TESTAMENT MŁODSZEGO SYNA
Weronika nie odrywała wzroku od tabliczki z napisem Sala operacyjna. Litery powoli rozmywały się w jej oczach od wielogodzinnego oczekiwania, a serce biło jak oszalałe. Nerwowo obracała w dłoniach ukochaną zabawkę Krzysia, swojego czteroletniego, najmłodszego syna plastikowy czerwony traktor z łyżką. Krzyś na początku marzył o niebieskim traktorze, jak w bajce, ale ostatecznie pokochał ten, który dostał od swojego taty.
Wreszcie za matowymi szybami pojawiła się męska sylwetka, drzwi się otworzyły i w korytarzu zjawił się znużony lekarz. Weronika zerwała się z miejsca i pobiegła do niego:
Panie doktorze, jak? Jak poszło? Co z Krzysiem?
Lekarz spuścił wzrok, zdejmując maskę z twarzy.
Pani Weroniko… Przykro mi… Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy…
***
Weronika zwinęła się w kłębek na łóżku syna. Poduszka nadal pachniała Krzysiem. Na lustrze naprzeciwko wciąż widoczny był odcisk jego rączki ubrudzonej ciastkiem. Jak dobrze, że nie zdążyła go przetrzeć. Więcej już tego nie zrobi. I więcej nie położy zmęczonej główki na poduszce.
Po wysuszonej policzku Weroniki spłynęła kolejna słona łza. Ból wypalił jej serce od środka. Zdrowe serce, którego zabrakło Krzysiowi, jej młodszemu synowi. Starszy, Mateusz, był zdrowy i już samodzielny miał 18 lat i studiował na uniwersytecie. A Krzyś… Jej późna, niespodziewana radość, która zamieniła się w wielkie nieszczęście. Przez całą ciążę badania wykazywały, że wszystko jest dobrze, a dopiero przed samym porodem zupełnym przypadkiem wykryto ciężką wadę serca… To podczas skomplikowanej operacji wydarzyło się coś nieprzewidzianego i Krzysia już nie było…
***
Weronika zamknęła oczy i wpadła w niespokojny, przerywany sen. Znowu, jak przez ostatnie dni, znalazła się na słonecznej polance, pełnej kolorowych i pachnących kwiatów. W oddali stał jej Krzyś, z uśmiechem, w swojej ulubionej koszuli z autkami. W rękach trzymał wielki bukiet stokrotek.
Krzysiu! Synku! zawołała Weronika, lecz Krzyś jakby jej nie słyszał, zamyślony skubał płatki kwiatów.
Weronika biegła przez ukwiecone pole, z rozpostartymi ramionami. Ile by nie biegła, Krzyś się nie przybliżał wręcz oddalał się z każdym jej krokiem, coraz bardziej znikając wśród kwiatów. Weronika wołała, wyrywała się ku niemu, ale nie mogła go dosięgnąć. Nagle Krzyś podniósł wzrok, uśmiechnął się i rozpłynął się w powietrzu. Tylko chmura płatków stokrotek powoli opadała na ziemię
Weronika dobiegła do miejsca, gdzie opadły płatki i spojrzała pod nogi. Na świeżej trawie, z białych płatków, ułożony był starannie adres.
***
Weronikę obudził dźwięk telefonu. Spojrzała na ekran: Mateusz.
Tak, synku odezwała się chrapliwie.
Mamusiu, dziś przyjadę. Ugorujesz mi coś dobrego?
Weronika z trudem uśmiechnęła się do słuchawki. Dość. Minęły już prawie trzy miesiące od śmierci Krzysia, ale przecież miała jeszcze starszego syna! Musiała wziąć się w garść i żyć dalej.
Pewnie, synku, co byś chciał? Może naleśniki?
Super, mamo! Już jadę autobusem, zaraz będę!
Mateusz starał się przyjeżdżać co weekend, żeby wesprzeć rodziców. Doskonale czuł, jak bardzo cierpieli, bo i jemu serce rwało się na myśl o młodszym bracie. Ale życie toczyło się dalej, więc musieli razem przetrwać żałobę. W końcu byli rodziną.
Weronika z wysiłkiem podniosła się z łóżka i powlokła do kuchni. Otworzyła lodówkę, przejrzała półki zabrakło mleka. Jej mąż, Witold, siedział przy stole i lutował jakąś płytkę do laptopa. Podniósł wzrok.
Co się stało? Pójść do sklepu?
Mateusz zadzwonił. Jedzie, prosił o naleśniki odparła Weronika spokojnie. Skończyło się mleko. Sama pójdę, przewietrzę się trochę.
Witold ze zdziwienia poprawił okulary. Powoli wraca do życia, pomyślał.
Weronika spokojnie się ubrała i wyszła z domu. Wiosenny wiatr muskał jej twarz, śpiewały ptaki, gałęzie drzew nabierały zieleni, zwiastując wybuch młodych liści. Przyroda budziła się po zimie. Weronika westchnęła: Ach, Krzyś nie doczekał swojej piątej wiosny….
Odpędziła smutne myśli i ruszyła w stronę sklepu.
***
Z półki wzięła mleko, ulubione czekoladki Mateusza, chleb i kurczaka, po czym skierowała się do kasy. Nagle z drugiej alejki, za regałami, usłyszała znajomy śmiech. Śmiech jej Krzysia. Serce ścisnęło się jej z tęsknoty. Rzuciła się w tamtą stronę, lecz dostrzegła tylko znikającą za półką drobną sylwetkę dziecka. Weronika dobrze wiedziała, że to niemożliwe, jednak poszła za śmiechem, zahaczając po drodze o stojak z reklamą promocyjnego produktu.
Pochyliła się, żeby go podnieść i zamarła. Na białym tle czerwonymi literami widniał ten sam adres, co w jej śnie.
Krzysiu, co chcesz mi przekazać? wyszeptała Weronika.
Do domu wróciła zamyślona to nie mógł być przypadek. Krzyś chce coś do niej powiedzieć, ale co? Musiała sprawdzić ten adres w internecie. Ale nie dziś. Dziś miała przyjechać jej jedyna pociecha. Musiała przywitać syna z uśmiechem i trzymać nerwy na wodzy.
***
Wieczór minął wyjątkowo ciepło i spokojnie. Weronika nawet potrafiła się uśmiechnąć, słuchając opowieści Mateusza z uczelni. Syn zajadał się domową kuchnią, a Weronika z Witoldem z czułością patrzyli na niego na ich pierworodnego i teraz jedynego syna. W końcu każdy poszedł do swojej sypialni, a noc zapadła na dobre.
Zmęczona intensywnym dniem, Weronika szybko zasnęła. Obudziła się w środku nocy, słysząc ciche śpiewanie dochodzące z łazienki. Serce podskoczyło, zabrakło jej tchu nigdy nie pomyliłaby głosu Krzysia z żadnym innym. Nucił swoją ulubioną piosenkę o niebieskim traktorze…
Weronika ze ściśniętym gardłem podniosła się, stąpając cichutko w stronę łazienki, by nie spłoszyć Krzysia. Delikatnie otworzyła drzwi a łazienka była pusta. Łzy popłynęły jej po policzkach.
Czego ja się spodziewałam? Że Krzyś tam będzie? Przecież Krzysia już nie ma! To tylko moje skołatane nerwy! w duchu zganiła samą siebie.
Podeszła do umywalki, puściła wodę i zaczęła się myć. Dość tego udręczenia. Dla Witka, dla Mateusza! Weronika spojrzała w lustro: patrzyła na nią blada, wychudzona twarz z podkrążonymi oczami.
Bezmyślnie namydliła rękę i przejechała pianą po lustrze. Patrzyła, jak piana spływa w dół, układając się w litery… ten sam adres! Za jej plecami przeszedł chłód. Usłyszała wyraźny głosik:
Czekam na ciebie, mamo…
***
Czemu nie śpisz? zapytał Witold, podnosząc się z łóżka, zaniepokojony światłem ekranu laptopa.
Weronika siedziała w fotelu, z komputerem na kolanach, wpatrzona w monitor.
Witek, zobacz sam… Jeśli poczujesz to samo co ja, to wszystko, co się ostatnio działo, nie jest urojeniem…
Witold podszedł do niej, a gdy zobaczył zdjęcie małego chłopca, poczuł niezwykłe ciepło w sercu.
Kowalczyk Eryk, 4 lata głosił napis nad fotografią. Rodzice Eryka zginęli w wypadku trzy lata temu, wychowywała go babcia. Od pół roku przebywał w domu dziecka po śmierci babci.
Ten adres mnie prześladuje od kilku dni wyjaśniła Weronika Przekazuje mi go nasz Krzyś
Opowiedziała mężowi o śnie, wydarzeniu w sklepie oraz w łazience. Po chwili namysłu Witold powiedział zdecydowanie:
Weronika, jedziemy
***
Dyrektorka domu dziecka, pani Maria Nowicka, prowadziła Weronikę i Witolda szerokim, jasnym korytarzem, bez przerwy spoglądając w ich stronę i opowiadając:
Gdy Eryk do nas trafił, myśleliśmy, że szybko ktoś go adoptuje. To bardzo mądry, pogodny chłopczyk. Próbowano go adoptować trzy razy, ale na widok nowych rodziców zamykał się w sobie i nie chciał rozmawiać. U nas nie oddajemy dzieci na siłę. Eryk mówi, że po niego przyjdą jego mama i tata i że ich pozna. Od trzech miesięcy ma wymyślonego przyjaciela Krzysia. Podobno ostatnio Krzyś mu powiedział, że niedługo pojawią się prawdziwi rodzice.
Weronika i Witold spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. Czyżby ich zmarły syn prowadził ich do tego malca?
Zobaczcie sami. Spróbujcie się z nim spotkać. Może wasze serce zdoła go ogrzać podsumowała pani Maria, otwierając drzwi do sali zabaw.
Od razu go poznała. Mały, chudy, klęczał pośród innych dzieci i układał wieżę z klocków, nucąc ulubioną piosenkę Krzysia Chłopiec odwrócił się, porzucił klocki, podbiegł do nich i zawołał:
Mama! Tata! Wiedziałem, że przyjdziecie!!!
***
Proces adopcji został przyspieszony dzięki pani Marii. Była autentycznie szczęśliwa, że Eryk w końcu się otworzył przed Weroniką i Witoldem, a gdy dowiedziała się o stracie ich syna, przejęła się tym jeszcze bardziej. Już po miesiącu cała trójka Weronika, Witold i Mateusz przyjechali po Eryka, by zabrać go do domu. Przed wyjściem chłopiec nagle wyrwał się Weronice z dłoni.
Mamo, zaczekaj! zawołał, patrząc gdzieś w stronę końca korytarza Tam jest Krzyś, chce się z nami pożegnać!
Serce Weroniki raz jeszcze ścisnęło się z żalu, lecz tym razem był to jasny smutek z poczuciem, że niczego już nie zmieni, ale przecież życie trwa. Od tej pory los małego Eryka zależał od niej i Witolda. Nigdy nie zapomni o swoim Krzysiu, zawsze będzie go kochać, ale pojawił się nowy, mały człowiek, dla którego musi być silna.
Eryk podbiegł do końca korytarza, spojrzał przez okno, potem wrócił do swojej nowej rodziny. A za szybą nagle wzbił się w powietrze piękny biały gołąb. Okrążył budynek, zatoczył koło nad Erykiem, Weroniką i ich bliskimi…



