Byłam najstarszą siostrą w dużej rodzinie. Karmiłam wszystkich, opiekowałam się rodzeństwem, odprowadzałam ich do przedszkola i szkoły. Rodzice nawet mnie nie pytali, czy chcę, czy nie po prostu tak miało być.
Praktycznie nie miałam przyjaciół, bo nie miałam czasu na spotkania. Rówieśnicy śmiali się ze mnie, że tylko potrafię wycierać dzieciom tyłki. Bardzo mnie to bolało, często przez to płakałam. Ojciec widząc to, bił mnie pasem. Mówił, że wybija mi głupoty z głowy.
Nie miałam dzieciństwa. Po podstawówce skończyłam dziewiątą klasę i rodzice od razu zdecydowali za mnie miałam iść do technikum gastronomicznego, żeby potem cała rodzina miała co jeść.
Po trzech latach podjęłam pracę w jednej z kawiarni w Łodzi. Ojciec kazał mi wynosić jedzenie, ale odmówiłam. Mama zarzuciła mi egoizm i twierdziła, że przez to wszyscy w domu są głodni. Zabrali mi pierwszą wypłatę. Kiedy dostałam drugą, uciekłam z domu wsiadłam w pierwszy lepszy pociąg z Dworca Łódź Kaliska. Nie obchodziło mnie, dokąd pojadę, byle tylko uciec od tego piekła. Wiedziałam, że jeśli zostanę, zniszczę sobie życie.
Owszem, było ciężko, ale niewolą u rodziców było gorzej. Postawiłam sobie cel będę walczyć o siebie, bez względu na wszystko. Myłam podłogi, zamiatałam, byłam zmywaczką, aż w końcu pozwolono mi wejść na kuchnię.
Odkładałam pieniądze, nawet kiedy pensja wzrosła do kilku tysięcy złotych. Wszystko wrzucałam do świnki-skarbonki. Marzyłam o własnym mieszkaniu, w którym tylko ja będę panią. Przez ten cały czas mieszkałam u mojej babci Heleny w Zgierzu. Pobierała ode mnie symboliczny czynsz, a ja jej pomagałam w domu. Ta starsza pani była dla mnie rodziną. Zawsze czekała na mnie z kubkiem herbaty z ziół i drożdżówką. W tych chwilach czułam się najszczęśliwsza na świecie.
Później poznałam mojego przyszłego męża, Andrzeja. Nie robiliśmy żadnego wesela po prostu podpisaliśmy papiery w urzędzie. Zamieszkałam z nim i jego rodzicami. Po kilku miesiącach urodziła się nasza córka Agnieszka, a potem syn Marek.
Zaczęłam śnić o moich rodzicach. Porozmawiałam z mężem, zdecydowaliśmy się ich odwiedzić. Kupiłam pełne torby prezentów i nastawiłam się na miłą wizytę. Na mój widok zaczęli mnie wyzywać i przepędzać. Bracia już pili, siostra również zaczęła schodzić na złą drogę.
Mama z tatą nawet nie zauważyli, że nie przyszłam sama. Nie obejrzeli się na wnuki, tylko trzasnęli mi drzwiami przed nosem. Może ktoś powie, że jestem drobiazgowa, ale odwróciłam się i odeszłam. Zabrałam dzieci i wróciłam do domu. Na pogrzeb nawet bym nie poszła.
Życie nauczyło mnie, że czasem trzeba zadbać o własne szczęście nie można poświęcać siebie dla tych, którzy nie potrafią cię docenić. Szacunek do samej siebie jest najważniejszy.




