Między prawdą a marzeniem

Między prawdą a snem

Weronika szczelnie owinęła się ciepłym kocem, czując pod palcami wełniany wzór ze smokiem wawelskim. Miała wrażenie, że to nie jej dom w Krakowie, a jakiś rozmyty hotel w dusznym śnie, bo cisza zlewała się z tykaniem zegara stojącego na komodzie, i śnieg za oknem wyglądał bardziej jak opadające płatki popiołu. Przed chwilą wróciła z przymiarki sukni ślubnej, tej, którą wypatrzyła w malutkim atelier przy ul. Grodzkiej. W dłoni wciąż ściskała papierową torbę ze spineczkami, kolczykami w kształcie krakowskich sów i delikatną opaską z kryształkami, która przypominała koronę św. Kingi. Jej myśli były rozmyte i nierealne, przepływały przez głowę jak ryby pod lodem raz wyobrażała sobie siebie pod błękitnym sklepieniem kościoła Mariackiego, raz gubiła się we wzrokach zawistnych i zachwyconych gości. Strach i radość tańczyły razem poloneza po jej wnętrzu jak dwa cienie odbite w kałuży.

Gwałtowny dzwonek do drzwi spłoszył ją tak, że paznokcie wbiły się w koc. Godzina szesnasta pięćdziesiąt. Kto miałby przyjść? Może to kurier z zapomnianym zamówieniem, a może pani Basia z sąsiedztwa, która zawsze myliła mieszkania i czas? Przeszła powoli przez przedpokój, dotykając ściany, jakby miała się za chwilę rozpuścić we mgle. Przez wizjer nie zobaczyła nic konkretnego czy to był wysoki mężczyzna, czy postać bez twarzy jak z surrealistycznego obrazu Beksińskiego? Przez chwilę czuła, jakby mieszkanie zmieniało kształty.

Kto tam? zapytała cicho, jakby bała się przebudzić.

To ja, Witek odpowiedział zniekształcony głos, nieco schowany za drzwiami. Muszę z tobą porozmawiać. Teraz.

Wewnątrz Weroniki cicho pękł ciasny balonik niepokoju nie chciała z nim rozmawiać, prawie go nie znała, nielogicznie czuła, że zna go od zawsze. A może tylko śniła, że zna. Może w tym śnie widziała głębokie, ciemne jeziora, a w ich tafli jego niedopowiedziane odbicie. Otworzyła z wahaniem. Na progu stanął Witek w czarnym, mokrym płaszczu, z którego kapał roztapiający się śnieg. Jego twarz była blada jak strona niewysłanego listu, a oczy lśniły mocą, która wydawała się z innego świata. Zadrżała, nie była pewna, czy nie zrobiła błędu.

Wejdź, zanim zamienisz się w sopel rzuciła niby żartem, ale głos ugrzązł jej w gardle. Czuła się, jakby ktoś odgrywał tę scenę tuż za nią.

Witek wszedł, zostawiając rozmazany ślad po swoich butach na jasnym parkiecie. Całe wnętrze zdawało się kurczyć; powietrze gęstniało niby różowa wata, w której trudno oddychać. Jego wzrok był skierowany gdzieś poza okno może w stronę lasu, może w stronę snu.

Weronika zaczął, ściskając w dłoniach stary portfel jak relikwię. Nie mogę już tego dłużej udawać. Zakochałem się w tobie!

Czas stanął w miejscu. Wszystko wokół kuchnia, suszące się na kaloryferze skarpetki, kaktus w żółtym kubku skrzywiło się i zawisło między snem a jawą.

Witek, ty Zatrzymała się. Jej słowa spadły na parkiet jak rozsypane spinacze.

Podszedł bliżej, zerkając na jej palce, które drżały niczym ptasie skrzydła za szybą.

Wiem, wychodzisz za mąż! Wiem, że to szaleństwo. Nie mogę się wyciszyć, odkąd cię zobaczyłem na imprezie u Marty. Udawałem, że jestem chłopakiem twojej przyjaciółki Ingi, byle tylko być blisko Nigdy jej nie kochałem. Nigdy.

Poczuła zimną strużkę strachu. Jej przyjaciółka, Ingusia szczera i ciepła jak malinowa herbata była tylko narzędziem w tym dziwnym teatrze? Cały lód świata skrócił jej kręgosłup.

Zdjęła koc z ramion i pozwoliła mu zsunąć się na podłogę. Coś się zagęściło, świat zaczął tańczyć na krawędzi, a rzeczywistość łamała się jak lusterka.

Rozumiesz, co mówisz? Mam narzeczonego. Michał, ja kocham go! Ślub w Sukiennicach, plany, domy, śmiechy w cukierni pod Baranami Jej głos był cicho rozpaczliwy.

Witek kiwał głową jakby przyjmował wyrok.

Wiem. Ale zamilczeć już nie potrafię. Zaraz zostaniesz dla mnie jak motyl pod szklanym dzwonem. Gdybym nie spróbował, żałowałbym do końca. Ingę ona dla mnie nic nie znaczy. Tylko ty się liczysz.

Wtedy rzeczywistość zafalowała jak płótno obrazu. Usłyszała własny głos, obcy i zimny:

Jak możesz? Jak możesz tak mówić o Ingeni? Przecież ona ci ufała

To nie ma znaczenia! mówił. Chciałem, byś spojrzała NA MNIE a nie na niego, nie na nią! Bez ciebie jestem tylko cieniem.

Ukląkł na jedno kolano, wyjął z kieszeni pierścionek kupiony, kto wie, czy nie w Lublinie na jarmarku Dominikańskim. Kamień lśnił fioletową łzą. Świat wiruje może by się jednak zgodzić? Może pasuje do tego snu?

Rzuć go. Michała, wszystko. Bądź ze mną. Przysięgam na grób pradziadka, będziesz najważniejsza!

Obrazy przeszłości pomknęły jej przez głowę: Witek rozśmieszający Ingę w piwnicznej kawiarni, Witek trzymający jej dłoń, Witek szepczący rzeczy niewyobrażalne I wszystko zamieniło się w lód.

Wstań poprosiła cicho, prawie niewidocznie. Sztuczne światło rozmywało jego kontur.

Witek powoli podniósł się. Wyglądał, jakby oczekiwał przebaczenia, światło padało na niego jak reflektor na spóźnionego aktora.

Nie wierzysz mi? szeptał, głos dygotał.

Wierzę, że tak czujesz odrzekła sucho. Ale to nic nie zmienia. Jesteś moim przyjacielem. Ja kocham Michała. Nikogo innego nie muszę.

Zrobiła krok wstecz, by rozluźnić dystans. Każde zdanie brzmiało jak uderzenie ciemnej fali o port w Gdańsku.

Gdybyś powiedział wcześniej? Przed poznaniem Michała?

Zastanowiła się na moment.

To by nic nie zmieniło. Przykro mi. Jesteś dobry, może nawet zbyt dobry, ale nie dla mnie Nie mój typ.

Witek podszedł, widać było tam tęsknotę, niepewność i szaleństwo. Miała już gotowy plan ucieczki: jeśli go odepchnie, pewnie wpadnie na kanapę, a ona zdoła wybiec na klatkę schodową, prosto w zimne światełko klosza.

Nic nas nie łączy. Poczułeś obsesję, nie miłość. Stworzyłeś z mojej osoby sen, gdzie wszyscy pozostali są tylko statystami Proszę, skończmy to.

Witek zacisnął pięści, ale tylko ze smutku.

To nie obsesja! Nigdy tak nie czułem do nikogo wyszeptał. To prawda, Weroniko.

Próbowała nie krzyczeć, nie płakać. Skupiła się na prawdzie, która bolała.

A Inga? Pomyślałeś, jak ją ranisz? Grałeś jej emocjami, żeby ze mną być A co, jeśli powiesz jej kolejne kłamstwa?

Przepraszam. Nic bym nie zmienił. Nawet dziś, powtórzyłbym wszystko od nowa. Tak musiało być.

Nie można budować szczęścia na krzywdzie innych. Ani mnie kochać, skoro mnie prawie nie znasz Kochasz tylko zbudowaną przez siebie legendę. Musisz porozmawiać z Ingą, szczerze.

Witek zamarł ręce mu drżały. Po dłuższym milczeniu mruknął:

Ale po co? Przecież jej nie kocham, ona mnie tylko zmęczyła Ty jesteś jedynym światłem.

Poczuła litość zmieszaną z chłodem. Nie było sensu kontynuować tego snu.

Nic z tego. Z nami, z nią. I nie sądź, że będę milczeć.

Spojrzał na nią kilka sekund dłużej, aż po kręgosłupie przeszedł dreszcz. Zamrugał, oddał pierścionek, powiedział:

Odchodzę. Ale będę czekał. Kiedyś zrozumiesz, że jesteśmy sobie pisani.

Nie rób tego. Żyj dalej. Kochaj obraz prawdziwy, nie senne marzenie. Teraz proszę, wyjdź.

Wyszedł powoli, ze spuszczoną głową, jakby ważył buty. Na korytarzu przystanął, obejrzał się raz jeszcze.

Dziękuję. Ale i tak się nie żegnam.

Drzwi się domknęły, napięcie stopniowo opadło. Stanęła przy oknie. Z okiennicy sączyło się światło latarni na Plantach, a samotna sylwetka znikała za rogiem. Ściśnięte serce podpowiadało, że to jeszcze nie koniec tej dziwnej nocy. Kto wie, co Witek powie Indze? Jeśli przekręci fakty, jeśli zacznie snuć nowe kłamstwa?

Zerknęła na telefon. Po chwili znalazła numer Ingi. Puls przyspieszył.

Inga, cześć. Musimy porozmawiać. Ważne.

W słuchawce szeleszczenie, odgłos przewracanych notesów. W głosie autentyczny niepokój.

Co się stało? Coś się dzieje? Martwisz mnie.

Zebrała myśli.

Przed chwilą był u mnie Witek. Powiedział powiedział mi, że był z tobą tylko po to, by być bliżej mnie. Nigdy cię nie kochał.

Zapanowała cisza, tak gęsta jak powietrze przed burzą. Po chwili Inga odezwała się łamiącym głosem:

To znaczy? Naprawdę? Jak to możliwe

Przepraszam, że musziałam ci to powiedzieć, nie mogłam tego zatrzymać Jesteś dla mnie najważniejsza. On mówił dziwnie, jak w malignie. Ja się go bałam.

Kolejna przerwa. Głęboki wdech.

Dziękuję, że powiedziałaś szepnęła.

Przepraszam, że poznajesz to wszystko tak. Ale lepiej wiedzieć, niż śnić kłamstwa.

Masz rację. To lepsze.

Rozmowa się skończyła, a Weronika długo jeszcze stała przy oknie, obserwując śnieżne światło, które obejmowało powoli cały Kraków. Dwie dusze w tym śnie musiały sobie poradzić z nową prawdą. Dusza Weroniki wiedziała lepiej gorzka rzeczywistość niż księżycowy miraż.

***

Inga jeszcze długo siedziała przy kuchennym stole, zimna herbata w pamiątkowym kubku z katowicką palmą. Słowa Weroniki pulsowały w jej uszach był jak echo dudniące w pustej sali koncertowej, był jak cytaty z nieskończonej bajki. Wspomnienia pierwszej randki, uśmiechu Witka, cień jego palców na jej dłoni wszystko się rozsypywało. Nigdy mnie nie kochał jak mantra, która zjada dawną nadzieję.

Po jakimś czasie nagle zadzwonił dzwonek. W tym śnie do drzwi podchodzi się w zwolnionym tempie. Za drzwiami Witek. Śnieg roztopiony, kurtka mokra, twarz blada i zmęczona był innym człowiekiem niż ten z letnich parków.

Inga zaczął, ale ona przerwała, patrząc w podłogę.

Dość. Wszystko już wiem.

Zatrzymał się zawstydzony. Powietrze gęstnieje.

Przepraszam. Przyszedłem prosić, żebyś mi przebaczyła. To wszystko

Jej śmiech był pusty, gorzko-słodki.

Przebaczenie dla takich jak ty? Gdybyś kochał, powiedziałbyś prawdę. Co chcesz naprawić? Chcesz wrócić i udawać szczęście?

Witek nerwowo obracał pierścionek. Chciał dać jej w ręce drobiazg, gest. Jakby to coś mogło zmienić.

Zatrzymaj sobie. Mi nie jest potrzebny. W głosie Ingusi dźwięczało chłodne znużenie.

Witek zrobił jeszcze jeden krok, lecz widząc jej zamkniętą twarz, zrezygnował. Po raz pierwszy stracił słowa.

Chciałbym zacząć od nowa, po prawdzie.

Ale nie ma już nic do naprawienia odpowiedziała z goryczą. Miłość rodzi się z zaufania. Bez niego nie ma nic. Teraz potrzebuję czasu. I odległości.

Opuścił głowę i powoli wyszedł.

Za drzwiami znowu dzwonek. Tym razem pod sufitem śniły się inne kontury: do mieszkania zajrzał Michał, narzeczony Weroniki, wysoki i z pozornie spokojną twarzą, ale spod chłodnej maski przebijała decyzja.

Wiem wszystko. I wiesz co, Witku? Twoje przepraszam to za mało.

Cień Michała padł na Witka, ale ten nie bronił się już. Jeden celny, suchy cios i Witek pada na podłogę, wyciera usta ręką, a na białej dłoni zostaje szkarłatna plama.

To ostrzeżenie. Drugi raz nie próbuj zbliżać się do Weroniki ani Ingi.

Witek resztkami godności wymyka się na korytarz, a Michał rzuca jeszcze szybki, znaczący wzrok w stronę Ingi:

Przepraszam, że musiałaś to widzieć. Czasem inaczej się nie da.

Miała w oczach łzy, ale już nie bolało skóra była gruba jak futro, a serce, przetrącone, biło w rytmie nowego świata.

***

Witek brnie przez biały Kraków, zasypany śniegiem. Nie czuje zimna, bo co to za ból wobec tej pustki, którą czuje w środku? Każda latarnia zamienia się w drzewo z jego dzieciństwa, każda witryna to fragment nierozpoznanego snu. Po tygodniu, z podbitym okiem, składa podanie o przeniesienie do Gdańska szef zadaje jedno pytanie, po czym bez słowa podpisuje.

Zanim wyjedzie, odda pierścionek w sklepie jubilerskim, a zwrócone pieniądze przeleje na konto Ingi z karteczką: Przepraszam. Tak trzeba. Twoje.

Poranek wyjazdu. Taksi sunie powoli przez ul. Dietla, śnieg pokrywa wszystko białą pierzyną, jakby Kraków mógł tym śniegiem zabliźnić stare rany. Witek patrzy w niebo, mrucząc pod nosem:

Wszystko zepsułem. A jednak musi być dalej.

Samochód odjeżdża, śnieżynki śpiewają o nowych początkach.

***

W tym samym czasie, w małej kawiarni na Kazimierzu, przy stoliku tuż pod lampą wisi malutka gałązka jemioły. Przy stole siedzą Weronika, Michał i Inga. Przed nimi trzy filiżanki gorącej czekolady, cynamonowe bułeczki i ten szczególny rodzaj ciepła, który jest tylko po wielkiej burzy.

Już się nie gniewam mówi Inga, patrząc przez szybę, gdzie pod wieczór śnieg pada już jak wata. Po prostu żałuję, że wszystko musiało się tak skończyć.

Weronika ściska jej rękę.

Zasługujesz na prawdziwą miłość. Nie na piękne kłamstwa.

Inga kiwa głową.

Wiem. I na pewno ją znajdę.

Za oknem Kraków pogrąża się w śnieżnym, surrealistycznym śnie. Przez chwilę świat wydaje się bardziej prawdziwy niż kiedykolwiek. Cienie przeszłości odpływają, a każda filiżanka czekolady napełnia ich serca cichością i nadzieją na nowe, prawdziwe jutro.

Oceń artykuł
Newskey24
Między prawdą a marzeniem