Obudziłem się dziś rano Dzień zapowiadał się nie najgorzej w końcu, gdy kończysz 118 lat, samo przebudzenie się uznaje się już za mały sukces.
Zacząłem poranny przegląd techniczny: najpierw lewe oko działa, potem prawe trochę zamglone. Przepłukałem, zakropiłem jak nowe. Prześwietliłem stawy te, które się zginają, rozprostowałem, co nie chciało, potraktowałem maścią. Sprawdziłem, czy kark obraca się i chrupie jak trzeba. Porobiłem dwa podskoki, trzy klaśnięcia i mogłem zaczynać kolejny dzień.
O ósmej miałem zaplanowany telefon z ZUS-u:
Lidziu, dzień dobry zachrypiałem do słuchawki, ucieszony.
Witam, panie Janie Nowaku odezwała się smętna Lidia. Jak się pan dziś czuje?
Nie mogę narzekać uśmiechnąłem się do słuchawki.
Szkoda przez pana mam już piątą naganę w tym roku! Dziś mija trzydzieści lat, odkąd przeszedł pan całkowicie na państwową emeryturę!
No cóż, przepraszam. Słyszałem, że w tym miesiącu jakaś podwyżka?
Tak, podwyżka jej głos zabrzmiał jak u Pierrota a pan na boku nigdzie nie dorabia? spróbowała jeszcze zapytać.
Nie, niestety, pieniędzy mam aż nadto.
Szkoda wszystkiego nie dokończyła i odłożyła słuchawkę.
O dziewiątej jadłem śniadanie z moim prapraprawnukiem, który wprawdzie u mnie nie mieszkał, ale zawsze wchodził własnym kluczem. Zwykle najpierw biegał z miarką, tu kuchnię wymierzy, tam łazienkę. Potem siada i liczy materiał, koszt robocizny, szkicuje meble.
Dziś zapomniał miarki.
Weź ze starego kredensu, rzuciłem została jeszcze po twoim dziadku zażartowałem i zacząłem parzyć herbatę.
Westchnął ciężko i zabrał się za znaną, nie do podrobienia jajecznicę prapradziadka.
O dziesiątej wyszedłem zapalić pod klatką.
O, Janek, znów dymisz!
A wiesz, że palenie prowadzi do sąsiad nagle się zaciął, patrząc na mnie starego jak świat, a ja zacząłem palić w wieku, w którym inni już dawno wykitowali od tego prowadzenia.
Jedziemy dziś do Warszawy.
A po co tam?
Pokręcimy się metrem, odwiedzimy Stare Miasto, zobaczymy grób Nieznanego Żołnierza, dopóki jeszcze nie przenieśli.
Co tam patrzeć, grób jak grób.
A widziałeś kiedyś?
Pewnie, on nawet raz do naszej wsi przyjechał.
W trumnie?!
Nie, w wagonie.
A ty właściwie ile masz lat?
Sto osiemnaście chrząknąłem przez filtr.
Daj spokój.
Serio, na drugi termin się załapałem.
No to wszystkiego najlepszego z dorosłości!
Dzięki wróciłem do domu.
O jedenastej zadzwonił dyrektor Orange, błagając, bym zmienił taryfę. Ta, na której jeszcze jestem, istnieje już tylko dla mnie, i szczerze mówiąc, to oni mi już dopłacają w przeliczeniu na dzisiejsze złotówki.
O siedemnastej odwiedziłem supermarket. Z okazji urodzin miałem rabat równy wiekowi. Wziąłem tort, kilogram bananów i telewizor panoramiczny. Za resztę zamówiłem taksówkę i tragarzy.
O dziewiętnastej zadzwonili z kostnicy, prosząc, abym w końcu odebrał swoją polisę ubezpieczeniową i kapcie.
O dwudziestej przyjechali goście. Nakryłem stół, włączyłem nowy telewizor, nalałem wina. Tosty były oszczędne, bo nikt nie wiedział, czego mi już życzyć, więc wstawali tylko po kolei.
O dziesiątej przyjechała policja z prośbą o ciszę, bo za ścianą mieszkają starsi ludzie. Drzwi otworzył sam jubilat i wprowadził funkcjonariuszy w lekkie osłupienie.
Spać położyłem się dopiero przed północą, kiedy ostatni, wymęczeni goście rozjechali się do domów i szpitali. Uśmiechając się w ciemności, zdjąłem z palca i schowałem pod poduszkę magiczny złoty pierścień, który przez te wszystkie lata przedłużał mi życie. Został zamówiony przez moją żonę tuż przed odejściem, z grawerem: Żyj za nas dwoje.
I tak właśnie robię.




