Dziś, kiedy znowu wspominam tamte wydarzenia, łapię się na tym, jak głęboko one mnie ukształtowały, choć przez długi czas byłam przecież dla własnego ojca tylko „tą niechcianą”. Tata całe życie marzył o synu a tu urodziła się córka, której nawet imienia nie chciał wymówić.
O tym, że urodziłam się dziewczynką, mój ojciec Władysław Marciniak dowiedział się akurat w dzień wypłaty w biurze nadleśnictwa. Chłopy rozeszły się już do domów z pełnymi portfelami, on tylko stał na parkingu, ściskając w garści pogniecione stuzłotówki, jakby nie wiedząc, co z nimi teraz zrobić.
No i po co mi to było… wysyczał przez zęby i splunął na żwir. Mówiłem Zosi: urodź syna. Ale nie musiało być inaczej.
Wszystko w nim wtedy jakby eksplodowało żal, rozczarowanie, złość na żonę, na los. Nie miał ochoty wracać do naszej chaty pod Kościerzyną, gdzie teraz nawet kobiecego głosu nie było usłyszeć. Gdy mama ze mną, noworodkiem, leżała jeszcze w powiatowym szpitalu w Bytowie, ojciec spakował swoje rzeczy w parciany worek, kawałek chleba, zmiana bielizny, i poszedł do swojej matki babci Rozalii, do sąsiedniej wsi za Słupią, kilkanaście kilometrów od naszego domu.
Mama, kiedy po dwóch tygodniach wróciła do pustego domu, najpierw rozejrzała się po aż za bardzo wysprzątanej kuchni zapewne ojciec, zanim odszedł, uporządkował wszystko, by nie zostawić złego wrażenia. Położyła mnie, opatuloną w koc, na łóżku i usiadła obok, twarz w dłoniach, szlochając cicho, żeby mnie nie zbudzić. Patrzyła na mnie ze smutkiem: „A kto by pomyślał, maleńka, że przez ciebie zostanę sama jak palec…”.
Ojciec był wtedy facetem mocnych rąk, twardy jak kaszubska ziemia, z masywną szczęką i charakterem, o którym wszyscy mówili „Kasztan nie podskoczysz”. Zawsze mówiło się, że jego zdanie jest święte, a każde sprzeciwienie się kończyło się awanturą. Najpierw urodziły mu się dwie siostry, i Władek, najmłodszy, w duchu był przekonany, że to na nim dalej ród się trzyma. Liczył, że pierwszy jego syn a tu, na przekór marzeniom, córka. „Bezużyteczna” tak o mnie mówił.
Babcia Rozalia próbowała przemawiać mu do rozsądku, chodziła z sąsiadką, żeby pogadać, ale na nic. Dopóki mama mnie nie „zgubi” gdzieś po rodzinie czy odda komuś pod opiekę, on do domu nie wróci. Kilkanaście kilometrów stało się dla nas przepaścią nie do przebycia.
Mama, kiedy doszła do siebie po porodzie, zaraz rzuciła się w wir obowiązków. W tamtych czasach to był 1957 rok nikt nie myślał o długich urlopach macierzyńskich, trzeba było doglądać gospodarstwa, dojenia, pracować w polu, a potem iść na dniówkę do PGR-u. Cichaczem, z nadzieją na zmianę serca ojca, dała mi na imię Bronisława Bronia, podobno twarde, mocne, „prawie jak męskie”. Byłam podobno zaskakująco spokojna, silna, niepłacząca niemowlę, szybko uczyłam się stawiać pierwsze kroki i mówić. W wieku półtora roku biegałam już jak wicher po kuchni, za mną nie dało się nadążyć.
W przedszkolu od razu zostałam liderką. Chłopcy się mnie bali potrafiłam w wieku trzech lat uciszyć pięcioletniego urwisa, który podbierał zabawki. Miałam charakter, który trudno było złamać nie chodziłam do byle kogo na ręce, nie słuchałam się każdego dorosłego, na podwórku ganiałam gęsi i przeganiałam obce krowy z warzywnika w starej, poprzecieranej bluzce, z wyplecionym z wierzby patykiem pod pachą. Skąd we mnie ta odwaga?
Ojciec w tym czasie znalazł sobie pocieszenie. Przykleił się do rozwiedzionej sąsiadki, Apolonii Tur, która już miała dwóch synów. Najpierw chodził tam trochę z nudów, ale Pola, kobieta sprytna i obrotna, szybko wciągnęła go do swojego świata. Obiecywała:
Władek, urodzę ci syna. Najlepszego.
Tylko żeby z tego syna coś było rzucał, już coraz mniej nieprzystępny.
Ale syna nie doczekał się. Apolonia nie zaszła w ciążę a może nawet próbowała, tylko się nie udało. Ojciec, z każdym miesiącem coraz bardziej ponury. Obcej dwójce nie chciał poświęcać życia, marzył o swoim.
W końcu doszły do niego pogłoski: „Twoja Bronia to jak chłopak rośnie. Silna, dzielna, sprawiedliwa, jakby nie była dziewczynką.” Po trzech latach babcia Rozalia ruszyła go w końcu: „Pojedź, zobacz dziecko. Krew nie woda.”
Może nie pojechałby, ale przypadkiem odkrył w spiżarni Apolonii jakiś zawiązany worek z suszonymi ziołami od miejscowej szeptuchy. Zasiał się w nim niepokój czy to nie przez to nie ma syna? Jeszcze tego samego dnia złapał worek, zatrzasnął drzwi i wrócił do domu.
Po prawie czterech latach po raz pierwszy mnie zobaczył. Stałam pośrodku izby, wychudzona, z włosami jak szczotka, w spłowiałej spódniczce, patrzyłam na niego z pode łba, niepewnie i obco. Nie rzuciłam się do niego, nawet gdy wyciągnął z kieszeni obiecanego kukułka z czekolady.
No patrzcie, jaka chytra mruczał ojciec do mamy. Pewnie jej coś o mnie naopowiadałaś.
Mama, szczęśliwa chociaż na chwilę, że ojciec wrócił, zaraz zaczęła:
Władziu, przecież cię wspominałam tylko z dobrym słowem. Tęskniłyśmy, czekałam, że się opamiętasz. Rodzina to rodzina…
Kochała go mimo wszystko chociaż był twardy, momentami niemal okrutny. Jego gniew często kończył się stuknięciem pięścią w stół, czasem podnosił na nią rękę. Gdy tylko ukończyłam pięć lat, coraz więcej już rozumiałam. Gdy spojrzał groźnie na mamę, zaraz zaciskałam piąstki:
Uuuu, złośnik! A ja ci pokażę!
Ojciec denerwował się wtedy, widząc we mnie bunt i charakter, którego sam w sobie od dawna nie tolerował.
Tylko na chwilę jego gniew przycichł, gdy urodził się mój brat. Nazwali go Maciek. Cała opieka nad nim spadła na mnie uczyłam się zmieniać pieluchy, karmić, zabawiać, nosić na plecach. Ojciec niby się cieszył, ale radość była jakaś cicha, milcząca, i dalej złościł się o byle co.
Mama coraz bardziej stawała się cichą i uległą, byle ojciec nie wybuchł. A ja już siedmioletnia kiedyś postawiłam się mu głośno, gdy próbował uderzyć mamę:
Ja doniosę na ciebie milicji!
Ojciec aż podskoczył z wściekłości i rzucił się za mną, ale byłam szybsza. Próbował mnie raz sprać rózgą, ale nie udało się wytrzymałam, zaciśnięta, bez płaczu. Myślał, że mnie złamał, ale następnego dnia poszłam na komisariat i przyprowadziłam dzielnicowego.
Mama była przerażona, tłumaczyła się milicjantowi: „Przecież dziecko swoje można czasem pouczyć dla dobra…”, dzielnicowy Janusz Ignaszak zdjął czapkę, otarł czoło, i tylko uprzedził ojca, że następna taka skarga już pójdzie wyżej.
Od tej pory ojciec uważał. Nie, żeby się bał, ale już nie ryzykował. Od czasu do czasu prychał tylko pod nosem:
Ach, bestia…
Mama liczyła, że rodzina się wreszcie ułoży. Zaszła w kolejną ciążę i urodziła najmłodszą Mariolkę. Ojciec prawie nie zwracał na nią uwagi. W opiekę nad siostrą wrzuciła mnie odrabiałam lekcje, pomagałam w domu, zajmowałam się siostrą, podczas gdy mama wciąż pracowała poza domem.
Tak dorastałam, przejmując coraz więcej obowiązków, aż skończyłam ósmą klasę. Gdy powiedziałam, że chcę jechać do Gdańska do technikum, ojciec aż poczerwieniał:
A z czego będziesz żreć? Nam na kark siądziesz!?
Słuchać tego nie chciało mi się miałam już piętnaście lat i własny rozum, byłam silna, zahartowana, przez lata walczyłam o swoje. Nawet starsi chłopcy wiedzieli, że lepiej ze mną nie zadzierać. Wfu-ista powiedział kiedyś:
Bronia, tobie zapasy uprawiać! Każdego połozysz!
Ojcu patrzyłam w oczy twardo:
Powiedziałam: pojadę na naukę.
Sięgnął po skórzany pas, ruszył w moją stronę, ale już miałam w ręku pogrzebacz.
Spróbuj mnie tknąć!
Mama wpadła pomiędzy nas. Ojciec, widząc moje zimne spojrzenie, rzucił pas, wyszedł z domu, kląc.
Jedź, córciu mama szepnęła łamiącym się głosem. Jakoś dasz sobie radę.
A ty rozwiedź się z nim! wypaliłam odważnie.
Co ty mówisz, dziecko?! Ludzie by mnie wyśmiali… odparła.
W końcu zebrałam swoje rzeczy, trochę prowiantu i kilka stuzłotówek, które cicho dała mi mama. To były jej oszczędności serce ściskało mi się, gdy brałam te pieniądze.
Gdańsk przywitał mnie hałasem, zapachem spalin, wielkimi kamienicami. Wybrałam technikum mechaniczne niemal intuicyjnie lubiłam zajęcia praktyczne, sprzęty, maszyny. Egzaminy zdałam bez problemu. W internacie zamieszkałam z Haliną, dziewczyną z Kwidzyna zupełna przeciwność mojej natury. Halina od początku godzinami paplała o chłopakach z wyższych roczników:
Patrz, Bronia, ten przystojniak z trzeciego roku ma ojca dyrektora!
Ja nie po to tu jestem, by szukać męża odpowiadałam zawsze, zajęta nauką. Muszę zarobić na siebie.
Halina tylko wzdychała, patrząc na mnie jak na maszynę do pracy:
Bronia, jesteś jak ze stali!
A ja już nie raz udowodniłam, że nikomu nie pozwolę się podeptać.
Pewnego dnia pojawił się nowy nauczyciel od mechaniki pan Tomasz Bartkowiak. Młody, przystojny, trochę nieśmiały, w okularach. Grupa od razu zaczęła kpić, planując jakby kogo tu ośmieszyć. Ale ja wstałam i powiedziałam do dwóch największych rozrabiaków:
Jak wam się nie podoba, to wychodźcie! Nam zależy na nauce. Mnie nie stać na kolejny rok, jasne?
Zapadła cisza. Po zajęciach pan Tomasz podszedł do mnie i tylko skinął głową, mrugając porozumiewawczo. Od tej pory miałam w nim cichego sprzymierzeńca.
Rzadko jeździłam do domu. Rodzeństwo dorastało, Maciek marzył o tym, żeby zostać kierowcą, Mariolka była spokojna, mama pogodziła się, że sama dźwiga większość trosk, ojciec był zamknięty w sobie, nasze relacje były chłodne, ograniczone do kilku zdawkowych zdań.
Na czwartym roku Halina wyszła za mąż szybko, z hukiem, w białej sukni i z weseliskiem dla całej szkoły. Ja stałam wtedy z boku i myślałam: „Może też będę kiedyś mieć rodzinę? Czy jestem tylko do pracy?”. Coraz częściej nachodziła mnie myśl: samotność nie jest tym, czego pragnę, ale strach powtórzyć los mamy był silniejszy.
I wtedy właśnie pojawił się Krzysiek Dębski student z równoległego wydziału, wyższy ode mnie o głowę, cichy, niezgrabny, zawsze trochę zamyślony. Przy zaproszeniu do tańca prawie się przewrócił ze stresu. Od tamtej pory zaczęliśmy się spotykać. On był zupełnym przeciwieństwem mojego ojca spokojny, łagodny, bez nałogów. Pracował jako ślusarz w zakładzie, który współpracował z moją szkołą.
Po trzech miesiącach poprosił mnie o rękę.
Nie zostawisz mnie? zapytałam niepewnie. Jak ojciec mamę?
Nigdy odpowiedział cicho. I uwierzyłam.
Wzięliśmy ślub w kameralnym gronie, tylko Halina ze swoim nowym chłopakiem jako świadkowie. Dostałam mieszkanie zakładowe na obrzeżach Gdańska, Krzysiek dojeżdżał do pracy, a rok później urodziła się nam Małgosia.
Tyle że szczęście nie trwało długo. Po narodzinach córki mąż zmienił się zaczął coraz częściej wracać nad ranem, kasa się nie zgadzała, zaczął mieć pretensje, że za dużo wymagam. A kiedy odezwałam się, usłyszałam:
Co się czepiasz, nie jestem twoim niewolnikiem!
Wiedziałam, że ten związek to powtórka losu mojej mamy. Gdy któregoś wieczora wrócił podpity, powiedziałam:
Albo się zmieniasz, albo się rozchodzimy.
Roześmiał się:
Z dzieckiem daleko nie zajdziesz…
Podjęłam decyzję: złożyłam pozew o rozwód. Halina była zszokowana.
Jak sobie dasz radę sama?
Dam. Muszę, nie mam innego wyjścia.
I przetrwałam. Zatrudniłam się na produkcji, córkę oddałam do żłobka, ciągnęłam, jak umiałam, resztkami sił. Alimenty ledwo wystarczały na pampersy pracowałam na dwa etaty, ale żyłyśmy skromnie, bez głodu.
Po dwóch latach przyjechał do mnie Maciek. Dostał się do szkoły kierowców, zamieszkał u mnie. Był pod wrażeniem:
Bronia, ty to masz siłę! Czasem myślę, że chciałbym taką żonę samodzielną, ale dobrą.
Halina tymczasem rozwiodła się mąż okazał się maminsynkiem i hulaką. Przyjechała do mnie i płakała w kuchni:
Bronia, miałaś rację. Najważniejsza jest pewność, nie portfel. Kiedyś zazdrościłam ci pana Tomasza, pamiętasz? Mówią, że się rozwiódł. Niedawno widziałam go na mieście, sam mieszka…
Wzruszyłam wtedy tylko ramionami, ale jego imię wróciło do mnie jak przebłysk światła. Kiedy kilka miesięcy później spotkaliśmy się przypadkiem na rynku, Tomasz był już posiwiały, starszy, ale miał w oczach to coś, co pamiętałam.
Usiedliśmy w kawiarni, rozmawialiśmy niemal do zamknięcia. Powiedziałam szczerze o wszystkim o rozwodzie, o córce, o pracy. On opowiedział o swoim rozpadzie małżeństwa, o synu, który jest już prawie dorosły, o tym, jak samotnie buduje pod Gdańskiem dom.
Samotność bywa nieznośna mruknął. Fajnie, że cię dziś spotkałem.
Odprowadził mnie do domu, a na odchodnym ujął mnie za rękę i zapytał cicho:
Mogę zadzwonić?
Dzwoń.
Tak zaczęła się nasza ponowna historia.
Tydzień później zaprosił mnie do domu na działce. Zostawiłam Małgosię z Haliną i pojechałam. Nowy dom, jeszcze w budowie, był pełen światła, zapachu drewna, ciszy. Tomasz opowiadał o swoich planach, ja czułam, jak niespodziewanie znajduję w nim spokój i siłę, której dotąd szukałam.
Nagle na podjeździe rozległ się ryk samochodu. Jakiś bus, dwóch obcych facetów, wyjęli łom. Tomasz wyszedł na zewnątrz rozmawiać, ale szybko zrozumiał, że to złodzieje. Ja nie mogłam stać bezczynnie wybiegłam ze schowka z siekierą chowającą się w dłoniach.
Wynocha! krzyknęłam zaraz was tu policją postraszę! Takiej wściekłości się nie spodziewali uciekli, nie bojąc się nawet siekiery.
Tomasz stał zaniemówił z podziwu.
Bronia… ty jesteś najodważniejszą kobietą, jaką znam.
Objął mnie, pierwszy raz od tylu lat poczułam się potrzebna nie jako chłopiec do wszystkiego, ale jako kobieta, którą można kochać.
Niebawem oświadczył mi się.
Nie mam fortuny, dom dopiero buduję, ale kocham ciebie i Małgosię. Zrobię wszystko, byście były szczęśliwe.
Płakałam jak dziecko, pierwszy raz od lat.
Pobraliśmy się cicho, w otoczeniu najbliższych. Mama przyjechała z ojcem była bardzo wzruszona, ojciec nie chciał, ale w końcu się zgodził. Tomasz podszedł do niego z kieliszkiem:
Panie Władysławie, dziękuję za córkę. Postaram się nie zawieść.
Ojciec spojrzał na mnie łagodniej niż kiedykolwiek, a potem mruknął tylko do Tomasza:
Dbaj o nią. Jest twarda, ale serce ma dobre po matce…
Kiedy odprowadzaliśmy rodziców na przystanek, tata pogłaskał Małgosię po głowie i rzucił:
Ucz się, wnuczko, wyrośniesz na porządnego człowieka.
Po ślubie z Tomaszem życie powoli się układało. Dom, który razem wykończyliśmy, stał się prawdziwym domem. Ogród z jabłoniami, które sam posadził, wiosną obsypany był kwiatem a ja wśród nich czułam się szczęśliwie, spokojnie.
Małgosia kończyła liceum, szykowała się na studia medyczne. Maciek zatrudnił się w PKS-ie miał żonę i dziecko niedaleko nas. Mariolka wyszła za mąż do sąsiedniej wioski, szybko urodziła bliźnięta. Mama przyjeżdżała często, coraz bardziej uśmiechnięta, ojciec pojawiał się coraz częściej przesiadywał z Tomaszem na werandzie, opowiadając historie ze swych młodych lat.
Któregoś wieczora, gdy słońce chowało się za drzewami, siedziałam z mężem i córką na ławce. Małgosia spytała:
Mamo, jesteś szczęśliwa?
Spojrzałam na nich, na dom i ogród, na swoje życie, poczułam, że dawny ból i wstyd były potrzebne, bym tu dotarła. I odpowiedziałam najspokojniej w świecie:
Tak, córeczko. Jestem szczęśliwa.
Tomasz objął mnie cicho, Małgosia poszła do ogrodu z psem a my zostaliśmy sami, słuchając śpiewu ptaków w koronach jabłoni.
Ta cisza była dla mnie największym szczęściem. I wiedziałam już, że wszystko, co było trudne tak naprawdę mnie uratowało.
Przede mną życie. I jestem gotowa brać je takim, jakie jest. Bo już wiem, że szacunek i miłość naprawdę można sobie wywalczyć nawet jeśli trzeba o nie zawalczyć ze światem.






