Dlaczego chcielibyście się wyprowadzić? I to jeszcze na wieś. Przecież wszyscy chcą jechać do miasta, a wy na odwrót. Co tam jest dobrego? Nie mogę tego pojąć. Dobrze jest tylko latem, a zimą nie ma co robić.
Mam przyjaciółkę, Małgorzatę, która robiła wszystko, żeby nas odwieść od przeprowadzki na wieś. To nas bardzo irytowało, i mnie, i mojego męża. Jakbyśmy mieli żyć według jej zachcianek.
Po roku poszukiwań udało się nam znaleźć odpowiedni dom i przenieśliśmy się. Małgorzata dzwoniła niemal codziennie i z drwiną pytała, czy znalazłam już pracę. Wiedziała przecież dobrze, że pracuję zdalnie i nie mam zamiaru tego zmieniać. Co chwilę też pytała: A internet nie szwankuje tam na wsi?
We wrześniu, po roku od przeprowadzki, Małgorzata przyjechała do nas z mężem. Chodziła niechętnie po podwórzu i przez dwa dni przesiadywała w domu, pijąc piwo z mężem.
Mimo gości, cały czas schodziłam do piwnicy uzupełniać zapasy warzyw i zamykałam ostatnie kompoty na zimę. Gdy trzeciego dnia zbierali się do wyjazdu, nie daliśmy im żadnych prezentów na pożegnanie. Wtedy Małgorzata sama poprosiła, żebym dała im worek ziemniaków i jabłek.
Zaoferowałam się zejść po wszystko do piwnicy, ale nie chcieli mieli kaca. Podałam więc worki i wiadra. Niezadowoleni z ich wyglądu, poszli sami zbierać owoce. Zastanawiałam się, jak to wszystko zawloką do autobusu. Szybko się okazało, że poprosili mojego męża o podwiezienie.
Do miasta było około trzech godzin w obie strony. Mój mąż zorientował się i powiedział, że już wypił piwo, więc nie pojedzie. Małgorzata z mężem zabrała więc torby i pojechali sami. Długo nie było o nich słychać, minęły lata. Telefonowaliśmy do siebie, ale już nigdy nie pojawili się u nas z wizytą. Może to źle, ale myślę, że nie mają powodu marzyć o naszym siedlisku.
Aż nagle, pod koniec listopada, pojawili się pod naszymi drzwiami, bez uprzedzenia. Chcieli zrobić niespodziankę. Przyjechali na weekend, ale nie miałam czasu na przyjmowanie gości. Zamówienia na święta, roboty tyle, że ptactwo przez tydzień ciągle się patroszyło. Trzy byki właśnie tego dnia się jeszcze skórowały. No cóż, niespodzianka jak niespodzianka.
Postawiłam coś szybko na stole. Małgorzata z mężem jedli i pili, a my rzuciliśmy się do obowiązków. Przynajmniej się zaoferowali do pomocy. Szkoda tylko, że nie umieli oskubać kury z piór. A przecież twierdzą, że są „ze wsi”.
Moje ptaki były już zarezerwowane na święta. Postanowiłam zabić kilka dla siebie i dla rodziców przed Nowym Rokiem, ale nie było mi z tym dobrze. Zaproponowałam więc Małgorzacie gęś, ale dodałam, że muszą ją oskubać sami. Powiedzieli, że zrobią to rano.
Nastał rano i cisza. Pomyślałam: Spokój? To nie u Małgorzaty. Tym razem przyjechali własnym autem i nawet je napełnili warzywami i przetworami, które im podarowałam. Wybierali, co chcieli. Załadowali bagażnik po brzegi. Nie żałuję, jedzcie na zdrowie mamy zapasów na kilka lat.
Następne pytanie Małgorzaty mnie zaskoczyło: A nie masz czasem wołowiny na zbyciu?
Powiedziałam, że nie mam. Trzeba zrealizować zamówienia, potem będziemy dzielić byki. Nie mamy pracy, ale jakoś żyć trzeba. Gdyby nawet była nadwyżka mięsa, mamy rodziców, siostry, braci.
Pewnie się na nas obrazili. Od tamtej pory Małgorzata nie dzwoni, nie pisze. Nasza wspólna znajoma powiedziała nawet, że jesteśmy chciwi. Pojechali do nas na wieś, a wrócili bez mięsa.




