I po co brać kredyt hipoteczny, skoro możemy mieć własne mieszkanie?

Wczoraj siedziałam na ławce z sąsiadką, a ona płakała. Całe jej łzy spływały po policzkach jak deszcz z wiszących na drzewie jabłek w środku lipca. Powtarzała, że to grzech oddać się dobrowolnie do domu starców. Tak po prostu zrezygnować z życia. A wszystko to przez słowa jej córki.

Wychowała córkę samotnie, bez męża. Została wdową bardzo wcześnie, więc cały świat dźwigała na własnych barkach. Jej córka wyrosła na dziewczynę kapryśną i rozpieszczoną jak figurki z porcelany z Bolesławca.

Od dziecka była przyzwyczajona, że mama wszystko zrobi za nią. Oddawała jej ostatniego złotego, kupowała córce to, o czym tylko zamarzyła. Ubierała ją w sukienki z tiulu, żeby wyglądała jak lalka z Cepelii. By mieć na to wszystko i na własne życie, sąsiadka pracowała dniem i nocą. Zdarzało jej się brać podwójne zmiany na zmęczonej starej produkcji. Na szczęście nie musiała się wtedy martwić o mieszkanie zakład dał jej swoje cztery kąty z wielkiej płyty. Teraz to już inne czasy. Nikt już nie rozdaje mieszkań. Teraz trzeba ciężko pracować i odkładać na swoje.

Córka wyrosła, poszła na studia i wyszła za mąż.

Teściowie córki też mieli wielki dom pod Łodzią, ale nie chcieli tam mieszkać.

Sąsiadka ma też swoje mieszkanie, ale z zięciem się nie dogaduje. Wiadomo, młodzi wolą po swojemu, a starsi mają własne zwyczaje jeden o piątej rano stuka filiżanką o spodek, drugi śpiewa mazurki. Po co się nawzajem męczyć?

Zwłaszcza teraz, kiedy jest już kredyt hipoteczny. Najważniejsze to zebrać na wkład własny, a potem spłacać powoli lepiej tak, niż wiecznie włóczyć się po cudzych kątach.

Dawniej dawali mieszkania a teraz? Teraz tylko własnym potem można na nie zarobić, bez względu na trud.

Córka i zięć pracują, zarabiają nie najgorzej. Dużo ich znajomych już ma mieszkania na kredyt.

Ale nie, oni nie potrafią nic odłożyć. Najpierw ciąża, potem druga wydatki na pieluchy, butelki, mleko w proszku. Teraz nikt nie chce prać tetrowych pieluch. Wszystko z paczki wsypujesz do miseczki kaszkę, dolewasz wodę, gotowe. Pielucha zdejmiesz, wyrzucisz, nową nałożysz. Wszystko czyste, sucho i nie trzeba schylać się nad praniem. Życie bajka.

Po co im były dzieci takie na hurra?

Mogli najpierw stanąć na nogi, kupić swoje M2, a potem mieć dzieci. Ale nie, jedno po drugim.

Córka sąsiadki chce mieć więcej pociech. Ona i mąż to jedynacy.

Może i ma trochę racji potem rodzeństwo może się wspierać, pomagać rodzicom, nie będą tacy rozpieszczeni.

Dzieci to radość, ale czasem odnoszę wrażenie, że ludzie mają je tylko po to, żeby je od siebie odepchnąć. Też tego nie pojmuję.

No bo jak to nie ich mieszkanie? My się dusiłyśmy po kilka zim w tej samej kurtce, byle odłożyć grosz na swoje własne. Teraz młodzi potrzebują wszystkiego na już. Nie chcą odkładać na marzenia.

Przyzwyczaili się jeść na mieście, dzieciom kupować cukierki całymi torbami. Na co to? Tylko strata złotówek. Dom zawalony zabawkami. Kiedyś wystarczały dwie samochodziki i lalka z klamotów, a teraz co chwilę nowa kolekcja, kolejna seria, i wszystko trzeba mieć.

Rodzice idą, kupują, żeby dzieci się nie smuciły.

Córka sąsiadki od małego była łakoma na markowe ubrania i dobre kosmetyki. Żyją ponad stan. Po co jej tyle rzeczy? Nawet nie zdąży ich założyć, już wychodzą z mody i trzeba kupować nowe bluzki, nowe kurtki. A tamte wyrzuca albo oddaje. I ile pieniędzy ucieka między palcami?

Co roku latem wyjeżdżają do Turcji na wczasy. Dzieci muszą na morze, dorośli też muszą odpocząć po pracy.

Wakacje są miłe ale nie lepiej pojechać nad polskie jeziora lub w góry, a resztę pieniędzy odłożyć?

Za to, co tam wydają, mogliby dawno mieć swoje mieszkanie, nawet kawalerkę, ale własną. A tak, ciągle gdzieś pędzą, wydają i nie mają gniazda.

I sąsiadka płacze.

Córka przyszła w odwiedziny. Znowu rozmowa o mieszkania. Córka rzuciła: po co nam kupować, skoro dobrze się mieszka wynajmując, mamy wszystko pod nosem, żyjemy, jemy co chcemy, ubieramy się dobrze. A potem i tak dostaniemy mieszkanie, bo i ona, i mąż, jedynacy.

Sąsiadka poczuła się upokorzona, jakby wszyscy tylko czekali, aż ona umrze. Córka potem przeprosiła, ale przecież to prawda. Tak czy siak wszystko to ich czeka.

Myślę, że córka ma trochę racji, nie powiedziała nic złego. Ale niesmak pozostał. Teraz, gdy córka dzwoni i pyta, jak zdrowie, sąsiadka cała się trzęsie. Pewnie czekają, aż spakuje walizki i przeniesie się do domu spokojnej starości albo na drugi światKażde połączenie urywa się szybko, rozmowy są krótkie, pełne troski, ale jakby przez szybę. Mimo wszystko, sąsiadka codziennie gotuje zupę na dwa dni, jakby córka jeszcze mogła wpaść na obiad z wnukami, chociaż wie, że to tylko mrzonki.

Wieczorami siada przy oknie i patrzy na plac zabaw. Patrzy, jak inni rodzice i dziadkowie wołają swoje pociechy na kolację, jak śmiech dzieci odbija się od bloków. Wspomina czasy, kiedy sama ganiła córkę za skakanie po kałużach i ślizganie się po zimowych ścieżkach.

Następnego dnia wychodzi przed blok. Przez chwilę stoi, potem wchodzi powoli do sklepu. Kupuje najtańsze ciastka, takie jak dawniej dawała córce na poprawę humoru. Wraca, kładzie paczkę na stole, obok telefonu. Myśli: jeszcze zadzwonię. Powiem, że lubię, kiedy dzwonisz. Powiem, żeby się nie spieszyła dorastać, jeszcze przez chwilę była moją dziewczynką.

I nagle już się nie boi. Nie płacze. Wie, że jej miejsce nie jest gdzie indziej, że w sercu każdego dziecka, choćby i dorosłego, zawsze jest miękka poduszka na łzy mamy.

Cicho przeciera policzki i stuka filiżanką o spodek, jak lubi. Słucha, jak przez uchylone okno ktoś śpiewa mazurka. Łaskocze się w myśli nadzieją, że kiedyś córka wróci, zasiedzi się z nią przy herbacie, a wszystko, co było ciężkie, zamieni się w lekkość wspólnej pamięci.

Bo miłość nie mieszka w metrażu, w liczbie pokoi ani w ilości zabawek. Miłość to to, czego nie można oddać na kredyt i co trwa, dopóki ktoś czeka na Twój telefon.

Oceń artykuł
Newskey24
I po co brać kredyt hipoteczny, skoro możemy mieć własne mieszkanie?