Na zewnątrz Agnieszka wyglądała na kobietę spełnioną: miała troje dzieci, znała biegle kilka języków, pracowała jako analityczka w dużym banku, dobrze zarabiała, atrakcyjna i ubierała się z klasą. Jej mąż, Paweł, od pięciu lat siedział w domu, udając, że szuka pracy, ale najwyraźniej był w permanentnym trybie medytacji nad sensem życia (albo przynajmniej telewizora).
Po narodzinach dzieci Agnieszka szybko wróciła do pracy i dzięki niezłej pensji mogła pozwolić sobie na wynajęcie porządnej niani, która znała się nie tylko na dzieciach, ale i na robieniu najlepszych placków ziemniaczanych w całej dzielnicy. Mieszkali w mieszkaniu odziedziczonym po babci Pawła na warszawskim Mokotowie, ale Agnieszka wzięła też kredyt na kawalerkę na Ochocie, którą wynajęła studentom, żeby trochę odsapnąć finansowo.
Była z natury empatyczna, więc starała się zrozumieć Piotrusia-Pana w ciele Pawła i cierpliwie czekała, aż w końcu ruszy na podbój rynku pracy. W międzyczasie zaprzyjaźniła się z parą, Jolą i Dawidem. Spędzali razem długie weekendy na Mazurach, narzekając na pogodę i zjadając tony kiełbasy z grilla.
Niestety, Dawid poważnie zachorował, a Agnieszka wspierała go i Jolę nie tylko dobrym słowem, ale i przelewami na konto w końcu złoty nie śmierdzi, szczególnie gdy goni cię inflacja. Niestety Dawid odszedł, a Agnieszka dalej pomagała przyjaciółce dźwigać to, z czym żaden bankomat sobie nie poradzi stratę bliskiej osoby.
Aż tu nagle, pewnego zwykłego dnia, Paweł oznajmił Agnieszce, że znalazł inną kobietę i wyprowadza się. Agnieszka była w szoku długo nie mogła zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza kim jest ta „nowa”. Zrozpaczona, poszła do Joli po pocieszenie. Tam, jak w kiepskim serialu, zobaczyła Pawła. W jednej chwili wszystkie kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce i już wiedziała, dlaczego tak często wychodził z domu ze śmieciami i nie wracał przez kilka godzin.
Wykończona wróciła do siebie, a tu telefon od teściowej, która z polską subtelnością oskarżyła ją o rozpad małżeństwa, nieprawidłową opiekę nad synem-maminsynkiem i zaniedbywanie rodziny z powodu pracy. Te słowa jak ciężkie, zimne pierogi po świętach, położyły się jej na sercu, każąc jeszcze raz zastanowić się nad wszystkim, co zrobiła i nad tym, czy nie powinna po prostu na chwilę uciec do sanatorium w Ciechocinku.




