Pewnego dnia starsza pani z podkrakowskiej wsi przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego – piesek rósł jak na drożdżach, strzegł całego obejścia, pochłaniał miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak, że aż się przechylał, a raz próbował jednym szarpnięciem przewrócić staruszkę

Stara pani Jadwiga postanowiła przygarnąć szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego, zwanego u nas alabayem. Psina rosła, nabierała masy i jeszcze większego zapału do pilnowania obejścia. Co dzień pochłaniała miskę jedzenia szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby pokroić pajdę chleba, a grzbiet drapała o ogrodzenie tak solidnie, że całe się wykrzywiło. Zdarzało się jej nawet jednym szarpnięciem poderwać staruszkę, kiedy ta przechodziła z wiadrem przez podwórko. Takiemu zwierzakowi trzeba było zapewnić zajęcie, żeby się nie nudził.

Wkrótce jednak pani Jadwiga odeszła nie przez psa, po prostu nie udało jej się dożyć dziewięćdziesiątki. Jej dzieci i wnuki zjawili się w starej, podwarszawskiej chacie, by uporządkować sprawy po śmierci. Tam na łańcuchu siedziała bestia która na ich widok patrzyła, jakby czekała na ucztę. Dziewięć osób przyjechało na raz same witaminy i rozmaitości na raz, co za rarytas! Ród zaczął się naradzać, co zrobić z psem. Usypiać żal. Zostawić na podwórku strach. Wpuścić go w świat nie po Bożemu. Przecież świat nie zasłużył na takie wyzwania. Postanowiono znaleźć mu nowy, dobry dom. A gdyby trzeba, nawet dopłacić potencjalnemu chętnemu, byle tylko ktoś wziął tego kudłatego potwora.

Znalazł się taki pan Zenon, który od lat marzył, żeby czesać psa grabiami za uszami i karmić z ogromnych misek. Czego ludzie nie wymyślą na swoje szczęście… Sprowadzili weterynarza.

Weterynarzowi przedstawiono plan działania. Miało być prosto: pies dostaje zastrzyk usypiający, szybciutko pakują go do auta i zawożą do nowego domu. Krótka modlitwa, może nawet zapalić świeczkę za nowego właściciela na zdrowie albo na wieczny odpoczynek, bo wiadomo, jak to bywa.

W umówionym czasie lekarz przyjechał z karabinkiem do usypiania zwierząt. Nabrał strzykawkę środka nasennego, wymierzył i jednym strzałem wprowadził psa w objęcia Morfeusza. Odpięli łańcuch, położyli bestię na brezent, zawlekli do kombi.

Z przodu weterynarz, bo przecież profesjonalista też potrzebuje wygody. Za kierownicą pan Zenon, a cała rodzina babci ściska się na tylnych siedzeniach. Jadą, próbując rozmawiać, kiedy nagle pies zaczyna się budzić.

Podnosi łeb, rozgląda się ciekawie. Wszędzie ludzie. Siedzą, patrzą na niego wytrzeszczonymi oczami.

Weterynarz z nagłym przerażeniem robi się blady. Nowy właściciel wygląda, jakby berekło mu się śniło nawet przez sekundę nie odrywa wzroku od psa, choć trzyma kierownicę. Nikogo nie interesuje, co dzieje się na drodze.

To dopiero przygoda, pomyślał pies.

Czy istnieje niebo, pomyśleli ludzie.

Pies spokojnie zaczął przemieszczać się po kabinie, przysuwając się coraz bliżej do ludzi. Nowy właściciel odruchowo sięga do klamki, żeby wyskoczyć z auta bo przecież już wcześniej nie przejmował się, że prowadzi. Pies jednak zamiast rzucać się z zębami, oblizał wszystkich po kolei i rodzinę babci, bo przecież to nie są do końca obcy. I nowego właściciela, bo duszę już mają wspólną. Nawet weterynarza, mimo że to on do niego strzelał. Co tam, człowiek jak człowiek.

I tak wszyscy zrozumieli, że z tego ludojada to żaden potwór nie jest. Całą pozostałą drogę jechali mokrzy od psa od góry ślady po jego ślinach, od dołu bo gdy pies się przebudził, wszystkim z emocji nogi rozmiękły.

A moja ukochana, polska działka i ogród wciąż trwały, czekając na nowe wspomnienia.

Oceń artykuł
Newskey24
Pewnego dnia starsza pani z podkrakowskiej wsi przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego – piesek rósł jak na drożdżach, strzegł całego obejścia, pochłaniał miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak, że aż się przechylał, a raz próbował jednym szarpnięciem przewrócić staruszkę