Nie chcę

Nie chcę

Wszystko już na mojej głowie! Ile jeszcze można? Zofia była oburzona.

Mąż nie odpowiedział. Jak zwykle wolał schować głowę w piasek, mając nadzieję, że sprawy same się rozwiążą. Zwykle nie rozwiązywały się same to Zofia zajmowała się problemami. Pracowała zdalnie, z domu, przy komputerze. Miała elastyczne godziny pracy. Pensja na początku była skromna, ale Zofia podniosła kwalifikacje i zarobki wzrosły przewyższyły znacznie pensję męża. To z jej pieniędzy spłacali ratę za samochód, finansowali wakacje, kupowali sprzęt AGD i ubrania. Potem przyszło macierzyństwo. Zofia, niemal nie zwalniając tempa, donosiła ciążę i urodziła dziecko. Oczywiście była zmęczona, ale nie chciała rezygnować z dobrych zarobków.

Synek poszedł do żłobka. Zrobiło się nieco lżej, więc w ferworze radości Zofia wzięła na siebie jeszcze więcej obowiązków. Poza tym teraz trzeba było płacić za żłobek. To nie była zwykła placówka Zofia wybrała ją bardzo starannie. Dla swojego dziecka chciała przecież wszystkiego najlepszego. Mąż Andrzej jak zwykle ufał żonie w tych i większości innych spraw.

Cały ten czas mieszkali osobno, w mieszkaniu, które Zofia odziedziczyła po babci. Andrzej nie miał własnego domu. Przed ślubem mieszkał z matką i siostrzenicą Magdą, córką nieżyjącej już od trzech lat starszej siostry. Tak wyszło i bardzo to podkopało zdrowie pani Henryki, matki Andrzeja. Cierpiała na nadciśnienie, ciśnienie rosło jej do absurdalnych wartości.

W momencie, gdy Andrzej ożenił się z Zofią i wyprowadził, Magda była już na studiach i prowadziła własne, niezależne życie. Spotykała się z przyjaciółkami, jeździła na wyjazdy, poznawała chłopaków, żyła pełnią młodości i w domu pojawiała się rzadko.

Pani Henryka ze wszystkimi problemami i pytaniami zwracała się do rodziny syna. Dokładniej do Zofii, bo inni kompletnie się nie nadawali. Magdzie, swojej wnuczce, nie zapominała pomagać: spełniała jej życzenia, fundowała prezenty. Przecież była sierotą, córką nieślubną. To była trudna sprawa, o której teściowa Zofii nie lubiła rozmawiać. Zrozumiałe nie było tam nic przyjemnego.

I tak żyli. Do czasu, aż Henryka nie trafiła do szpitala. Skutki gwałtownego wzrostu ciśnienia były poważne. Kobieta została przykuta do łóżka. Po trzech tygodniach leczenia dalej była leżącą pacjentką. Lekarze nie dawali żadnych prognoz.

Andrzej, jak zwykle, umył ręce od sprawy, pozostawiając żonie rozwiązanie problemu.

Kobiety lepiej się na tym znają rozłożył ręce.

Na czym dokładnie? zdziwiła się Zofia.

No opieka nad chorymi pielęgnacja, rehabilitacja mruknął Andrzej, drapiąc się po głowie.

Ale ja jestem projektantką, nie pielęgniarką. Znam się na tym tyle, co ty westchnęła Zofia. Dobrze, pojadę posłuchać, co mówi lekarz.

Teściowa nigdy Zofii nie lubiła. Ich stosunki były raczej dziennikarskim rozejmem. Na początku kłóciły się ostro, a potem zdecydowały się nie zaostrzać konfliktu na szczęście nie mieszkały razem. Obie miały swoje racje, ale nie mówiły tego sobie wprost. Zofia znosiła teściową z uprzejmości i szacunku; Henryka tolerowała Zofię, bo ta była dobrą żoną dla Andrzeja i o lepszą nie łatwo byłoby znaleźć. Poza tym, rozumiała, że syn głowy do zarabiania nie ma, a dochód przynosi synowa.

Wnuka widywała rzadko; raz ciśnienie, raz migrena zawsze coś, zawsze właśnie wtedy, kiedy pilnie ktoś musiał posiedzieć z dzieckiem. Pomocy od teściowej Zofia nie mogła oczekiwać.

Ale tym razem wszyscy liczyli na Zofię. To ona odebrała Henrykę ze szpitala (bo przecież pracuje w domu, może sobie pozwolić, a Andrzeja nie puszczą ot tak z pracy) i przywiozła ją do jej mieszkania. Uznano, że na pewien czas syn z rodziną zamieszkają u Henryki, by pomagać.

Tak też się stało. Przez trzy tygodnie Zofia schudła tak, że wyglądała jak chodzący wieszak. Jakimś cudem udawało jej się godzić pracę z opieką nad teściową: gotowała rosoły, przecierała warzywa i owoce, karmiła łyżeczką, myła, przewracała.

Magda, ukochana wnuczka, za każdym razem czmychała do swojego pokoju, z nosem w chmurach, i nie wychodziła aż do nocy, cicho jak mysz byle tylko nie musieć pomagać. A rano na uczelnię, potem spotkania. Życie toczy się dalej. Babcia to babcia, a ona swoje.

Mąż też niewiele pomagał. Zofia próła do jego sumienia:

Przecież to twoja matka! Pomóż chociaż trochę! Przecież sama nie daję rady!

Ja no nie mogę To są kobiece sprawy jak zwykle zaperzył się Andrzej. Do sklepu poszedłem, zakupy zrobiłem. Co jeszcze mam zrobić?

Kobiece sprawy to były rzeczy poważne. Pani Henryka nie wracała do zdrowia, narzekała, złościła się na Zofię, na syna, na wszystkich. Była kapryśna i często mówiła rzeczy, których zdaniem Zofii przed chorobą by nie powiedziała. Zofia dowiedziała się o sobie wielu nowych rzeczy. Okazało się (według teściowej), że Zofii się po prostu poszczęściło zdobyć dobre wykształcenie i fajną pracę. Siedzi sobie w domu, popija herbatę i stuka w komputer, a na konto lecą niezłe pieniądze. Andrzejek biedny chłopiec, jemu to się nie poszczęściło: raz, że nauczyciele do niczego, dwa do studiów się nie dostał, trzy taki już los.

Pani Henryka zaciągnęła pasek i wzięła kredyt na edukację syna. Ale Andrzej wiódł studia od niechcenia, maglował i miglował się od zajęć. Kilka razy był o krok od wyrzucenia z uczelni, choć przecież to był kierunek płatny. Mimo wszystko, musiał chodzić na zajęcia. Ile nerwów kosztowało wyciągnięcie chłopca. A wszystko według teściowej przez złych nauczycieli. Jeszcze córka zachorowała i umarła Matka próbowała ogarnąć wszystko. Wnuczka kończyła szkołę, trzeba było myśleć o jej dalszej nauce. Na szczęście Magda dostała się na studia na koszt państwa, co było wielkim powodem do dumy i dowodem, jak ważni są dobrzy nauczyciele. Magda chodziła do najlepszej szkoły, wtedy jeszcze utrzymywanej przez mamę.

Zofia po raz setny słuchała tej opowieści i czuła, że już dłużej nie może. Wszyscy zdolni, wszyscy wygrywają życie tylko ona przez przypadek.

No, szczęśliwie mi się faktycznie trafiło Szczególnie z mężem, z goryczą myślała Zofia. Co ja w nim do cholery widziałam? Coraz częściej o tym rozmyślała. Pewnego dnia zasugerowała Andrzejowi, żeby zatrudnili opiekunkę dla matki i wrócili do własnego mieszkania.

Opiekunka? zdziwił się Andrzej. Wiesz, to kosztuje Nie dam rady sam Jeśli chcesz, zatrudnij, ale opłacaj z własnych pieniędzy.

Zresztą, od dawna mieli z Andrzejem prosty układ: on płacił za rachunki, kupował najpotrzebniejsze produkty. Wszystkie inne wydatki Zofia. Opiekunkę musiała więc opłacić Zofia. To przecież oczywiste, wściekała się Zofia. Ale jak to zostało powiedziane! Czy ja wszystkim coś jestem winna? Mam już dość. Ja też chcę żyć. Wyglądam już jak własny cień i nikogo to nie obchodzi

W pewnym momencie zrozumiała, że nie może i nie chce dalej żyć w ten sposób. Pewnego dnia, mówiąc teściowej, że idzie do sklepu, uciekła, zabrała synka Antka z przedszkola i pojechała do własnego mieszkania.

Jak dobrze myślała Zofia, leżąc na swoim ogromnym łóżku i patrząc w sufit jestem w domu! Nic nie chcę. Tylko leżeć. Jak bardzo jestem zmęczona

Zawołała Antosia na kolację. Jedli, a myśli Zofii krążyły wokół tego, że pewnie już w mieszkaniu teściowej wszyscy jej szukają. Nie zostawiła starszej pani na pastwę losu nakarmiła ją, przebrała i wiedziała, że za godzinę, półtorej, wróci z pracy Andrzej. Andrzejowi napisała liścik: Nie chcę i nie mogę już tak dłużej. Odchodzę. Pani Henryce życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Proszę się nie gniewać

Telefon Zofia wyłączyła.

Andrzej pojawił się tego samego wieczoru. Zofia nie wpuściła go do środka. Rozmawiali przez uchylone drzwi. Nie było o czym rozmawiać. Męża nie ciekawiło, dlaczego żona odeszła. Nie mówił jej, że ją kocha, ani nie troszczył się o syna. Martwił się tylko, jak sobie bez niej poradzi.

Radzę ci zatrudnić opiekunkę. Profesjonalna opieka byłaby lepsza powiedziała Zofia zadumana. I jeszcze jedno. Składam pozew o rozwód. Nie chcę być koniem, na którym wszyscy jadą. Do widzenia.

Andrzej odszedł z niczym. Telefon Zofia oczywiście potem włączyła, bo mogli dzwonić z pracy.

Dzwoniła pani Henryka. Błagała, by wróciła, nie zostawiała jej ani Andrzeja. Przepraszała za swoje słowa, za niewdzięczne traktowanie. Ale nawet wtedy w jej głosie pobrzmiewały nutki dumy, jakby chciała powiedzieć: No, już się wyżaliłaś, wracaj szybko do swoich obowiązków.

Zofia spokojnie wytłumaczyła, że nikomu niczego nie jest winna. Henryka ma przecież syna, jak i wnuczkę Magdę. To ich obowiązek. Rozłączyła się.

Rozwód się odbył.

Tak niespodziewanie Zofia została sama. I okazało się, że nic się nie zmieniło. Jak wszystko robiła sama tak robiła. Tyle że mniej trosk. Była wdzięczna losowi za tę szansę zobaczyć, jak bliscy naprawdę ją traktowali.

A pani Henryka zaczęła wracać do zdrowia. Pomogła w tym dobra opiekunka, która nie tylko fachowo się nią opiekowała, ale i ćwiczyła z nią rehabilitację. Andrzej znalazł dodatkową pracę (A więc można było! gorzko uśmiechnęła się Zofia, słysząc wieści od Magdy spotkanej przypadkowo) i udało się opłacić opiekunkę. A zanim ją zatrudnili Magda pomagała babci. Okazało się, że świetnie sobie radzi. I wszystko się ułożyło.

No i proszę. Wszystkim wyszło to na dobre, rozmyślała Zofia, siedząc przy komputerze nad kolejnym zleceniem. Wyrzuciłam wszystkich ze swojej szyi. I wyszło mi to tylko na zdrowie. Teraz będę mądrzejszaPewnego popołudnia Zofia zaśmiała się cicho, kiedy synek wybiegł na balkon z papierową czapką pirata, stanowczo domagając się wspólnej zabawy. Odkryła, że odkąd nie niesie na barkach całego świata, drobne chwile wolności smakują jakby wyraziściej. Nauczyła się mówić: Nie chcę, nie muszę, nie teraz i nie czuła już wyrzutów sumienia.

W weekend zabrała Antosia do parku. Pogoda była jakby szyta na miarę: lekki wiatr, błękitne niebo, w powietrzu zapach świeżo skoszonej trawy. Siedząc na ławce, patrzyła jak synek wspina się na zjeżdżalnię, podnosząc radosny krzyk. W tym zwyczajnym obrazie zobaczyła coś, co dopiero teraz pozwalała sobie doceniać spokój. I nagle poczuła to wyraźnie: historia jej rodziny nie była jej historią. Splotła swoje własne życie z tymi, którzy nie chcieli lub nie potrafili jej docenić, ale teraz mogła wybrać, komu daje swój czas i serce.

Usiadła przy Antosiu, a potem zjechali razem, śmiejąc się do łez. Myślała o tym, że już nic nie musi i nic jej nie goni. Jest wolna. I że na końcu tej drogi nie czeka ani chwała, ani potępienie tylko ona sama, pogodzona ze sobą po raz pierwszy od dawna. Wtedy zrozumiała, że prawdziwa siła tkwi nie w poświęceniu wszystkiego dla innych, ale w umiejętności powiedzenia czasem nie chcę i pozwoleniu sobie na szczęście.

W ten sposób Zofia zaczęła życie od nowa. Tym razem naprawdę swoje.

Oceń artykuł
Newskey24
Nie chcę