Dobra żona – opowieść o sile, miłości i wytrwałości polskiej kobiety

Dobra kobieta.

Dobra kobieta, co byśmy bez niej zrobili?
A ty jej tylko dwa tysiące złotych miesięcznie płacisz.
Celino, przecież przepisaliśmy na nią mieszkanie.

Janusz podniósł się z łóżka i powolnym krokiem poszedł do drugiego pokoju. W świetle nocnej lampki przymrużonymi oczami spojrzał na swoją żonę.

Przysiadł przy niej, wsłuchał się. Chyba wszystko w porządku.

Wstał i ociężale powlókł się do kuchni. Otworzył kefir, poszedł do łazienki. I wrócił do swojego pokoju.

Położył się na łóżku. Nie śpi mu się.

Nam z Celiną już po dziewięćdziesiąt lat. Ile to razem przeżyliśmy? Już niedługo i do Pana Boga pójdziemy, a przy nas nikogo nie ma.

Córek już nie ma, Doroty zabrakło przed sześćdziesiątką.

Syna, Marka, też już nie ma. Hulaka był Wnuczka, Weronika, już ze dwadzieścia lat mieszka w Niemczech. O dziadkach nie pamięta. Pewnie jej dzieci też dorosłe…

Nie zauważył jak zasnął.

Obudził się od dotyku ręki:

Januszu, wszystko dobrze? usłyszał cichy głos.

Otworzył oczy. Nad nim pochylała się żona.

Co się dzieje, Celino?

Patrzę leżysz i się nie ruszasz.

Żyję jeszcze! Idź spać!

Usłyszał szurające kroki. Klik światło na kuchni.

Celina Wacławowna napiła się wody, odwiedziła łazienkę i wróciła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku.

I tak kiedyś się obudzę i jego już nie będzie. Co zrobię wtedy? Albo może mnie wcześniej zabraknie.

Janusz już nawet nasze stypy zamówił. Nigdy bym nie pomyślała, że to można zrobić wcześniej. A jednak dobrze. Kto, jak nie my?

Wnuczka całkiem o nas zapomniała. Sąsiadka Iwonka tylko czasem zajrzy. Ma klucz do naszego mieszkania. Dziadek jej oddaje po tysiącu z naszej emerytury. Ona kupuje jedzenie, co potrzeba. Nam już pieniądze niepotrzebne. Nawet z czwartego piętra sami nie schodzimy.

Janusz Wacławowicz otworzył oczy. Słońce wpadało przez okno. Wyszedł na balkon i zobaczył zieloną koronę czeremchy. Uśmiechnął się szeroko.

No i doczekaliśmy lata!

Poszedł do żony. Siedziała zamyślona na łóżku.

Celinko, nie smuć się! Chodź, coś ci pokażę.

Oj, ledwo wstanę! Coś ty wymyślił?

Dalej, chodź!

Podpierając ją za ramiona, doprowadził ją do balkonu.

Popatrz, czeremcha już zielona! A mówiłaś, że nie doczekamy lata. Doczekaliśmy!

O, faktycznie! I słonko świeci.

Usiedli razem na ławce na balkonie.

Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina? Jeszcze w liceum. Wtedy czeremcha też się zieleniała.

A można o tym zapomnieć? Ile lat temu to było?

Siedemdziesiąt z groszami Siedemdziesiąt pięć.

Siedzieli długo, wspominając młodość. Na stare lata wiele rzeczy umyka z pamięci, nawet te z wczoraj, a młodość tej się nie zapomina nigdy.

Ojej, zagadaliśmy się! wstała żona. A nie jedliśmy jeszcze śniadania.

Celino, zrób dobrą herbatę! Już mam dość tej ziółkowej.

Nie powinniśmy!

Przynajmniej słabą i po łyżeczce cukru dodaj.

Janusz pił słabą herbatę, zagryzając małą kanapeczką z serem, i wspominał czasy, gdy do śniadania piło się mocną, słodką herbatę, a do tego bułeczki czy racuszki.

Przyszła sąsiadka. Uśmiechnęła się życzliwie:

Jak się dziś czujecie?

A co może czuć dziewięćdziesięciolatek? zażartował Janusz.

Skoro żartujesz, dobrze jest. Co wam kupić?

Iwonko, kup mięsa! poprosił Janusz.

Lekarz zabronił.

Kurczaka nam wolno.

Dobrze, kupię i ugotuję rosół z makaronem!

Sąsiadka posprzątała stół, umyła naczynia i wyszła.

Celino, chodźmy jeszcze na balkon zaproponował mąż na słonku się trochę zagrzejemy.

Chodźmy!

Iwonka zerknęła na nich z balkonu:

Stęskniliście się za słonkiem?

Dobrze tu, Iwonko uśmiechnęła się Celina.

Zaraz przyniosę wam kaszę. I biorę się za rosół.

Dobra kobieta Janusz rzucił jej w ślad. Co my byśmy bez niej zrobili?

A ty jej tylko dwa tysiące płacisz.

Celino, mieszkanie na nią przepisaliśmy.

Ona o tym nie wie.

Siedzieli tak na balkonie aż do obiadu. Obiad to był rosół z kurczaka. Smaczny, z kawałkami mięsa i ziemniakami.

Zawsze taki robiłam Dorocie i Markowi, jak byli mali zamyśliła się Celina.

A teraz, na stare lata, obcy nam gotują westchnął Janusz.

Widać, Januszu, taka nasza dola. Umrzemy, to nikt się nie rozpłacze.

Daj spokój, Celino, już nie smućmy się. Połóżmy się trochę.

Januszu, nie na darmo mówią: Stary jak dziecko.

U nas jak u dzieci: przetarty rosół, drzemka, podwieczorek.

Janusz Wacławowicz trochę się zdrzemnął, ale sen go nie brał. Pogoda się zmienia? Poszedł do kuchni. Na stole dwie szklanki soku od Iwonki.

Oburącz wziął szklanki i ostrożnie zaniósł do żony. Siedziała na łóżku, patrząc przez okno.

Celinko, już nie smuć się! Napij się soku.

Wzięła kilka łyków:

Ty też nie możesz zasnąć?

Pogoda taka.

Od rana się jakoś niedobrze czuję Celina smutno pokręciła głową. Czuję, że niewiele mi już zostało. Tylko pochowaj mnie porządnie.

Celino, co ty mówisz Jak ja bez ciebie będę żył?

Ktoś z nas pierwszy odejdzie.

Dość! Chodź jeszcze na balkon.

Przesiedzieli tam aż do wieczora. Iwonka zrobiła serniczki. Najedli się, usiedli do telewizora. Codziennie przed snem oglądali telewizję. Nowe filmy już ciężko było zrozumieć, więc oglądali stare komedie i bajki.

Dziś zobaczyli tylko jedną bajkę. Celina wstała z kanapy:

Idę spać. Coś się zmęczyłam.

No to ja też.

Poczekaj, popatrzę jeszcze na ciebie! poprosiła.

Po co?

Tak po prostu.

Długo patrzyli sobie w oczy. Wspominali młodość, kiedy wszystko było jeszcze przed nimi.

Odprowadzę cię do łóżka.

Celina wzięła męża pod rękę i powoli ruszyli. Starannie okrył ją kołdrą i poszedł do swojego pokoju.

Ciężko mu było na sercu. Długo nie mógł zasnąć.

Miał wrażenie, że w ogóle nie spał, ale zegar elektroniczny pokazywał drugą w nocy. Wstał i podreptał do żony.

Leżała z otwartymi oczami.

Celino!

Chwycił ją za rękę.

Celino, co ci jest! Ce-li-no!

Nagle sam poczuł duszność. Wrócił do siebie, wyjął przygotowane dokumenty i położył na stole.

Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Położył się przy niej i zamknął oczy.

Zobaczył swoją Celinę, młodą i piękną, jak siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła gdzieś ku światłu w oddali. Dogonił ją i ujął za rękę.

Rano Iwonka zajrzała do sypialni. Leżeli obok siebie, z identycznymi, szczęśliwymi uśmiechami na twarzach.

Zadzwoniła po pogotowie.

Lekarz obejrzał ich, ze zdziwieniem pokręcił głową:

Odeszli razem. Chyba bardzo się kochali

Zabrali ich. A Iwonka opadła na krzesło przy stole. Tam zobaczyła dokumenty i testament na swoje imię.

Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała sięIwonka długo siedziała w pustym mieszkaniu, kartki ścisnęła w dłoniach. Przez balkon wpadało ciepłe światło. Za oknem zieleniła się czeremcha, tak jak co roku. Cicho podeszła do rośliny na parapecie i, jak dawniej Celina, pogładziła jej liście.

Zadumała się, patrząc na stół, gdzie codziennie siadała z nimi do obiadu. I wtedy, jeszcze raz, po mieszkaniu rozszedł się stłumiony śmiech, wspomnienie pastylek mięty, zapachu rosołu i czułego głosu: dobra kobieta.

Westchnęła cicho, otarła oczy.

Kiedy nadszedł czas pogrzebu, nie była sama. Przyszli sąsiedzi, kilka osób ze sklepu, nawet listonosz, a list z Niemiec spóźniony przywiozła poczta. Weronika pisała, że wreszcie się odważy i odwiedzi dziadków tego lata, bo dzieci już dorosły i można trochę wrócić do korzeni.

Zaludniło się tam, na cmentarzu, a wśród ludzi czuć było więcej wzruszenia i wdzięczności, niż by się komukolwiek wcześniej zdawało.

Na grobie Iwonka położyła świeży chleb i bukiet białych kwiatów z ogródka Celiny. Zatrzymała się jeszcze chwilę w słońcu, przymknęła oczy.

Spoczywajcie razem szepnęła cicho. Doczekaliście wiosny, i jeszcze dłużej.

Potem wróciła do ich mieszkania teraz już i swojego, ale nic tam nie zmieniała. Uchylała co dzień drzwi na balkon, podlewała rośliny, czasem parzyła herbatę i siadała, wspominając ich rozmowy i ciepło, które po nich pozostało.

A czeremcha co lato zieleniała, biała, pachnąca, nigdy nie pozwalając zapomnieć, że w tym domu kiedyś była miłość cicha, zwyczajna, najdłuższa.

Oceń artykuł
Newskey24
Dobra żona – opowieść o sile, miłości i wytrwałości polskiej kobiety