Grusieńka
Dziś wieczorem, gdy wszystko ucichło, zebrało mnie na wspomnienia o swoim dawnym życiu. Mój ojciec miał trzy córki. Starsze Jagienka i Wiesia były piękne jak z obrazka. Ludzie na jarmarku oglądali się za nimi, swatów im nie brakowało, a kawalerowie niemal tłoczyli się w sieni. Ja natomiast ja, Grusieńka byłam drobna, chuda i lekko garbiąca się. Tylko oczy miałam duże, błyszczące jak mgiełki poranne nad Wisłą. Ciężko mi było dogonić siostry, ani w polu nie dawałam sobie rady, ani w domu zawsze byłam od nich słabsza.
Jagienka i Wiesia mogły wybierać w zalotnikach do woli, ale na mnie nikt nawet nie spojrzał. Pewnego razu siostry stwierdziły z właściwą im zawziętością że póki nie wyjdę za mąż, żadna z nich nie pójdzie do ślubu.
Mijały kolejne miesiące, a nikt o moją rękę nie zabiegał. Siostry stroiły mnie w kolorowe zapaski, smarowały policzki różem, wszystko na nic. Nawet koleżanki zaczęły się śmiać: Jak tak długo będziecie Grusi męża szukać, to same zostaniecie na wydaniu! Te żarty bolały mnie bardziej, niż mogłam przyznać. Nie siebie żałowałam, tylko moich kochanych sióstr.
Pewnej nocy postanowiłam nie być już dla nikogo ciężarem. Powiedziałam sobie, że lepiej pójdę do Warszawy, poszukam pracy, a siostry niechaj szczęśliwie wyjdą za mąż. Gdy dom zasnął, spakowałam węzełek i wyszłam cicho na wiejską drogę, obok kapliczki pod świerkiem.
Noc była jasna od księżyca. Szedł ze mną cień, ale nie było mi straszno, póki nie dotarłam do lasu. Tam serce zaczęło mi szybciej bić a jeśli wilk nie śpi? Ale weszłam za orzechowe krzaki, szłam ścieżką, aż zmęczona osunęłam się pod leszczyną. Głowę położyłam na węzełku i nakryłam się chustą.
Nie wiem, ile spałam obudził mnie nagle stukot topora. Rozejrzałam się w popłochu, aż ujrzałam sucha brzoza padła z szumem tuż obok mnie! Poderwałam się gwałtownie, chciałam uciekać, gdy zamiast potwora zobaczyłam staruszka niepozornego, ale krzepkiego, z długą, srebrną brodą i toporem w ręku.
Stanęłam w miejscu, serce waliło mi jak młot. On tylko życzliwie powiedział:
Nie bój się, wnuczko. Krzywdy ci nie zrobię.
Kim jesteś, dziadku? zapytałam. Prawie mnie przestraszyłeś na śmierć!
Jestem leśniczy odparł. Tutaj mieszkam, suche drzewa wycinam. A co ty sama robisz w lesie?
Opowiedziałam mu swoją historię i troski. Długo się zamyślił, brodę głaskał, aż w końcu rzekł:
Miłaś ty dziewczyna, dobra. Zostań ze mną w leśniczówce, będziesz mi za wnuczkę. Jak się rozmyślisz, to sam cię zaprowadzę do miasta.
Ucieszyłam się, zgodziłam, zostałam więc z dziadkiem. On chodził po lesie, ja pilnowałam domu, sprzątałam, gotowałam. Mało było tych obowiązków dawałam radę, a staruszek okazał się nader pogodny. Przez jesień i zimę nauczył mnie rozpoznawać zioła, grzyby, korzenie pokazał, które zbierać latem, a które suszyć na zimę. Powiedział, jak przyrządzać lecznicze napary i maści, jak pomagać ludziom.
Przyszedł w końcu dzień, że leśniczy zasłabł. Płakałam, a on mnie pocieszał:
Tak już jest, wszystko ma swój czas. Pogrzeb mnie, wnuczko, a potem wracaj do domu. Nauczyłem cię wszystkiego, co sam umiałem. Ja lasom pomagałem, a ty, Grusieńko, ludziom pomagaj.
Pochowałam go wśród brzóz, popłakałam i wróciłam do wioski. Siostry już zamężne, z dwoma braćmi, mieszkały razem w dużej chałupie. Powitały mnie jak z dalekiej podróży. Dały mi własną izdebkę. Wkrótce mogłam się im odwdzięczyć pokazywałam, jak ziemię użyźnić, jak radzić sobie z chorobami, jak wybierać zioła na zdrowie. Plony były u nas obfite, bydło zdrowe, a w domu wesoło wszyscy nie chorowali.
Szybko wieść rozniosła się po okolicy. Zaczęli schodzić się ludzie po rady. Nigdy nie chciałam pieniędzy kto mógł, przynosił jajka czy lnianą chusteczkę, a kto zupełnie biedny, temu dawałam za darmo.
W tej samej wsi mieszkała stara Czarownica Kółkowa, która znała niejedną sztuczkę, lecz ludzie się jej bali była złośliwa i zazdrosna. Gdy zobaczyła, jak wszyscy przychodzą do mnie, a jej chatkę omijają szerokim łukiem, rozgniewała się. Z zamiarem złego przyszła do mnie, udając chorą.
Niech cię Bóg ma w opiece, Grusieńko! powitała mnie przymilnie. Przydałaby mi się pomoc, ręka boli.
Usadziłam ją, przebadałam. Coś mi się nie zgadzało, bo nic jej nie dolegało ręce zdrowe, tylko udawała. Jednak nie sprzeczałam się, bo nie chciałam jej urazić. Podziękowała mi udając wdzięczność, a na odchodne podarowała lusterko:
Ty młoda jesteś, powinnaś się przeglądać w takim lusterku, fartuchem się przystroić!
Nie przypuszczałam, że na lusterko rzuciła klątwę. Z dnia na dzień zauważyłam, że garb mi znikł, wyprostowałam się, nawet utykania już prawie nie miałam. Przeglądałam się w lusterku i cieszyłam swoim nowym wyglądem.
Kółkowa, widząc, że jej zaklęcia nie działają, przyszła raz jeszcze, skarżąc się na ból w krzyżu i słabość w nogach. Mówiła, że źle się czuje, choć sama nakręciła sobie złą energię. Dałam jej ziół, korzeni jak mi leśniczy nauczył a ona odwdzięczyła się grzebieniem z wołowej kości:
Dbaj o włosy, dziewczyno, będziesz jeszcze piękniejsza!
Przyjęłam prezent z uśmiechem i dobrym słowem, choć myślałam, że za tym coś się kryje. Z czasem wszyscy w wiosce zauważyli, że staję się jeszcze zdrowsza, weselej mi, mam rumieńce, a włosy grube i lśniące jak świeżo upleciony wianek.
Tymczasem Kółkowa więdła, chudła, coraz bardziej wykrzywiona leżała w łóżku nie mogła już wstać. Zawołała mnie do siebie siostry przestrzegały, żebym nie szła, bo to wiedźma, tam zawsze coś złego się dzieje.
Nie obawiajcie się odparłam. Co ma być, to będzie.
Nazajutrz umyłam się źródlaną wodą, ubrałam się odświętnie, zebrałam z ogródka jabłka, doniczkę miodu i bukiet pachnących ziół w koszyczek na znak gościny.
Jagienka i Wiesia aż westchnęły :
Ojej, Grusieńko, jakaś ty piękna! czy to uciekł ci garb, czy to cuda się stały!
Ruszyłam do chaty Kółkowej. Gdy chwyciłam za furtkę, ta trzask! zatrzasnęła się tuż przed moim nosem. Próbowałam ją otworzyć raz, drugi, trzeci bez skutku.
Babciu, otwórz, przyniosłam ci prezenty! wołałam przez sztachety.
Tymczasem w chatce zrobił się rumor, tupot, zamieszanie, jakieś dzikie głosy szczekały, rżały, muczały. Z komina zaczął się sączyć czarny dym, aż cała chata pociemniała, okopciła się i jęła drżeć.
Wszyscy z wioski wybiegli na drogę, zlękli się. Nikt nie widział jeszcze domu, co aż tak by się trząsł! Położyłam swój koszyczek przez płot, chociaż nie mogłam wejść.
W końcu, gdy pierwsze promienie słońca wyszły zza chmur, dym prysł jak cień. Po chacie Kółkowej została kupka węgla; wszystko zło, które w niej było, spaliło ją na proch.
Wieśniacy szeptali potem: To jej własne podstępne siły ją unicestwiły Grusieńki dobroć była silniejsza! A ja z dnia na dzień ładniałam, życie stawało się lżejsze. Niedługo potem pojawił się kawaler roztropny Jędrek z naszej wioski. Pokochaliśmy się i nigdy nie było między nami kłótni czy zmartwień. A Jagienka i Wiesia cieszyły się ze szczęścia siostry.
Na miejscu chatki, niedaleko krzyża, gdzie zostawiłam koszyczek, wyrosły wspaniałe maliny duże i pachnące, cała wieś po nie przychodziła. Mówili potem, że dzięki tym malinom naszą wieś przezwano Malinówką i nikt już nie bał się tego miejsca.
Tak właśnie potoczyły się moje losy i coraz częściej myślę, że kto dobro daje innym, temu dobrą wraca.



