Szukam kobiety o imieniu Iwona.
Przez niską bramę wszedłem na podwórze studni, zalegające resztkami roztopionego śniegu. To już czwarta brama tego dnia. Na placu zabaw dzieciaki ścigają krążek hokejowy po mokrej nawierzchni, chlapiąc wodą dookoła, lecz nikomu to nie przeszkadza.
Zatrzymałem się pod łukiem, rozejrzałem po podwórzu. Tak bardzo chciałem, by moja pamięć uchwyciła się jakiegoś szczegółu i wyciągnęła z głębi zapomniane obrazy. Ale wszystko wyglądało inaczej niż w moich wspomnieniach. Trudno się dziwić, tyle lat minęło. Pamiętałem tylko stare sznurki na pranie, komórki pod oknami, ławki i kępki floksów.
A teraz…
Tak wiele mogło się zmienić przez te lata. Właściwie musiało się zmienić.
Nikt nie zwracał uwagi na obcego, starszego mężczyznę w czapce z futrzanym obszyciem. Tutaj w kilku z czterech oficyn wiele rodzin wynajmowało mieszkania. Warszawa…
Musiałem wejść do domu tuż za bramą po prawej. To się nie mogło zmienić. Piętro drugie, dom trzypiętrowy. Mieszkanie na końcu korytarza, drugie na prawo, w rogu. Na drzwiach przyciśnięte do framugi różne dzwonki z nazwiskami lokatorów.
W środku pamiętałem każdy szczegół półki z książkami, fałdy na zasłonach, skrzypiący zamek w oknie, zielony czajnik, trzaskające deski podłogi, nawet karalucha, którego łapaliśmy przez dwa dni. Każdy zakamarek tkwił w mojej głowie…
Ale nie pamiętałem numeru mieszkania, ani nawet numeru domu. Znałem tylko ulicę. Te podwórka studnie ciągnęły się jedno za drugim. Nie byłem też pewny bramy chyba druga od wejścia Domy wyglądały identycznie, widocznie budował je ten sam projektant.
Tak chodziłem przez te bramy…
Wśród tych numerów próbowałem drugi, trzeci dom, drugie wejście, głęboko po prawej Czterdzieste trzecie? A może
Gdy był domofon, wciskałem: 43.
Dzień dobry, szukam Iwony. Proszę powiedzieć
Często mnie zbywano, tłumaczono, że żadna Iwona tu nie mieszkała, a nawet, że żaden Iwon nie mieszkał. Musiałem próbować jeszcze raz.
Przepraszam bardzo, to naprawdę ważne. Proszę mi powiedzieć, czy w 1980 roku nie mieszkała u państwa kobieta o imieniu Iwona? Bardzo muszę to wiedzieć.
Po odwiedzeniu trzech podwórek wyciągnąłem notes i zapisałem:
„16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili niedawno…”
Było tych bram mnóstwo, trzeba by wrócić tam, gdzie nie doczekałem się odpowiedzi, nie dosłyszałem wyjaśnień czy pozostały pytania.
Wchodziłem po łagodnych, wyślizganych schodach ciasnej klatki. Wysokie okna były brudne, czuć było zapach kota. Ten zapach pamiętałem taki pozostał też w moich wspomnieniach.
Dzień dobry! ukłoniłem się.
Na schodach schodziła starsza pani w szarym płaszczu, z siatką na zakupy.
Dzień dobry, do kogo pan idzie? zagadnęła.
Na drugie piętro. Szukam Iwony, kobiety koło sześćdziesiątki. Nie wie pani, czy tu któraś mieszka?
Ale w którym mieszkaniu?
W rogu na prawo. Ale to było dawno, kiedy były jeszcze wspólnoty mieszkaniowe. Tylko nie pamiętam dokładnie domu…
W rogu? Tam mieszkają państwo Wysoccy z dziećmi. O żadnej Iwonie nie słyszałam. Mieszkam tu od dziecka.
Dziękuję opuściłem głowę i zacząłem schodzić.
Kobieta szła za mną.
A jak ona się nazywa?
Gdybym pamiętał, to już dawno bym znalazł. Ale nie wiem.
A kim ona jest dla pana, jeśli mogę zapytać? nie dawała spokoju.
Zawahałem się, nie wiedziałem, co odpowiedzieć…
Iwona Wioletta… Wiola…
Miłość nie ma definicji. Po prostu jest albo jej nie ma. Reszta to tylko obrazy i subiektywne porządki uczuć.
Przez całe życie wierzyłem, że miłość jest krucha. Że nie przetrwa rozłąki, zgaśnie, odejdzie. Te przebłyski szczęścia, które wywoływały wspomnienia tamtych chwil, pomagały mi, ale też raniły.
Byłem winny. Mieszkałem z tą raną w duszy czterdzieści lat.
Może właśnie te wspomnienia podtrzymywały moje serce. Może to przez nie serce nawaliło. Gdy zmarła żona, z którą przeżyłem całe lata a ostatnimi czasy żyliśmy już osobno pod jednym dachem właśnie wtedy przyszła choroba, zawał.
Z żoną nie kłóciliśmy się już, po prostu rozeszliśmy się na pokoje. Dom był pełen złoceń, kryształów, drogiej, masywnej meblościanki, pstrokatych łamigłówek i dywanów. W salonie stał biały fortepian Yamaha, na nim wazon z plastikowymi kwiatami.
Ten fortepian był dla mnie symbolem fałszu. Nikt u nas nie grał, fortepian służył za stolik na wazon. Był wart więcej niż trzypokojowe mieszkanie w centrum Warszawy.
Żona próbowała się nauczyć, wzięła nauczycielkę, ale szybko przestała chodzić na lekcje. Oprócz masaży czy zabiegów upiększających nic nie doprowadzała do końca.
Nawet ciąży swojej nie doniosła choć nie mnie oceniać winę. Ale zawsze myślałem, że to przez jej samolubstwo zostałem bez dzieci.
Coraz częściej wracałem do tych myśli. Znałem kobietę, której fortepian mógłby ożyć pod palcami.
A jednak tęskniłem za żoną. Ostatnimi laty nasze relacje się poprawiły chorowaliśmy oboje, chodziliśmy na spacery, karmiliśmy ptaki nad jeziorem na Polu Mokotowskim. Zacząłem w końcu łowić ryby. Już nie trzeba było sobie nic udowadniać.
Dlaczego wcześniej tu nie chodziliśmy, Wiolu? Przecież jest tak pięknie mówiłem.
A ona kiwnęła głową:
Durnie byliśmy.
Ale wtedy ciągle gdzieś biegliśmy. Robiłem karierę urzędniczą, doszedłem aż do resortu w Warszawie. Mój teść, generał Stanisław Laskowski, ciągnął mnie w górę. Przemieszczałem się z jednej funkcji na drugą, nawet nie przywykłem do poprzedniej, już była nowa nominacja.
Zasłużyłem na awanse byłem pracowity, uparty, potrafiłem ryzykować i wymagać. O takim zięciu szef departamentu budownictwa, pułkownik Laskowski, mógł tylko marzyć.
Ale początkowo zięć prawie mu uciekł musiał działać. Dopiero po latach żona powiedziała mi, jak za moimi plecami matka i ojciec sterowali jej losem i moim. Ale wtedy nie wiedziałem nic…
Więc kim ona jest dla pana?
Kim ona jest? Może wszystkim, co jeszcze mi zostało.
Stara kobieta już nie pytała więcej. Jej spojrzenie zdradziło, że rozumie szukam kogoś najważniejszego w moim życiu.
Szukałem więc dalej. Całkiem przemokły mi nogi. Dzwoniłem, pukałem, byłem nierozumiany albo nawet zbyty opryskliwie, czasem wdawałem się w rozmowę wyjaśniając swoją sytuację. A potem dalej… pod kolejną bramę…
Wieczorem wróciłem do hotelu kompletnie wyczerpany. Rzuciłem się na łóżko w kurtce, zamknąłem oczy. Bolały mnie nogi, plecy, głowa dudniła. Ale rano wszystko zaczęło się od nowa wyruszyłem dalej na poszukiwania.
***
Jesień była wtedy deszczowa. Złote liście lepiły się do warszawskiego bruku, ciągle padał deszcz. Sprzedaż na ulicach kwitła, budki i stoiska na każdym rogu, mały handel i większe targowiska.
Przyjechaliśmy z moim szefem do Warszawy z Poznania na konferencję o nowym podejściu do polityki budowlanej.
Dla Stanisława Laskowskiego to były ważne obrady czekał go awans do ministerstwa. Ja wtedy jeszcze niewiele się spodziewałem. Zupełnie przypadkiem stałem się prawą ręką sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, ale nie planowałem wielkiej kariery po prostu robiłem swoje.
W Poznaniu budowano nową fabrykę nadzorowałem inwestycję. Byłem młody, nie czułem jeszcze brzemienia odpowiedzialności. Wydawało mi się, że można wszystko załatwić, a życiem pokierować, jak się chce.
W Warszawie byłem zachwycony miastem nastroje doskonałe. Laskowski gonił mnie po różnych sprawach. I tak któregoś dnia na stacji Politechnika usłyszałem skrzypce.
W pobliżu dziewczyna w niebieskim berecie i lekkiej chuście grała piękną melodię. Na sobie miała kraciasty płaszcz, krótkie buty, cienkie nogi jak u baletnicy. Przed nią otwarty futerał, do którego wrzucano monety.
Zatrzymałem się. Sceneria była niezwykła dramat i poezja tej muzyki, błękitna chusta, wilgotna ściana za nią i czerwone od zimna dłonie dziewczyny. Było widać, że gra z pasją, mimo chłodu.
Do futerału czasem ktoś wrzucał drobne, handlujący obok przekrzykiwali się, nikt nie zatrzymywał się na dłużej. Tylko ja słuchałem.
Skończyła grać, potarła zgrabiałe ręce, zarzuciła skrzypce pod pachę, poprawiła rękawy. Po chwili znów zaczęła grać tym razem z zamkniętymi oczami, zupełnie oddana muzyce. Przestrzeń wypełniły nowe dźwięki, pełne smutku i tęsknoty.
Wtedy podbiegł nastolatek, chwycił futerał i zaczął uciekać. Jakaś kobieta krzyknęła:
Złodziej! Łapać go!
Dziewczyna nie przerwała gry. Rzuciłem się za złodziejaszkiem. Gdzieś pomogło mi dwóch chłopów. Po krótkim pościgu dzieciak rzucił futerał na drogę, uciekł między auta.
Zebrałem rozsypane monety, zniszczony futerał. Gdy dziewczyna podeszła, oddałem jej wszystko.
Proszę, znalazłem tylko tyle. Przykro mi, futerał się rozpadł…
Dziękuję. To i tak stary futerał… Niech pan przestanie już szukać.
Mówiła poważnie, wydało mi się jednak, że nie kradzież ją tak rozstroiła, lecz coś głębszego.
Często tu gra pani?
Zdarza się powiedziała krótko, odwróciła się i odeszła.
Poszedłem za nią. Zwolniła kroku, zatrzymała się na moście, patrzyła w wodę, wiatr plątał jej włosy i chustę.
Po chwili wyciągnęła futerał za barierkę, jakby chciała go wrzucić do Wisły. Pospieszyłem.
Proszę, nie, niech pani tego nie robi!
Ona spojrzała na mnie zaskoczona. Trzymaliśmy wspólnie futerał nad wodą.
To pan po co panu to?
Skrzypce same się bronią. Może to znak, że powinny dalej grać?
Nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam mamie…
Pani mama za surowa. Pierwszy raz w życiu usłyszałem prawdziwą skrzypaczkę. Dzięki temu spotkaliśmy się.
Głód mnie tu przywiódł, nie dusza. Nie mam pieniędzy, nie mam co jeść.
To przecież się zmieni! Mam trochę złotych, dam pani.
Nie wezmę pieniędzy od pana. Nie idźcie już za mną ruszyła szybciej.
Proszę, zrozumiałem, że jestem głupi! Proszę przyjść jutro do tego samego przejścia. Będę czekał!
Następnego dnia ledwo mogłem się wyrwać z obowiązków. Dopiero po południu doczekałem się. Dziewczyna stała tam, rozkładała skrzypce, nie patrząc na mnie. Ktoś podał mi krzesełko, posadził naprzeciw niej teraz już wszyscy wiedzieli, że długo czekałem.
Słuchałem jej kilka godzin. Uśmiechnęła się do mnie byłem szczęśliwy. Gdy skończyła grać, podszedłem, wrzuciłem kilka banknotów.
Oszalał pan? Proszę natychmiast zabrać! To za dużo.
Mam prawo dać ile chcę.
Schowała pieniądze do ręki, zerkając nerwowo za siebie.
Musimy stąd odejść, bo tu niebezpiecznie pośpiesznie zebrała skrzypce.
Już na schodach zatrzymali nas dwaj osiłki. Wyjaśniła poruszona, że za miejsce w przejściu trzeba płacić haracz. Byłem gotów bronić się, pobiliśmy się, ale pojawiła się policja dziewczyna pobiegła do sklepu po pomoc.
Po wszystkim zawiozła mnie do siebie. Podała adres Mokotów, dwie kamienice za mostem.
We wspólnym korytarzu czuć było gotowanym kapustą i proszkiem do prania. W pokoju portret młodej kobiety, otoczony kwiatami, fortepian, książki. Po reanimacji herbata z sucharami, szukanie karalucha, rozmowy o życiu.
Opowiedziała, że rzuciła studia w Akademii Muzycznej. Zginęła matka, została sama. Dorabiała na bazarze, z uczniami na lekcjach skrzypiec. Byliśmy ze sobą dwa dni. Dwa dni, które stały się dla mnie całą wiecznością.
Zaproponowałem jej, by pojechała ze mną do Poznania, by została moją żoną.
Smutna, czytała Norwida i Wisławę Szymborską. Mówiła:
Los nas rozłącza. Ale kiedyś się jeszcze spotkamy.
Następnego ranka telefon pilnie zgłosić się do szefa. Wysunięto fałszywe zarzuty, szantażowano awansem. Kazano mi zapomnieć o dziewczynie i o dziecku, które jak później się okazało czekała.
Wyjechałem, nie znalazłszy słów pożegnania.
***
Po latach wracając, pytałem wszystkich o Iwonę. Starsze panie pod blokiem spoglądały na siebie.
Iwona? A nie ta zmarła na wiosnę? Przyjeżdżał do niej syn, miał wielkie auto…
Serce ścisnęło mi się ze strachu.
Nie, nie. To była Anastazja, nie Iwona…
Obszedłem całą dzielnicę. Poddawałem się, wracając do hotelu, aż nagle zobaczyłem w sklepie muzycznym skrzypce na wystawie.
Czy zna pani Iwonę zapytałem młodej ekspedientki.
Chyba tak? Iwona Borecka, skrzypaczka. Ma syna, z osiem lat.
Ile ma lat?
Nie wiem, ze trzydzieści pięć.
Usiadłem na fotelu.
Znowu jej nie znalazłem…
Ale za sklepem spostrzegłem stare topole. To mógł być ten jeden podwórzec.
Spotkałem starsze małżeństwo. Oni ją pamiętali. I powiedzieli mi jej córka, Weronika, mieszka tam, w tej samej kamienicy, w starym mieszkaniu.
Dreszcz przeszedł po plecach wszedłem na drugie piętro i zapukałem.
Otworzył mi młody mężczyzna, lekarz.
Szuka pan mojej teściowej? Jest zdrowa, mieszka niedaleko. Pan źle wygląda, zaraz podamy herbatę, zmierzę ciśnienie…
Weszła do pokoju młoda kobieta. Miałem wrażenie déja vu była podobna do Iwony z mojej młodości.
Jesteś moją córką? wyszeptałem.
Osiemdziesiąty pierwszy rocznik, lipiec. Ojciec? Tylko pan może nim być…
Łzy same płynęły mi po policzkach. O wszystkim już mi opowiedziała. Mama czekała na pana do końca mówiła Weronika.
Poprosiłem o adres. Zięć zabrał mnie samochodem. Wysoki blok na Ursynowie. Piąte piętro.
Zadzwoniłem. Na progu stanęła ona ta sama Iwona, tylko starsza. Patrzyliśmy na siebie długo, w końcu padłem na kolana.
Ona przypadła do mnie.
Wstań, Janku! Nie możesz? Źle ci?
Tuliliśmy się przy drzwiach, łkając z radości. Przepraszałem za wszystko, czego nie uczyniłem. Ona mnie objęła.
Czekałam na ciebie… Wiedziałam, że wrócisz.
Pamiętałem do dziś, jak recytowała Szymborską. Teraz znów słuchałem jej głosu.
„Nad przyszłością cicho czaruję, jeśli wieczór całkiem błękitny Czuję spotkanie drugie, nieuniknione spotkanie z Tobą”
Zięć zabrał nas do szpitala. Jechałem szczęśliwy, trzymając Iwonę za rękę.
Nie spóźniłem się na swoje szczęście.
***
Teraz wiem nie można odkładać na potem tego, co najważniejsze dla serca. Nawet jeśli życie rzuca cień, trzeba mimo wszystko szukać swojej Iwony. Czasem szczęście jest za najbliższymi drzwiami wystarczy odważyć się je otworzyć.






