Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć coś, co ostatnio przeżyliśmy z Michałem. Jadziemy sobie spokojnie samochodem krajówką pod Warszawą, ot – mokro, lekka mgiełka, wokół tylko las i cisza jak makiem zasiał. Byłam już myślami w domu, gadaliśmy o pierdołach, kiedy nagle przed maskę wyskakuje OGROMNY niedźwiedź. Kompletnie się tego nie spodziewaliśmy! Michał ledwo zdążył wcisnąć hamulec do dechy aż samochodem szarpnęło, a mi serce niemal wyskoczyło z piersi.
Niedźwiedź stanął dosłownie metr od naszego auta, wyprostował się na tylnych łapach, no wyglądał wręcz przerażająco! Wpatrywał się w nas takim spojrzeniem, że miałam wrażenie, że za chwilę rzuci się na maskę. Na serio miałam ochotę się schować pod deskę rozdzielczą! Przez chwilę byłam pewna, że to jego terytorium i zaraz zacznie się horror. Zamknięte drzwi i szyby wcale nie wydawały mi się wtedy bezpieczne.
Michał wrzucił wtedy wsteczny i powolutku zaczął się cofać, a ja po prostu zamarłam. Bałam się ruszyć, oddychać, patrzyłam tylko na TEGO niedźwiedzia i serce waliło mi jak młotem.
I właśnie kiedy byliśmy pewni, że za sekundę rozegra się dramat, wydarzyło się coś kompletnie niezapowiedzianego. Uwierzysz? Tuż obok nas, po drugiej stronie drogi, runęło na asfalt stare drzewo! Huknęło tak, że aż echo poszło po lesie. Spadło dosłownie o włos od naszego auta gdyby nie ta sekunda różnicy, pewnie nie byłoby o czym opowiadać.
Niedźwiedź na dźwięk tego łamiącego się drzewa dosłownie podskoczył i momentalnie uciekł między drzewa. W sekundę go nie było. Na drodze znowu zapanowała cisza i tylko nasze nerwy jeszcze drgały.
Do tej pory nie mogę się nadziwić. Zastanawiasz się czy ten niedźwiedź naprawdę chciał nas zaatakować? Może wręcz przeciwnie próbował nas ostrzec, że coś się święci? Albo sam wyczuł niebezpieczeństwo. Nie wiem, nie zgadnę, ale tego jego spojrzenia długo nie zapomnęW ciszy jeszcze przez moment patrzyliśmy na miejsce, gdzie zniknął niedźwiedź, aż Michał z półuśmiechem spytał: Tylko mi nie mów, że już nigdy nie chcesz jeździć tą drogą. Roześmiałam się, choć głos mi drżał chyba głównie z ulgi. Odpalił silnik, powoli minęliśmy powalone drzewo i ruszyliśmy dalej, oboje milcząc przez dobre kilka minut, chłonąc tę pokrętną wdzięczność do losu i może trochę do naszego włochatego anioła.
Od tamtej pory za każdym razem, kiedy mijam las, patrzę w głąb kto wie, może znowu spotkam niedźwiedzia, który zamiast straszyć uratuje nas przed czymś o wiele groźniejszym. I chyba już nigdy nie spojrzę na przypadkowe spotkania tak samo. Może i Ty jadąc gdzieś w ciszy, między drzewami, spojrzysz czasem z wdzięcznością na nieoczekiwanych strażników na swojej drodze.



