Szukam kobiety o imieniu Zuzanna.
Przeszedł przez niską bramę we wrocławskiej kamienicy i wszedł do podwórka studni, pełnego topniejącego śniegu. To już czwarte podwórko, które odwiedzał. Dziecięcy plac zabaw, huśtawki, chłopcy grali w hokeja na mokrym betonie. Krążek rozpryskiwał wodę, ale chłopcom nie przeszkadzało mokre ubranie.
Zatrzymał się pod łukiem bramy, rozejrzał po podwórzu. Tak bardzo chciał, by pamięć wyłowiła coś, co pozwoliłoby przywołać szczegóły sprzed lat. Ale nic nie było takie, jak wtedy, kiedy tam mieszkała tyle lat minęło. Wtedy nie było tu prawie niczego poza sznurami na pranie, szopkami pod oknami, floksy rosły w krzakach, ławki stały skromnie pod murami.
A teraz…
Wszystko mogło się zmienić przez tyle lat. W zasadzie niemożliwym było, by zostało tak samo.
Na starszego, postawnego mężczyznę w czapce z futrzaną podpinką nikt nie zwracał uwagi. W tych czterech kamienicach wiele mieszkań wynajmowano. Wrocław
Musiał wejść do domu, który stał po prawej od bramy. To się nie mogło zmienić. Pamiętał, że to było drugie piętro, kamienica miała trzy kondygnacje. Mieszkanie na końcu korytarza, drugie po prawej, w rogu. Kiedyś na framudze drzwi mieszkaniowych wisiało kilka dzwonków, każdy z innym nazwiskiem domowników.
Pamiętał każdy drobiazg zagniecenia na firance, krzywą zasuwę w oknie, zielony czajnik, skrzypiącą podłogę, nawet karalucha, którego łapali dwa dni. Wszystko tam, w głębi mieszkania…
Ale nie pamiętał numeru mieszkania ani domu. Wiedział tylko, na jakiej ulicy się znajduje. Nie mógł znaleźć podwórka, bo takie podwórka-studnie ciągnęły się tu jedno za drugim. I w dodatku nawet nie był pewien, który to wejście chyba drugie od bramy… Te budynki budował pewnie jeden majster, jednym projektem, podobne jak krople wody.
Więc krążył po tych podwórkach…
Ten właściwy dom, drugie wejście, nie tu mówią druga klatka, drugie piętro, drzwi na końcu Czterdzieste trzecie? A może…
W domach, gdzie był domofon, wybierał: 43.
Dzień dobry, szukam Zuzanny. Czy mogę się dowiedzieć…
Czasem rozłączano się, zanim skończył mówić, mówiąc, że tu nie mieszka, albo nawet, że nie zna takiej. Próbował ponownie.
Przepraszam, to naprawdę ważne. Proszę powiedzieć, czy w 1980 roku nie mieszkała w Państwa mieszkaniu kobieta o imieniu Zuzanna? To dla mnie bardzo ważne.
Po trzecim podwórku wyjął notes i zaczął zapisywać.
„16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie znają, kupili niedawno…”
Tych podwórek było wiele, musiałby wracać do domów, gdzie nie odpowiedzieli, gdzie nie dodzwonił się, gdzie pozostały pytania.
Wspinał się po łagodnych stopniach ciemnej klatki schodowej. Wysokie okna były zakurzone, pachniało kotami. Ten zapach pamiętał z tamtych lat.
Dzień dobry! ukłonił się.
Na schodach spotkał starszą kobietę w szarym płaszczu, z torbą na zakupy.
Dzień dobry, do kogo Pan idzie? zapytała.
Na drugie piętro. Szukam Zuzanny, pani koło sześćdziesiątki. Może Pani wie, czy mieszka tu taka osoba?
A w którym mieszkaniu?
Na rogu, po prawej. Ale to było dawno temu, gdy były jeszcze mieszkania współdzielone. Nie pamiętam dokładnej kamienicy…
Na rogu? Nie, tam mieszkają Państwo Nowakowie żona, mąż i dwójka dzieci. Nie kojarzę tu żadnej Zuzanny, a mieszkam tu od dzieciństwa.
Dziękuję, opuścił głowę i zaczął schodzić po schodach.
Kobieta szła za nim.
A nazwiska nie pamięta Pan?
Gdybym pamiętał, sprawdziłbym w książce telefonicznej albo przez rejestr. Nie pamiętam, w zasadzie nigdy nie wiedziałem.
To kim była dla Pana, jeśli można zapytać? kobieta była rozmowna.
Oglądał się, zawahał, nie wiedząc, co odpowiedzieć
Kim była?…
Zuzanna Zuzia Zuńka
Miłość trudno zdefiniować. To po prostu fakt. Albo jest, albo jej nie ma. Cała reszta to obrazki, ułożone z subiektywnych uczuć i możliwych konsekwencji.
Aleksander Staszewski całe życie wierzył, że miłość to kruche uczucie. Że nie przetrwa rozłąki, rozmyje się, zniknie, przestanie boleć. A jednak te wybuchy szczęścia, jakie odczuwał, gdy przywodził na myśl chwile swej miłości, podtrzymywały go na duchu, choć jednocześnie sprawiały ból.
Był winny. Żył z kalectwem w sercu przez czterdzieści lat.
Może to właśnie wspomnienia podsycały serce, choć To serce pierwsze zawiodło. Kiedy zmarła żona, z którą spędził prawie całe życie a ostatnio żyło się już im kiepsko nagle poczuł w piersi ból i dostał zawału.
Z żoną nigdy się nie sprzeczali, nie kłócili po prostu przestali prawie ze sobą rozmawiać, choć mieszkali pod jednym dachem. Każde zajęło osobny pokój, kontakt mieli tylko w sprawach rokujących domowe sprawunki.
Żona uważała, że dom należy do niej, a on… był jakby dodatkiem, o którym szkoda było więcej mówić. Tak mawiała koleżankom:
Co z nim zrobisz? Niech już mieszka.
W domu migotało od obrazów w złotych ramach, kryształów, drogiej rzeźbionej mebli, dywanów i bibelotów. W salonie stał biały fortepian, na nim porcelanowy wazon z sztucznymi kwiatami.
Fortepian był prawdziwy. Ale dla Aleksandra zawsze był ozdobą, atrapą. Nikt nie umiał na nim grać, a wazonu nie zdejmowano, bo nikt go nie otwierał.
Raz żona próbowała grać. Zatrudniła nauczycielkę, ale szybko zrezygnowała. Niczego nie kończyła, może poza zabiegami kosmetycznymi.
Nie donosiła też do końca swej jedynej ciąży. Choć tu trudno ją winić, Aleksander czuł to jej egocentryzm.
Często ostatnio o tym myślał. Znał kobietę, która mogłaby ożywić fortepian.
A i tak tęsknił za żoną. W ostatnich latach ich relacje się poprawiły. Oboje podupadli na zdrowiu, spacerowali po parku, dokarmiali kaczki nad stawem niedaleko domu. Aleksander nagle zainteresował się wędkarstwem. Już nie zależało na racji.
Czemu wcześniej tak tu nie chodziliśmy, Zośka? Fajnie tu.
Durnie, kiwając głową, zgadzała się żona.
Ale dawniej ciągle dokądś pędzili. Aleksander piął się w administracji, doszedł do ministerstwa w Warszawie. Ojciec żony popychał go do przodu zanim się przyzwyczaił do jednego stanowiska, już szykowano awans.
A awans miał swoje powody: Aleksander był pracowity, inteligentny i miał żyłkę lidera. Umiał ryzykować i podejmować decyzje. Tego chciał teść, wiceminister, szef departamentu budownictwa, Ignacy Pawlak.
Tylko z początku mógł go stracić. Musiał wtedy postąpić odpowiednio. O tym dowiedział się wiele lat później od żony, gdy Ignacego już nie było. Powiedziała mu o tym matka, im się pokłóciły i od słowa do słowa padła cała prawda. Wiele rzeczy Zofia nie wiedziała ojciec nie chciał martwić ukochanej, rozpieszczonej córki.
…A kim ona była dla Pana, jeśli wolno zapytać? powtórzyła pytanie kobieta.
Obejrzał się, znów niepewny…
Kim była? Może wszystkim, co miałem…
Starsza pani już nie pytała w jej oczach widać było współczucie. Od razu rozpoznała, że szuka kogoś niezwykle ważnego.
On zaś ruszył do kolejnego podwórka. Przemoczył buty, dzwonił, pukał, zbierał czasem złośliwości i niechęć, czasem wdawał się w gawędę, tłumaczył swoją sytuację. A potem ruszał dalej, do następnego podwórka, i znów
Wieczorem wrócił wyczerpany do hotelu. Padł ubrany na łóżko i zamknął oczy. Bolały go nogi i kręgosłup, ciężko oddychał, w głowie dudniło. Ale rano znów wyszedł na poszukiwania.
***
Jesień wtedy była deszczowa. Złoty dywan liści na wrocławskich ulicach przykrywały deszcze. Handel kwitł na ulicach, wszędzie kioski, stoiska, sprzedawcy.
Z Ignacym Pawlakiem przyjechali z Katowic do Wrocławia na konferencję budowlaną, w ramach reform demokratyzujących społeczeństwo i gospodarkę.
Dla Ignacego to było kluczowe, szykował się przenosić do Warszawy. Młody Aleksander Staszewski nie planował wiele. Po prostu pracował coś nieoczekiwanie dla siebie, z działacza harcerskiego został prawą ręką sekretarza wojewódzkiego.
W województwie stawiali nową fabrykę, Aleksander pilnował budowy. Młody, nieprzygotowany do skali odpowiedzialności, często mu się wydawało, że życie można zmieniać według woli.
Tutaj, we Wrocławiu, zachwycił się miastem. Pawlak wysyłał go po różnych sprawach. I wtedy, na stacji Politechnika, Aleksander usłyszał subtelną melodię. Przeszył ją dźwięk aż do środków duszy ruszył w stronę muzyki.
Młoda, szczupła dziewczyna w niebieskim berecie i zwiewnej chuście grała na skrzypcach. Za nią szara, mokra ściana. Dziewczyna w kraciastej kurtce, w krótkich botkach. Cienkie nogi jak u baletnicy. Przed nią otwarty futerał, do którego ludzie wrzucali drobniaki.
Aleksander zamarł. Było coś szczególnego w tym obrazku: dramatyzm muzyki, niebieska chusta na szyi, jej kędzierzawe włosy, brudna ściana, czerwone z zimna ręce. Dmuchający wiatr, przejmująca melodia.
Obok handlowali sprzedawcy, przechodnie rzucali monety, przystawali na moment. Tylko Aleksander słuchał do końca.
Skończyła utwór, włożyła skrzypce pod pachę, potarła ręce, naciągnęła rękawy swetra spod kurtki.
I wtedy podniosła futerał, chciała najwyraźniej rzucić go do Odry z mostu. Aleksander to wyczuł natychmiast.
Proszę nie… niech pani tego nie robi!
Ona zaskoczona, odwróciła się, razem trzymali futerał nad wodą.
To pan? Dlaczego?
Nie mogłem pozwolić, to…
Ja ją zawiodłam, powinnam oddać…
Komu się pani tłumaczy?
Mamie…
Pani mama jest zbyt surowa. Ja pierwszy raz w życiu słyszałem taką skrzypaczkę. Naprawdę! I gdyby pani nie zeszła do przejścia…
To nie dusza, to żołądek. Skończyły mi się pieniądze, nie mam nawet na chleb…
Ale to da się naprawić! Mam trochę złotych. Niech pani weźmie…
Spojrzała oskarżająco.
Naprawdę myśli pan, że przyjmę pieniądze? Jaki pan jest? Nigdy więcej pan za mną nie idź.
Przyspieszyła kroku.
Proszę! Już pani wie, że jestem głupcem. Ale będę czekał na panią rano w tym samym miejscu! Będę czekał!
Następnego dnia nie mógł się wyrwać wcześniej, przybiegł po południu na stację, dziewczyny nie było. Następnego poranka też mówili, że nie widzieli jej dziś.
Czekał pół dnia. W końcu przyszła. Widząc go, nie dała po sobie poznać, że go zauważyła. Rozłożyła skrzypce, zaczęła grać. Sąsiadująca sprzedawczyni podsunęła Aleksandrowi składane krzesełko. Słuchał ponad dwie godziny. Kiedy była już wyczerpana, wrzucił do futerału kilkaset złotych.
Pan oszalał? Tyle pieniędzy! Szybko, znikajmy ona schowała skrzypce i ciągnęła go w stronę schodów.
Prosto na dwóch osiłków. Dziewczyna pobladła. Oni już śledzili jej opiekuna.
Ile masz płacić za handel?
Może kawaler zapłaci za ciebie? mruknęli.
Wybuchła bójka, a Aleksander, choć postawny, nie był w stanie odeprzeć czterech napastników. Dziewczyna pobiegła po pomoc. Zaraz zjawiła się policja. Ranny, brudny, został otoczony opieką dziewczyny.
Do szpitala?
Nie, tylko się potłukłem…
Zaprowadziła go do swojego mieszkania. W ciemnym korytarzu pachniało cebulą i starymi butami. W pokoju portret młodej kobiety opatulony kwiatami jej matka. Stare pianino ze słonikami. Książki.
Wspomnienia z tego mieszkania szły za nim przez życie. Przychodziły, gdy cierpiał; cieszyły radością, a czasem rozdzierały smutkiem.
Został w jej ubraniach, ona opatrywała go maścią, potem pili herbatę z sucharami. Opowiedział jej o sobie, o pracy przy budowie, o domu w Katowicach, ona o odejściu z akademii muzycznej i pracy na straganie.
Ale przecież pani jest wspaniałą skrzypaczką!
Może takie czasy, że muzycy nie mają perspektyw, uśmiechnęła się delikatnie.
Obiecał, że wpadnie znowu. One długo machały przez okno; pod blokiem rosła jarzębina, za domem topole.
Ignacy Pawlak, widząc go z podbitym okiem, nie krył furii.
Aleksander i tak umówił się z Zuzanną. Przyszedł z ciastem oraz zakupami. Biegali po Wrocławiu, chowając się przed deszczem, śmiali się, ona recytowała wiersze. Pili na spółkę gorącą kawę, cieszyli się każdą chwilą.
Potem ich pocałunek, jego deklaracja: Wyjdź za mnie, pojedź do Katowic. Ona zasępiła się i cicho zacytowała:
To pieśń ostatniego spotkania,
Spojrzałam na ciemny dom.
Tylko w sypialni paliły się świece…
Zuzia, co ty jakie ostatnie? Przecież mówię poważnie!
W noc, która miała być wyjątkowa, śmiała się, grała marsze na pianinie, znów łapali z mieszkańcami karalucha.
Zadzwonili do niego z delegatury rano.
Szybko! Masz sprawę karną! usłyszał od Ignacego.
Zuzanna spojrzała poważnie.
Zuziu, wrócę. Naprawdę! Możesz mi wierzyć?
Wierzę. I cytowała dalej: Nad przyszłością magiczną kładę czar, gdy niebo takie błękitne. Przeczuwam drugie spotkanie, nieuniknione spotkanie z tobą…
Myślał tylko o sprawie karnej. Wszystko wydawało się uzgodnione, akta, protokoły, rozliczenia… Zbyt pochopnie podpisywał dokumenty.
Rozmowa z teściem była jasna: Aleksandrze, ożenisz się z moją córką. Pomogę ci wyplątać się z kłopotów. Inaczej radź sobie sam.
Złamał się i wyjechał. Na dworcu miał ochotę walić pięściami w mur, gorzko płakał pierwszy raz w dorosłym życiu.
***
Zrozumiał, że starsze panie na ławeczkach to skarbnica wiedzy dla poszukujących.
Zuzanna? spojrzały na siebie. To nie ta, co umarła na wiosnę? Pamiętasz, jej syn przyjeżdżał wielkim samochodem.
Aleksander aż chwycił się za pierś.
Co ty, człowieka przestraszyłaś! Przecież mówił: prawa klatka. To Anastazja umarła, nie Zuzanna. Mieszkała dalej, zwróciła się do Aleksandra, źle się Pan czuje? Może zadzwonię po pogotowie?
Odetchnął. Podjął poszukiwania jeszcze raz, szedł do hotelu, gdy nagle, mijając podwórce, zobaczył z daleka postać w niebieskiej chuście, ten sam krok…
Zuziu! zawołał, ale głos zszedł do chrypki.
Nie oglądając się, ruszył za nią i dotknął ramienia:
Zuziu!
Młoda kobieta spojrzała tak podobna, a jednak już nie ona.
Przepraszam, chyba się pomyliłem.
Nic się nie stało. Zdarza się. Ale mam naprawdę na imię Zuzia.
Boże, kogo on właściwie szuka? Przecież powinien szukać kobiety około sześćdziesiątki, nie młodej dziewczyny. Halucynacje…
Znów wrócił do hotelu zmęczony.
Ostatni dzień we Wrocławiu miał być decydujący czy starczy mu sił?
Prawie cały poranek przespał, nie miał sił nawet wstać. Ale w końcu się zmobilizował i wybrał taksówką w rejon podwórek-studni. Przechodząc na drugą stronę ulicy, zauważył sklep z instrumentami. W oknie: skrzypce.
Wszedł do środka.
Pomóc w czymś panu? zapytała młoda sprzedawczyni.
Tak, poproszę tę skrzypcę…
Wyjęła delikatnie instrument.
Zagra pan?
Nie, nie potrafię. Znałem kiedyś kobietę, wirtuozkę skrzypiec. Mieszkała tu, w tych kamienicach. Zuzanna…
Zuzanna? A to nie Pakuła? dopytywała nieśmiało.
Nie pamiętam nazwiska. Może o niej mowa?
Tak, Zuzanna Pakuła. Mieszka w tych domach z rodziną.
Z rodziną? Jest zamężna?
Tak, ma męża i synka, chyba osiem lat. Sprzedawczyni zamilkła, może zdradziła za dużo.
Ile lat ma pani Pakuła?
Trzydzieści kilka…
Aleksander osunął się na fotel.
Nic mi nie jest. Po prostu znów… nie znalazłem. Znów się nie udało…
Wyszedł, popatrzył na topole. Za jednym z podwórek-studni widział stare topole albo nowe, może dawniej tych nie było, ale to tam musiał iść.
W podwórku spotkał sympatyczną parę na spacerze.
Dzień dobry, szukam kobiety koło sześćdziesiątki o imieniu Zuzanna. Była skrzypaczką, mieszkała tu w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych.
Staruszkowie zerknęli na siebie.
To chyba córka Marii, Zuńka…
Znali Państwo? zapytał, nie oddychając niemal.
Znaliśmy, i to dobrze. Ale pan biały jak ściana siadamy.
Pokazali mu miejsce ta sama kamienica, okno na rogu.
Była tam jarzębina?
Była, już dawno ją wycięli. Remont generalny był. Maria ciężko pracowała, Zuzia wiecznie z tą skrzypką. Matka zmarła młodo, Zuzia została sama, w ciąży. Sprzątała tu na klatce, pokoje wynajmowała studentkom. Jeszcze dawała lekcje skrzypiec. A proszę popatrzeć, jaką wykształciła córkę znaną skrzypaczkę. Jest dziś bogata, mieszka tu.
Czyli córka tu mieszka?
Tak, z rodziną w tej samej kamienicy. Pierwsza klatka, drugie piętro, róg. Zuzia Pakuła znana skrzypaczka.
Nogi Aleksandra były jak z waty. Nacisnął domofon, wybrał odpowiedni numer.
Słucham! męski głos.
Tym razem Aleksander zaniemówił.
Ja… szukam Zuzanny… Może, to teściowa…
Drzwi się otworzyły.
Powoli wspinał się na górę, młody mężczyzna już zbiegał naprzeciw.
Naprawdę się panu źle zrobiło?
Poprosiłbym adres mamy Zuzi powiedział z trudem.
Mężczyzna szybko pomógł mu wejść do mieszkania.
Proszę się nie rozbierać, połóżcie się na kanapie…
Aleksander siedział, pomału dochodząc do siebie. Wtedy weszła Ona… Kobieta tak podobna do jego Zuzanny sprzed lat, że głos mu odebrało.
W pokoju pojawił się chłopczyk.
Jak masz na imię, chłopcze?
Sławek.
A twojego tatę jak?
Michał…
Do pokoju weszła żona gospodarza; Sławek poszedł do ojca.
Proszę, niech pan powie znał pan moją mamę?
Tak… Dawno. Bywałem tu, w tych pokojach…
Boże, pan jest moim ojcem?
Serce Aleksandra biło mocniej, choć jakoś lżej.
Na kuchni pili razem herbatę.
Opowiedz mi o waszym życiu. Trudno było?
Ciężko, mama dużo pracowała. Ja byłam z niej dumna, choć była bardzo wymagająca. Ale mówiła, że moje urodziny ją uratowały. Walczyła o wszystko. Długo miałyśmy lokatorki, byle związać koniec z końcem.
Jestem winny wam obu, przepraszam…
Proszę opowiedzieć, czemu się rozstaliście…
Tak się wszystko ułożyło. Dziś już wiem, że życie to splot przypadków i decyzji.
Trzeba zadzwonić do mamy! Ona na pana czeka, czuje to od lat!
Nie… Proszę, chcę ją zobaczyć sam.
W kuchni pojawił się Michał.
Mnie się tu coś nie podoba ale jeśli uprzecie się, zawiozę pana do teściowej. Ale po tym do szpitala!
Oczywiście. I będę słuchać!
Zjeżdżając windą, obejrzał się na córkę i wnuka: ileż stracił przez te lata…
Szybko dojechali do nowego blokowiska.
Piąte piętro, numer 118.
Nogi miał z waty, powoli podszedł do drzwi. Co powie, kiedy zapyta kto tam? Odpowie: „Aleksander”. Ale czy zrozumie?
Drzwi otworzyły się bez pytania. Ona się nie zmieniła tylko włosy mniej bujne, policzki mniej młode, ciało już nie to, lecz oczy te same. Rozpoznała go.
Stanęli w drzwiach, w milczeniu. W końcu on padł przed nią na kolana.
Zuzanno, wybacz mi, wyszeptał z trudem.
Ona uklękła obok.
Aleksandrze! Podnieś się! Źle ci się zrobiło? Jak to możliwe, że los po tylu latach nas połączył?..
Przytrzymywali się za łokcie, jakby bali się siebie puścić.
Odnalazłem cię! Czemu tyle czekałem? mówił, ściskając ją.
Nie wiedziałeś. Ja czekałam, bo czułam, że wrócisz. Życie czasem płata figle, ale nie wszystko jest nasze. Przyjdzie czas, przyjdzie nadzieja.
Gdy siedzieli razem na parkiecie, mówił, że przeczytał na pamięć jej ulubione strofy, a ona dodawała swoje wersy. Ostatecznie zdecydowali się razem na szpital jej zięć, Michał, był lekarzem.
Jechali w milczeniu, trzymając się za ręce.
Teraz już zawsze razem, Zuziu.
Tak. Teraz już tylko razem…
I recytowała mu ulubione wiersze o przyszłości:
…Nad przyszłością magiczną kładę czar, gdy wieczór wyjątkowo błękitny, przeczuwam drugie spotkanie, nieuniknione z tobą…
Samochód pędził przez miasto do szpitala by choć jeszcze trochę mogli być razem po tylu latach rozłąki, z nadzieją na czas, którego nie potrafili ocalić w przeszłości, ale którego nie mogli już zmarnować.
Bo choć życie nie zawsze pozwala nadrobić stracony czas, nigdy nie jest za późno spróbować odnaleźć siebie nawzajem, przebaczyć i zacząć od nowa z miłością w sercu i wiarą, że prawdziwe szczęście czeka na tych, którzy mają odwagę go szukać.






