Więźniarka

STÓŁKÓWKA

Stary, rozklekotany autobus ruszył dalej, zostawiając za sobą zapach benzyny i samotną kobietę przy drodze. Rozejrzała się tutaj nic się nie zmieniło. Ta sama rozmazana, błotnista jezdnia z gęstą, czarną mazią. W tych samych poszarpanych krzakach wciąż zalegały szare plamy błota. W oddali rozciągała się wioska, cieniutkim pasmem ciągnąca się wzdłuż ściany lasu; w półmroku świeciły żółte kwadraty okien, słychać było szczekanie psów i niezadowolone gdakanie gęsi.

Tak, przez te sześć lat niewiele się tu zmieniło pomyślała Wioletta Prawie nic. Tylko po prawej, na wzgórzu, gdzie dawniej stał rząd ciągników i kombajnów, oświetlanych słabymi latarniami, teraz czerniła się pustka. Co się stało z gospodarstwem Grzegorza Białkowskiego? Pewnie spadkobiercy wszystko rozsprzedali.

Wioletta weszła na główną ulicę wioski, nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś zza płotu rzucił w nią kamieniem. Miała wrażenie, że z każdego okna patrzą na nią pary oceniających oczu. Szła naciągając chustkę głębiej na twarz, w nadziei, że pozostanie niezauważona. Co ją tu czeka? Czy zostało coś z jej rodzinnego domu? Nie miała jednak dokąd pójść, oprócz rodzinnej wioski, więc wróciła tu mimo niechęci, jaką darzyli ją wcześniej mieszkańcy. Przecież przez nią, pół wsi sześć lat temu straciło pracę.

Przez ten czas bardzo się zmieniła, i zewnętrznie, i wewnętrznie. Po dawnej, pewnej siebie urodziwej dziewczynie nie został ślad. Tamta Wioletta była zgrabną szatynką z szeroko otwartymi, błękitnymi oczami. Nie miała rodziny, mieszkała samotnie w starym domku na skraju wąwozu. Na Grzegorza Białkowskiego wieś niemal się modliła. Zatrudniał większość mieszkańców.

Wkrótce po tym, jak Wioletta zamieszkała z nim, sądziła, że wygrała los na loterii. Jednak nie wszystko było takie proste. Grzegorz uważał się za pana i władcę, despotę. Dla Wioletty był tylko służącą, zabawką, lecz ona oślepiona uwagą tak ważnej w okolicy osoby z początku nie dostrzegała jego prawdziwego oblicza. Najpierw oddzielił ją od przyjaciółek, potem nakazał porzucić zbyt odważne jego zdaniem stroje, zabronił makijażu. Całe jej życie zamieniło się w nieustanne zakazy.

Siedziała w domu i czekała na niego, gotowała zupy, sprzątała pokoje. O pracy czy wychodzeniu z domu nie było mowy. Grzegorz stale podejrzewał ją o zdrady, a te ciągłe domysły niemal doprowadzały go do szaleństwa. Wioletta próbowała tłumaczyć swoją niewinność, lecz zrozumiała szybko, że nie o nią chodzi, tylko o jego naturę. Nawet jeśli starała się z całych sił, on i tak był niezadowolony. Gdy zaczął ją bić, wróciła do swojego domku na obrzeżach z nadzieją, że zapomni wszystko jak zły sen. Lecz najgorszy cios miał dopiero nadejść.

Na drugi dzień Grzegorz zjawił się pod jej domem. Wioletta myła właśnie podłogę, wszystkie drzwi były otwarte, po domu niósł się ciepły wietrzyk i świeży zapach. Wycieranie podłogi dawało jej ukojenie. On wszedł z impetem i kopnął wiadro woda rozlała się po całej kuchni. Wioletta poczuła, że zaraz przyjdzie kolej na nią.

Nie pamiętała dokładnie, co się działo później; jej pamięć jakby się wyłączyła, nie chcąc przywoływać tamtej sceny. Ocknęła się dopiero, gdy cały podwórzec zapełniła policja. Ktoś coś jej tłumaczył, podtykał pod nos woreczek z kuchennym nożem. Za płotem kłębiły się sąsiadki, w kuchni wywrócono wszystko do góry nogami, a na środku leżał Grzegorz.

Doprowadziła chłopa do zguby! krzyczało się zza płotu. Gdyby mniej flirtowała, żyłby chłop! Czego jej brakowało? Jak pączek w maśle żyła! Dobre życie zmarnowała! Co z nami teraz będzie? Przecież dzięki niemu była praca we wsi! Tłum grzmiał: Jak mamy teraz żyć? Z czego mamy wyżyć?

Wioletta została skazana na sześć lat więzienia odbywała karę w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze. Lata spędzone za kratami nie były dla niej łatwe, ale i nie tak straszne, jak się obawiała. Dzięki łagodnemu charakterowi i empatii zyskała tam towarzyszki, których wsparcie pomogło jej przetrwać. Jednak z wyglądu nie była tą samą kobietą co dawniej pojawiły się pierwsze siwe włosy, twarz opadła, straciła ochotę na strojenie się. Nigdy wcześniej nie myślała, że trafi za kraty; wydawało jej się, że w więzieniu siedzą tylko ludzie z marginesu. Ale jak mawiają: nigdy nie mów nigdy, bo od stołka i od pałki nie sposób się ustrzec. Życie potrafi się roztrzaskać w jednej chwili. Teraz była więźniarką.

Szła ukryta w chuście, serce waliło jej w piersi. Czy jej dom jeszcze stoi? Może już rozebrali go na opał… Jednak na skraju wąwozu, między dwiema rozłożystymi brzozami, widać było mury starego domu. Z wąwozu doleciał znajomy chłód, w dole szemrał strumyk i kumkały żaby. Ile razy śniła o tych chwilach, ile razy widziała ten dom we śnie. Za wąwozem zaczynał się las pełen grzybów: czerwone kozaki, maślaki, podbrzeźniaki… Miała ochotę od razu tam ruszyć z koszykiem!

Cicho przemknęła przez furtkę, znalazła klucz w kryjówce pod daszkiem. Po otwarciu drzwi oczekiwała stęchłego zapachu wilgoci jednak nic takiego nie poczuła. Pstryknięcie kontaktu i po kuchni rozlało się ciepłe światło. Wszędzie czyściutko, na parapecie kwitła jasnoróżowa pelargonia. Wpatrywała się bez zrozumienia w kwiat. Wszystko było na swoim miejscu, ktoś musiał pilnować domu podczas jej nieobecności.

Wioletta! Wiolcia! usłyszała z sieni i do środka weszła pośpiesznie sąsiadka, Jadwiga. O matko, jak się zmieniłaś… zamiast przywitania westchnęła. Zobaczyłam, że światło się pali, to przybiegłam. Przyniosłam ci coś na ząb, żebyś po drodze głodna nie chodziła. Postawiła na stole słoik mleka i zawinięty w ściereczkę chleb. Dziękuję bardzo uśmiechnęła się Wioletta To pani pilnowała domu? A kto by, jak nie ja? Dom samopas zostawić nie można… Dziękuję, z całego serca dziękuję! rozczuliła się Wioletta i łzy stanęły jej w oczach. To ja już pójdę, bo wiesz, chłopy wciąż mają do ciebie żal. Mój jak się dowie, że do ciebie przyszłam, to będzie kłótnia!

Trochę jej ulżyło, że chociaż jedna osoba ją wsparła. Nalała sobie szklankę jeszcze ciepłego mleka, gdy nagle do drzwi zapukał nieśmiało nastolatek. M-mama kazała przekazać! wyjąkał, wręczając jej zawiniątko. Dziękuję, przekaż mamie. uśmiechnęła się do niego. Nie była pewna, czy go zna przez sześć lat dzieci wyrosły i się zmieniły. Z zawiniątka rozchodził się zapach swojskiej wędzonki, aż ślinka ciekła.

Tereska wpadła bez pukania i od razu rzuciła się do uścisków. Kiedyś, jeszcze przed Grzegorzem, były nierozłączne. Wiolcia rozkleiła się: Myślałam, że nikt ze mną nie będzie chciał rozmawiać… No co ty! zaśmiała się Tereska Solidarność kobiet! To była obrona własna, niech sobie chłopy gadają, co chcą. Jadwiga przekazała, że wróciłaś. Wpadłam tylko na chwilkę, przyniosłam ci trochę warzyw z ogródka. Dziś odpocznij, jutro pogadamy do syta!

Wioletta wzruszyła się do granic i nie mogła przełknąć kęsa. Zrozumiała, że niesłusznie źle myślała o ludziach ze wsi. Kobiety ją wsparły i zrozumiały. Z rozkoszą położyła się w świeżej pościeli, ledwo zamknęła oczy, gdy ktoś zaczął uparcie pukać w okno. Nawet w ciemności poznała posturę Zbyszka. Był on nieformalnym sołtysem wsi, cieszył się poważaniem i autorytetem.

Nie wychodź, pogadamy przez okno powiedział cicho. Z chłopami naradziliśmy się i doszliśmy do wniosku, że głupio mieć do ciebie pretensje. Kobiece sprawy to nie dla nas, w tym co się stało nie twoja wina. Ciężko teraz bez pracy, ale Grzegorz sam sobie winny był. Poza tym facetem był cof nie, nie będę przy tobie takich słów używał. Zebraliśmy z chłopakami dla ciebie trochę złotówek na początek. Bierz, nie gadaj! Wioletta czuła się niezręcznie, przyjmując pieniądze, lecz Zbyszek po prostu wrzucił je przez okno i zniknął w nocnym mroku.

Autor: Anfisa SawickaPrzez moment wsłuchiwała się w ciszę, której nie znała od lat spokój przetykały jedynie odgłosy żab i daleki, pojedynczy szczek psa. Siedziała na łóżku, ze złożonymi na kolanach dłońmi, i czuła jak powoli wypełnia ją ciepło nie to od pieca czy ciepłej pościeli, lecz od obecności ludzi, którzy mimo wszystko nie zapomnieli o niej. Pomyślała, ile to lat bała się wrócić, ile razy wyobrażała sobie najgorszy scenariusz: wytykanie palcami, pogardę, samotność.

Tymczasem po latach tułaczki, po więziennych kratach, znalazła więcej życzliwości niż gdziekolwiek w świecie. Ta noc znaczyła początek czegoś nowego. Nie miała złudzeń, że każdy dzień będzie łatwy wiedziała, że cisza może być krucha, że przeszłość nie wymazuje się słowem wybaczam. Ale pojawiła się nadzieja, której przez długi czas nie śmiała prosić nawet w myślach.

Nad ranem, kiedy przez okno wpłynęły pierwsze szare promienie świtu, przysiadła na progu domu ze szklanką mleka i patrzyła, jak mgła unosi się znad wąwozu. Gdzieś w oddali zakukała kukułka. Miała przed sobą niełatwą drogę z odrobiną pieniędzy, garścią warzyw, wsparciem sąsiadek i własnym uporem. Ale była wolna, na swoim miejscu, w domu, który przetrwał z nią wszystko.

Wtedy, po raz pierwszy od bardzo dawna, uśmiechnęła się szeroko i poczuła, że znów może zacząć żyć. Jakby stółkówska ziemia przyjęła ją z powrotem, zmyła ze skóry stare grzechy i szeptała cicho: jesteś u siebie.

Za chwilę ruszy do lasu zbierać pierwsze grzyby, potem zasieje ogródek. Być może, z czasem, inni zaczną patrzeć na nią inaczej nie jak na tę, która wszystko popsuła, lecz jak na zwyczajną Wiolę, która walczyła o swoje miejsce, przetrwała burzę i powróciła do domu.

Nie wszystko można naprawić, lecz wszystko można zacząć od nowa.

Oceń artykuł
Newskey24
Więźniarka