To nie jest moje dziecko, to dokładna kopia twojego przyjaciela, ale nie mojego! krzyknął Filip.
Przecież robiliśmy już badanie DNA, to powinno wystarczyć! błagała Rebeka.
Może podrobiłaś wyniki, skąd mogę mieć pewność? odparł Filip.
Skąd miałabym wziąć pieniądze na taką fałszywkę? zapytała Rebeka.
Twój były narzeczony dał ci złote, żebyś mogła mnie oskarżyć o ojcostwo jego dziecka.
Zarzuty Filipa sprawiły Rebece przykrość jak ciepła odwilż nagle zamieniająca się w wielką ulewę. Próbowała mu wyjaśnić, że niemowlęta na początku wyglądają podobnie, ale on wcale jej nie słuchał. Nakazał jej odejść i nie wracać tej nocy, zatrzaskując z hukiem drewniane drzwi mieszkania w Warszawie.
Siedząc na parkiecie i tuląc płaczącego synka, Rebeka czuła się jak w zapomnianym labiryncie. Kołysała go długo, jakby czekała, aż zmęczony sen spadnie z sufitu. Gdy dziecię w końcu zasnęło, Rebeka, zagubiona w cieniach samotności, zadzwoniła do swojej babci. Staruszka, pachnąca herbatą i szarlotką, poradziła jej, by zaprosiła Marka, syna swojej przyjaciółki, do pomocy przy przeprowadzce.
Mark pojawił się, niosąc ze sobą zapach listopadowego wiatru. Pomógł Rebece spakować kartony, rozmontować łóżeczko i naszykować się do wyjścia na ulicę Grochowską. Rebeka zaproponowała mu kawę z mlekiem, ale Mark grzecznie odmówił, tłumacząc, że woli poczuć jej aromat na balkonie u babci.
Przez kolejne dni Mark pomagał Rebece woził ją i synka na zakupy po Warszawie, a wieczorami rozmawiali o dziwnych snach pełnych lewitujących osób i wirujących monet. Rebeka z czasem zdała sobie sprawę, że Marek budzi w niej uczucia głębokie jak jeziora Mazur. Coraz częściej byli razem, aż pewnej surrealistycznej nocy, podczas burzy nasyconej zapachem lipy, pobrali się.
Po kilku miesiącach Rebeka urodziła córeczkę o imieniu Malwina. Syn dorastał, stając się niemal nieodróżnialną kopią swego biologicznego ojca, jakby geny były powtarzanym motywem na starym gobelinie.
Gdy Filip po latach zobaczył swojego syna, poczuł w sercu żal, płynący jak Wisła w marcu. Czuł, jakby stracił coś, czego nigdy nie miał; wyrzekając się rodziny, został sam w swoim własnym, dziwnie skręconym śnie, pośród pustych dni i zapomnianych złotych monet. Wspomnienia o dawnych wyborach towarzyszyły mu jak cichy dźwięk skrzypiec ze starej kamienicy przy Nowym Świecie.




