PUDEŁKO Z ZAGINIONYMI OBIETNICAMI
Od pewnego czasu zaczęło mi się wydawać, że oprócz mnie i żony, ktoś jeszcze mieszka w naszym mieszkaniu w Warszawie. I wcale nie chodziło tu o żadnego ducha duchy, moim zdaniem, to poważne istoty. Jeśli już się pojawiają, to na pewno nie dla błahych spraw.
A tutaj typowa codzienność. Coś jak polski chochlik.
Na początek zniknęły moje sportowe skarpetki oczywiście po jednej. Gdyby zginęły w pralce, uznałbym to za normalne, każda gospodyni to zna. Ale te, białe z czerwoną lamówką, które wkładałem na siłownię, zawsze leżały w szufladzie. Jakby wyrzucały mi: Kiedy ostatni raz miałeś nas na nogach?.
Aż tu nagle nie ma ich. Najpierw jednej, na drugi dzień drugiej. I nagle, po tygodniu, pojawiły się na swoim miejscu. Zwinięte w ślimaczki. A na górze nierówno ucięty kawałek szarego papieru, na nim wydrukowanymi, lekko krzywymi literami:
Zapomniałeś o nas przez 127 dni. Liczyliśmy.
To twoja robota? rzuciłem do żony, która przeglądała spokojnie wiadomości na telefonie. To jakiś żart, że powinienem wrócić do siłowni?
Spojrzała na mnie zdziwiona i zaprzeczyła.
No dobrze machnąłem ręką, choć nie do końca uwierzyłem. Justyna znana była z żartów.
Później zniknęła ulubiona spinka do włosów Justyny ta, która zawsze leży na lustrze w przedpokoju. I droga szminka na wyjątkowe okazje, którą zawsze nosiła w torebce.
Znaleźliśmy je w kuchennej szafce, między pojemnikami z kaszą a makaronem. Oczywiście z karteczkami.
Na spince:
Zdecyduj się chcesz mieć długie, czy krótkie włosy? Mam dość tego, że mnie porzucasz na długie tygodnie, a potem tęsknisz.
Na szmince:
A kiedy był ostatni raz ta 'wyjątkowa okazja’? Mogę tu wyschnąć na amen.
To już nie jest śmieszne, syknęła Justyna, potrząsając moim ramieniem, gdy drzemałem na kanapie, czekając na obiad.
Oszalałaś? warknąłem. Co ja, swój wróg, żeby tak sobie dowcipkować?
To brzmiało sensownie. Głupkiem nie jestem. Ale zagnieździł się we mnie niepokój.
Postaraliśmy się zapamiętywać, gdzie wszystko odkładamy, kilka razy wracałem, by sprawdzić, czy rzeczy są na swoim miejscu. Justyna nawet poszła do lekarza. Starszy internista po badaniach stwierdził, że ma lepszą pamięć niż on.
A rzeczy nadal ginęły.
Ukochane długopisy. Koszula w paski. Krem do rąk.
A kulminacją była zguba kluczy od działki pod Łowiczem, przez co potem tydzień musiałem wysłuchiwać westchnień Justyny.
Zaczęła się denerwować spała gorzej, drżała przy każdym szmerze, klucze, portfel i telefon stale przemieszczała z miejsca na miejsce.
Aż pewnej soboty wydarzyło się coś dziwniejszego niż zwykle.
Postanowiła spędzić wolny dzień na generalnych porządkach w garderobie od dawna było to konieczne. I wtedy, w pustym pudełku po kozakach, odnalazła wszystkie zaginione rzeczy. Starannie złożone, jak na wystawie w komisji odzieżowej.
Koszula tuląca się do plisowanej spódnicy. Kartka:
Jeszcze pamiętasz, jak się tańczyło?
Długopisy poukładane kolorystycznie:
Gryziesz nas, kiedy się denerwujesz. Mamy już dość życia w stresie.
Klucze przewiązane breloczkiem jakby się trzymały za ręce:
Po prostu się wynudziliśmy na działkę nikt nie jeździ. Ale, w przeciwieństwie do niektórych, wróciliśmy sami.
Justyna była zdumiona.
W tych karteczkach było coś złośliwego, mądrego i trochę smutnego jakby pisała je sama, w alternatywnej wersji życia, gdzie wystarczało czasu nawet na rozmowy z przedmiotami.
Już chciała zamknąć pudełko, gdy w kącie zauważyła jeszcze jeden mały, szary kwadracik. Bez żadnej rzeczy. Po prostu kartka.
Litery były rozmazane, jakby na papier kapały łzy:
Obiecałaś tamtej dziewczynce w lustrze, że zostaniesz malarką. Jestem tamtą dziewczynką. I bardzo tu samotno, w pudełku z zaginionymi obietnicami i niespełnionymi marzeniami.
Długo siedziała na podłodze garderoby, oparta o przeładowane półki i wspominała.
Ona przedszkolaku, z wysuniętym z zapału językiem, rysująca flamastrem dom, słońce, mamę, tatę i siostrę.
Szkole lekcje plastyki i zachwyt nad rozlewaniem się akwareli na mokrym papierze.
Zapach farb olejnych w osiedlowej pracowni. Cisza muzeum. Każdy pociągnięcie pędzla jak magiczna melodia. Energiczny głos prowadzącego.
Myślała, że to będzie jej życie.
Później chociaż hobby. Azyl.
A potem…
Nic.
Nie dlatego, że nie było czasu. Po prostu zawsze odkładała na później, znajdując coś pilniejszego, aż to ciepłe uczucie oczekiwania zniknęło bez śladu, jak skarpetki, długopisy, klucze.
Przejechałem palcem po ostatniej karteczce.
Wydawało mi się, że papier żyje cieplejszy niż reszta, lekko drżący. A może to tylko drżała mi ręka.
Czy naprawdę kolejna godzina w centrum handlowym lub jeszcze jeden kryminał jest ważniejszy od marzenia?
Tej nocy Justyna długo się przewracała z boku na bok. Sen nie przychodził. O drugiej w nocy z westchnieniem wyszła spod kołdry.
Gdzie idziesz? wymamrotałem zaspany.
Śpij odpowiedziała cicho.
Gdzieś tu w szafie mam stare farby pomyślała i, mijając lustro w przedpokoju, złapała wzrokiem spojrzenie tej dziewczynki. Było niepewne. Ale pojawiła się w nim iskierka nadziei.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba zajrzeć do własnych pudełek z dawno zaginionymi planami i naprawdę ich posłuchać. Dobrze mieć odwagę, by wrócić do własnych obietnic.




