim zrobić? Nigdy nie miałam kaktusa! śmiała się Jadwiga.
Jesteś bibliotekarką, powinnaś wiedzieć wszystko, także o kaktusach!
No dobrze, dobrze przyjęła doniczkę, żartując ale jeśli zakwitnie, fundujesz mi lody.
Uzgodnione!
Tydzień później spadł pierwszy śnieg. Zygmunt przyszedł do Jadwigi, znów coś trzymając za plecami.
Znowu coś niesiesz? zapytała z uśmiechem. Trochę się zasępiał i kręcił nogą.
Wiesz, Jadwiga, pomyślałem… Po co mam codziennie wracać do siebie? Może zostałbym tu na zawsze Może… pobierzemy się wyciągnął bukiet czerwonych róż. Zrobiła się czerwona na twarzy i uśmiechnęła się.
O rany, Zygmunt, długo o tym myślałeś?
Długo, nie byłem pewien, czy się zgodzisz… No i jak? Zgadzasz się?
A zgadzam. Przyzwyczaiłam się, trochę mi cię brak, gdy cię nie ma… odpowiedziała, wkładając kwiaty do wazonu. No i trudno odmówić takiemu bukietowi…
Przeżyli razem zimę, przyszła wiosna. Pewnego ranka Jadwiga zawołała:
Chodź szybko, Zygmunt, twój kaktus zakwitł! Teraz musisz mi kupić lody!
Nie wierzę! Już nie miałem nadziei… Dobrze, dziś pójdziemy do sklepu, dostaniesz lody, jak obiecałem…
Szedł z nią ulicą, rozważając, czy lepsza będzie śmietankowa gałka, czy lody w polewie. Spojrzał na wiosenne słońce, uśmiechnął się promiennie.
Z czego się tak cieszysz? spytała Jadwiga, spoglądając na niego.
Bo my razem to naprawdę dobra drużyna…
Tak, dobra przytaknęła cicho.
Szli obok siebie, już nie tylko sąsiedzi i towarzysze, ale dwoje ludzi, którzy odnaleźli się wśród jesiennych liści, śniegu zimą i słońca wiosną. Wspólnie dobrze samotność im nie grozi.
Dziękuję za przeczytanie, wszystkiego dobrego!



