Mam znajomych, których w moich snach nazywam oszczędnymi. Oszczędzają prawie na wszystkim na jedzeniu, na ubraniach. To nie są ludzie biedni, wręcz przeciwnie zawsze mają gotówkę, stale chowają jakieś grubsze pliki złotówek w portfelach. Stać ich na wiele, chociaż mało wydają.
Do nich chodzę tylko z okazji. Przy innych okazjach wystarczy telefon; ich głosy dźwięczą mi przez telefon jak dźwięk łyżki stukającej o pusty kubek. Miesiąc temu zaprosili mnie na moje własne urodziny we śnie wszystko jest możliwe. Poszłam, a wróciłam głodna jak wilk, z żołądkiem skręconym z przyjemnej tęsknoty.
Rano, w tej sennie zamglonej godzinie, schowałam kupiony wcześniej prezent do torebki, wyruszyłam na dworzec, gdzie czekał tramwaj o czerwonych siedzeniach. O szesnastej moi przyjaciele zaprosili mnie na urodzinowe przyjęcie, więc w południe wypiłam jedynie kawę i zjadłam dwa kruche ciastka, żeby zostawić miejsce na wieczorne pyszności. Oczywiście, nie zjadłam nic specjalnego, bo przecież miałam być na uczcie.
Dotarłam do nich odrobinę za wcześnie, padał deszcz z kolorowych szkiełek. Wręczyłam prezent świeczkę pachnącą lasem i książkę o dalekich krainach życząc zdrowia i szczęścia. Przywitałam się słowami, że jestem głodna jak wilk (w śnie zawsze mam wilczy apetyt). Zaśmiałam się, a mój przyjaciel, Wojciech, mrugnął: Wszystko gotowe, Marto.
Było nas dokładnie ośmioro szóstka gości i domowi. Weszliśmy do salonu, gdzie zamiast stołu były tylko wyblakłe fotele i zbyt mała kanapa. Pomyślałam, że chyba zdecydują się na szwedzki stół w polskim wydaniu, we śnie, wygląda to szczególnie dziwnie. Krzeseł nie było, tylko jedna kanapa dla wszystkich. Marzyłam, żeby w ciszy usiąść i zjeść normalny posiłek po pracy. Ale bufet to bufet, niech będzie.
Na małym okrągłym stoliczku pojawiły się talerzyki ułożone wokół jak zegar. I tu zrozumiałam, dlaczego nie powinnam była oszczędzać na obiedzie: osiem cienkich plasterków kiełbasy jałowcowej (mojego ulubionego smakołyku), osiem kawałków pieczeni, osiem plastrów oscypka. Osiem kromek pomidora, osiem ogórka zielonego wszystko pokrojone tak cienko, że niemal przezroczyste. Do tego dwie maleńkie salaterki z sałatką warzywną, renifery z groszku i marchewki, jak w dziecięcej bajce. Owoce wyglądały jak wykrojone z plasteliny tylko tyle, ile osób. Całość dopełniała jedna butelka wina, dumnie stojąca na środku.
Siedziałam i przeżuwałam kawałek kiełbasy z oscypkiem, żołądek ściskał mi głód i rozbawienie. Nawet pić nie chciałam bałam się, że zabraknie mi zagryzki do wina. Wojciech powiedział: Zaraz damy coś ciepłego. Westchnęłam z ulgą w śnie i zobaczyłam panią domu, Barbarę, niosącą coś na talerzykach.
Każdy dostał dokładnie jednego pieczonego ziemniaczka i jednego podpieczonego udka kurczaka, maleńkie, jak zabaweczki dla lalek. Musiałam się uśmiechnąć choćby ciasto była normalnej wielkości jak z cukierni na rogu Mickiewicza. Wszyscy się śmialiśmy, a czas mijał w zwolnionym tempie. Po półtorej godziny wyszłam, głodna jak wilk błąkający się po pustym lesie.
Na ulicy, gdzie latarnie świeciły różowym światłem jak lizaki, skręciłam do sklepu Spożywczy u Zosi i kupiłam porządny bochenek chleba, serek i kabanosy. W domu zjadłam z apetytem, aż sen się rozjaśnił.
Tak moi oszczędni przyjaciele, jak pojawiają się w snach, potrafią zadziwiająco rozsądnie oszczędzać na swoich gościach. I śniło mi się dalej: po co zapraszać ludzi na urodziny, skoro nie chce się im naprawdę dogodzić?







