List do ojca
No ładnie, Krzysiu, ty to dopiero masz fantazję! Nie spodziewałam się po tobie czegoś takiego! Aniela nawet nie próbowała już udawać silnej, i otarła nos rękawem bluzki.
Tę bluzkę uszyła jej mama. Wyciągnęła skrawek jedwabiu jeszcze z zapasów babci, trochę nad nim pozdychała, że jej samej taka piękność nie przypadnie w udziale, ale w końcu siadła przy maszynie do szycia.
No bo jak? Dziewczyna dorasta. Trzeba się ładnie ubrać. Kto na nią spojrzy, jak byle jak wystrojona?
Lepiej by się mama tak nie starała… Co z tego? pomyślała Aniela, patrząc za odchodzącą miłością swojego życia.
Miłość ta, czyli Krzysztof, maszerował od niej żwawym wojskowym krokiem i ani razu się nie obejrzał.
Bardzo bolało!
Aniela pociągnęła nosem jeszcze raz, ale szybko sobie przypomniała, że ma wytuszowane rzęsy mimo matczynego zakazu a to znaczy, że nie wolno się rozklejać.
Krzysztof, Krzysiek, Krzysiu…
Jedyny i ukochany! Ledwo pół roku byli razem szczęśliwi. Aniela liczyła. Od dnia, kiedy się poznali, minęło równo sześć miesięcy.
Tylko pół roku, a tyle się wydarzyło…
Krzysiek jednak się obejrzał, lecz Aniela udawała, że tego nie widzi.
No właśnie! Przyszła do niego z taką wiadomością, a on głową kręci? Niech idzie! Marynarz, wielki pan! Świat mu nie wystarcza, trzeba mu morza i wolności! No proszę! Niech mu się droga usłana chusteczkami – sama sobie poradzi. Urodzi, wychowa i nawet pozwolenia nie będzie pytać. Zbyt wielka łaska!
Aniela była zła, ale z głębi duszy cichutko, drażniąco, jak zgrzyt noża o porcelanę, wystukiwała się w niej uraza.
Jak to? Przecież mówił, że ją kocha, obiecywał wszystko, czego zapragnie! Mówił, że się pobiorą… A potem? Ucieczka w krzaki, kiedy wyznała, że jest w ciąży?
No może nie tak dosłownie…
Powiedziała, że liczy na coś więcej niż rzadkie weekendowe spotkania, a on tylko, że czeka na niego Bałtyk i nie zamierza zmieniać planów dla jej zachcianek. Jeśli kocha, to niech się pakuje i jedzie z nim.
A jak ona może wyjechać z mamą? W dodatku w ciąży? Na drugi koniec Polski, gdzie nikogo nie zna?
O nie! Tego nie będzie!
Aniela wstała z ławki, poprawiła spódnicę i wygładziła fryzurę. Niewiele tego miała, ale fryzjerka robiła cuda. Mama miała rację wygląd się liczy. A Krzysiek, choć z urody nieciekawy, każda za nim szalała. Bo bystry, wesoły, a jak trzeba to i poważnie pogada. Wykształcenie tylko podstawowe, a rozumu za trzech! Uwierzysz?
Zresztą, ona sama też za nauką nigdy nie przepadała. Technikum skończyła i wystarczy. Na studia to już ją nikt nie namówi, choć mama próbowała. Nawet się pokłóciły ostro, przez miesiąc ledwo rozmawiały.
Ale Aniela dobrze wiedziała, co dla niej dobre. Co jej z dyplomu, skoro tyle już zarabia na budowie? I matce jeszcze odsyła, i dla siebie starcza.
Mama się uspokoiła, przytuliła ją znowu pod skrzydła. Taka już matka jest. Tylko… co powie teraz, kiedy dowie się, że zostanie babcią? Będzie skandal?
Na to się nie trzeba było długo zastanawiać.
Matka krzyczała tak, że sąsiadki zebrały się pod drzwiami. Ale nic im nie wyjaśniały, po prostu powiedziały, że Aniela ma kłopoty w pracy, i wszystkich wyprosiły. Rodzinne sprawy, to rodzinne.
Jak to się stało, dziewczynko? Nie mówiłam ci, żebyś się pilnowała do ślubu? Kto cię teraz zechce?! O Krzysiek! Nie spodziewałam się po nim takiej zdrady! A wydawał się porządny chłopak! Nic to! Jeszcze go dorwę! Powiedziałaś mu o dziecku i zaraz zniknął?
Aniela się zawahała. Powiedzieć matce całą prawdę? Zaatakuje jeszcze bardziej. Lepiej już przemilczeć, Krzysiek i tak jest daleko.
Tak, mamo. Tak było.
Oj, moje biedactwo… I co teraz zrobimy?
A co? Mamy się poddać? Damy radę, mamo! Tylko nie zostawiaj mnie na lodzie! Pomóż mi na początku, a dalej już sama sobie poradzę.
A gdzieżbym cię zostawiła? Jaka matka zostawia dziecko, kiedy ono potrzebuje pomocy?
Aniela zamknęła oczy na chwilę i odetchnęła z ulgą.
No proszę, Krzysiu! I bez ciebie damy sobie radę! Jak dla ciebie ważniejsze morze niż dziecko, to płynąć możesz!
Po pewnym czasie i sama zapomniała szczegółów tamtej rozmowy z Krzyśkiem. Nawet zaczęła sama w to wierzyć, że wyjawiła mu prawdę, a w zamian dostała od życia kopa. Gniew i żal zadomowiły się w jej duszy i czasem przypominały o sobie, śmiejąc się złośliwie:
Popatrz tylko córeczka to cały ojciec! Też niespokojne ziółko! Tylko się kręci, denerwuje! A ty jej powiedz, powiedz! Niech nie pyta, gdzie ten jej nieobecny tata! Jak zniknął na swoim morzu, tak ślad po nim zaginął! I ona też kiedyś od ciebie odejdzie! Bo ani kochać, ani szanować nie umie! I nie nauczy się! Jabłko od jabłoni daleko nie pada…
Może dlatego Hania, córka Anieli, była przekonana, że tylko babcia ją kocha, i to dość wybiórczo. Przytuli, ochrani, ale wystarczyły plotki sąsiadek, aby odstawiła ją na bok:
Idź, idź! Do matki idź! Niech ona cię żałuje, moje nieszczęście… Czym my tak zawiniłyśmy?!
Do trzeciego roku życia Hania uważała, że nieszczęście i kara to też są jej imiona. Tak jak Hania. Tak wołała na nią mama tylko wtedy, gdy w domu zapanował spokój. Wtedy Hania mogła liczyć na tę rzadką, wyczekaną czułość.
Chodź tu, córeczko! Uczeszę ci warkocze! Piękne masz włosy… Nie moje, widać… Grube, gęste jak u taty… I oczy takie niebieskie, jak Bałtyk, na który on odpłynął… Ty cały tata… Choć ładnaś, szczęścia pewnie nie zobaczysz…
Dlaczego? mała Hania dąsała się, gotowa zaraz się rozpłakać.
Bo tak…
Wtedy mama podnosiła głos, a Hania rozumiała, że już pytać nie wolno. Lepiej uciec do babci, wtulić się w jej pachnący kotletami fartuch i popłakać: najpierw dla siebie, potem dla mamy, na koniec i dla babci. Bo jeśli hańba matki, to dźwiga ją babcia.
Co to była za hańba i po co ją brać na własne barki, Hania dowiedziała się później. Mijało jej właśnie dziesięć lat, kiedy nagle matka rozkwitła, wyładniała i ruszyła do miasta budować nowe życie.
Hania została z babcią.
Nie żeby bardzo tęskniła za matką. Ta i tak często wyjeżdżała za pracą, tłumacząc, że ktoś musi utrzymać bez ojca. Ale wtedy zawsze wracała zadowolona, chociaż zmęczona. Przywoziła prezenty i nowe sukienki, tuliła Hanię, a potem zrzędziła do babci:
Mamo, czemu ona taka chuda? Ludzie powiedzą, że głodzimy!
A, twoja córka nic nie je! Staram się jak mogę, nic z tego! Byłabyś w domu, to i dziecko by normalnie jadło! A ja? Muszę się wszystkim zajmować! Lepiej się nie marudź wróciłabyś do domu i opiekowała się córką!
Co tam, mamo! Duża już jest, nie narzekaj! Zobacz, co ci przywiozłam!
A komu potrzebne te prezenty? Lepiej, żebyś przy mnie była! Serce się kraje! Tęsknię…
Matka się marszczyła, a Hania z lękiem chowała się w kąt, wiedząc, że znowu będzie kłótnia.
Tak? Tobie nudno?! A mi nie? Młoda jestem i mam ochotę do życia, a żyję jak stara panna! Do tego jeszcze ty mi dopiekasz! Czasem to mi się już żyć nie chce! Mamo, chociaż ty mnie zrozum! Sama sobie taki los zgotowałam… Gdybym wiedziała, że tak będzie, nie puściłabym go!
Skończ już, dziecko! Co się stało, to się nie odstanie!
Mamo!
Co?! Urodziłaś dziecko wychowuj! A jak nie chcesz, to napisz do ojca! Może zabierze dziewczynkę?
Żeby oddać Hanię Krzyśkowi? Nigdy w życiu! On się w ogóle nią nie zainteresował! A teraz gotowe dziecko na tacy? Nic z tego! Nie po to haruję na budowie, by mu oddać owoc tylu lat!
Jak chcesz tylko nie narzekaj! Dziecko wszystko słyszy! Myślisz, że jej nie przykro? Wiedzieć, że ojciec najgorszy, a matka ledwo żyje?
A niech jej będzie przykro! Życie nie jest cukierkiem! Czasem przywali tak, że ciężko się pozbierać! Koniec tematu! I nie pisz sama Krzyśkowi, bo cię znam!
Babcia faktycznie dotrzymała słowa, ale tylko do czasu.
Kiedy Hania zdawała egzaminy końcowe, przyszła z miasta wieść. Mama Hani urodziła chłopca, a po tygodniu odeszła z tego świata, nie zostawiając żadnych wyjaśnień.
Tajemnica jej urodzenia pozostałaby zapewne tajemnicą, gdyby nie upór Hani.
Gdy wszystko się wydarzyło, babcia spakowała się i pojechała, zostawiając zapłakaną Hanię, i poprosiła, by pilnowała domu.
Dziecko, teraz trzeba myśleć jak żyć dalej… powiedziała babcia, zawiązując chustę. Na czym przeżyć? Głowa mi pęka…
Babciu, ja pójdę do pracy!
Spokojnie. Najpierw zajmijmy się niemowlakiem. Ojciec go wziął, lecz wychowywać nie chce. Ja… damy radę, Haniu?
A mamy wyjście? Ja prawie bez mamy dorastałam! A jego mamy oddać do domu dziecka? Nie można tego zrobić!
Wiem… Boję się tylko, czy dam radę…
Babcia pojechała, a Hania przeszukała cały dom, wiedząc, że teraz już zakazy nie mają sensu.
Trzeba odnaleźć ojca, bo bez pomocy same sobie nie poradzą…
Wiedziała, co robić. Od dziecka rysowała listy do ojca na kartkach, chowając je przed mamą i babcią. Opisywała jak znalazła nowego kota, albo jak babcia uczyła ją lepić pierogi. Albumy ukrywane pod łóżkiem kiedyś znalazła babcia, ale już nie komentowała. Próbowała jeszcze raz przekonać córkę, ale widząc jej urazę do mężczyzny, który nigdy jej nie widział, poddała się. Matka Hani złościła się na byłego ukochanego, zapominając, że on nie wie o córce.
Potem rysunki zastąpiły nieporadne litery; Hania pisała dalej, chowając zeszyty swoje życie: radości, smutki, żale i drobne zwycięstwa.
Teraz trzeba było napisać najważniejszy list. Ten, który w końcu wyśle…
Adres znalazła stary, nieco starty koperta ukryta była za zdjęciem mamy; wypadła, gdy Hania przez nieuwagę zbiła ramkę ze zdjęciem, próbując je wytrzeć. Kiedy dojrzała brzeg białej koperty, zalała się łzami.
Mamo! Czemu mi to zrobiłaś?! Co ci złego zrobiłam?!
Długo siedziała na podłodze, wyrzucając matce wszystko, prosząc ją o przebaczenie, choć sama nie wiedziała za co…
Ale lepiej nie było.
Przepraszam, mamo, ale nie posłucham cię. Wiem, że nie chciałaś, żebym szukała ojca… Ale jest nam potrzebny! Babcia mówi, że nie jest wieczna… Trochę się złościłam, a teraz wiem, że ma rację. Sami nie damy rady. Jeśli naprawdę taki zły, to się przekonam i już nie będę mieć złudzeń. Ale jeśli nie? Wiesz, mamo nie bardzo ci wierzę. Cały czas powtarzałaś, że ojciec zły, sama nie chciałaś mnie pokochać… Po co było to heroiczne macierzyństwo? Tak, wiem, nazwiesz mnie niewdzięczną… Może i jestem, tylko strasznie boli, gdy się czuje, że się jest niekochanym; że wciąż słyszysz, do kogo jesteś podobna, choć tej osoby nie widziałaś nawet na oczy… Skąd mam wiedzieć, jaki jest? Chcę to sprawdzić! I posłuchać, co on mi powie!
Nawet jej nie przyszło do głowy, że mężczyzna, który kiedyś napisał do jej mamy, mógł już mieszkać gdzie indziej.
Nie myślała za dużo. Działała.
Po wieczorze i pół nocy spędzonych nad kartką, udało jej się napisać trzy zdania, w których zawarła wszystko: żal do rodziców, wołanie o pomoc i nadzieję, że ojciec ją wysłucha.
Wysłała list z rana, po drodze do szkoły. Gdy wróciła, zastała babcię z noworodkiem na ręku.
No, Haniu… To jest twój brat, Julek… babcia zaszlochała, obracając się na łóżku, a Hania z zainteresowaniem przyglądała się niemowlakowi.
Babciu, czemu jest taki malutki?
Normalny. Ty byłaś mniejsza i lżejsza.
Naprawdę?
Tak. Potem wyrosłaś. I on wyrośnie.
Babciu, a jego ojciec…
Powiedział, że będzie pomagał, lecz nie zabierze go do siebie. Ma inne życie.
To i dobrze… Hania powtórzyła babciną intonację tak wiernie, że ta aż się uśmiechnęła.
Oj, Haniu! Damy sobie radę z nim?
A jakże, babciu! Po cichu, jak wszyscy z dziećmi! Zobacz, u Grażynki z końca wsi jest już ich dziewięcioro, nie narzeka! Dała mi obiecaną całą stertę pieluch i ubranek po bliźniakach, większość jak nowa. To prawda, babciu?
Że dzieci rosną za szybko? O tak, Haniu, szybciej niż się człowiek spodziewa… Dopiero co twoją mamę trzymałam na rękach, a dziś już jej nie ma…
Ej, babciu, nie płacz! Bo zaraz i ja się popłaczę! I ten tutaj pewnie też chce Pewnie głodny, co?
Czas karmienia! Masz, potrzymaj go! Nie bój się nie upuścisz! Jesteś zaradna i silna, dziecko! Może on też taki będzie…
Hania poczuła, że życie stawia jej nowy wyzwanie. Na rękach trzymała żywy dowód, że już nie jest sama. Ile lat marzyła, by mieć kogoś, kto będzie jej potrzebował, a ona jemu? Babcia i mama to osobna sprawa, one zawsze miały swój świat; teraz pojawił się Julek…
I choć był tylko maleńkim braciszkiem, wiedziała już to będzie na zawsze. On jej potrzebuje, ona jego. Choćby dorósł na zawsze zostanie jej kochanym chłopcem.
Hania szybko nauczyła się opiekować bratem. Raz tylko wpadła do niej zdyszana Grażyna, szybko rozebrała krzyczącego Julka i uśmiechnęła się:
No witaj, maluchu! Płaczesz? Dobrze! Ćwicz płuca! Haniu, nie bój się, nic tu trudnego. Każda kobieta daje radę! Jak będziesz chciała, pokażę ci wszystko. Babcia gdzie?
Rano wyjechała do Kutna, do urzędu. Kazała mi się ciebie jeszcze poradzić, bo twierdzi, że już zapomniała, jak się z niemowlakiem obchodzić…
Ależ ty dajesz radę! Trochę praktyki i będzie dobrze! Kiedyś to przecież już miałaś dwójkę dzieci w tym wieku na wsi nie takie przypadki. Dasz radę!
Hania obserwowała uważnie ruchy Grażyny, sama myśląc, że do roli mamy w ogóle nie jest gotowa. Przecież pieluchy to nie wszystko… Trzeba jeszcze kochać swoje dzieci… Ale jak?
Tego nauczył ją Julek. Teraz do domu leciała po szkole w podskokach. Tam ktoś na nią czekał. Ząbków jeszcze nie miał, ale pierwszy uśmiech był do niej. Imię jej w jego ustach zabrzmiało zanim nauczył się innych słów.
Hania! wołał pucołowaty chłopczyk, maszerując przez podwórko do siostry.
Już jestem, maluszku! Chodź do mnie!
Ciepłe rączki obejmowały jej szyję, a Hania topniała pod deszczem pocałunków.
W co się znowu taplałeś, brudasku? Myjemy się!
Z Hanią Julek wszystko mógł znieść nawet mydło. Babcia śmiała się, patrząc na pogoń za dziarskim maluchem:
Cały wujek! Trzymaj go mocno, bo sobie nos obije.
Przy tylu zajęciach Hania niemal zapomniała o liście do ojca. Odpowiedź nie nadeszła, więc przyjęła, że cisza to też odpowiedź. Skoro tata się nie odzywa, znaczy nie jest jej potrzebny.
Trochę ją to zabolało, ale szybko zapomniała. Wszystkie myśli zajmował Julek.
Babcia coraz częściej wspominała o studiach, lecz Hania nie chciała o tym słyszeć.
Babciu, przecież to niemożliwe! Jak pojadę do miasta, same tu zostaniecie? Nie ma o czym gadać!
Babcia jeszcze próbowała, ale Hania się denerwowała. Przecież na wsi zawsze jest praca czy to na gospodarstwie, czy w sklepie Grażyny. Ta już mówiła, że weźmie ją do sklepu.
Ale babcia nie ustępowała.
Haniu! Nie rozumiesz! Twoja mama też sobie zmarnowała życie, i ty chcesz to powtórzyć? Tylko o ciebie się martwię!
Babciu, rozumiem, ale nie zmienisz mnie! Są rzeczy ważniejsze niż papierek!
I wtedy w środku tych sporów zjawił się ktoś, kogo Hania już nie spodziewała się zobaczyć.
Wracała z Julkiem od Grażyny. Brat, zmęczony zabawą z bliźniakami, kaprysił, ale posłusznie szedł za siostrą. Pod furtką pociągnął ją za rękaw:
Hania! Weź mnie na rączki!
Nie zastanawiała się podniosła go i uśmiechnęła się.
Weszła na podwórko i nagle zastygła. Na werandzie kręcił się obcy mężczyzna. Stał na taborecie i majstrował przy żarówce, tej która nie świeciła odkąd pamiętała.
No, nareszcie mruknął zadowolony nieznajomy, gdy żarówka się zapaliła, i zeskoczył na ziemię.
Wtedy dopiero zauważył Hanię z Julkiem.
Córeczko…
Zrobił krok, drugi, i nie zważając na jej próbę odsunięcia się, przygarnął ją i Julka do siebie.
Moje dziecko…
Zdziwiona Hania zobaczyła łzy w oczach obcego.
Przebacz mi, córeczko! Nie wiedziałem o tobie nic! Twój brat? wskazał Julka, który ciekawie patrzył na nieznajomego Dasz dziadkowi? Chodź do mnie, maluszku, pokaż mi się!
Dopiero wtedy Hania zrozumiała.
To nie mój syn! Ekhm, znaczy… To brat, Julek.
Ach, tak! przytulił chłopca, który wcale nie miał zamiaru się wyrywać, tylko przytulił się do mężczyzny i wtulił głowę w jego szyję.
Kłuje!
Oj, zgolę się, synku! Chodźcie do domu, komary gryzą jak szalone! Po prostu dzicz!
Rzeka blisko, tatusiu…
Wiem…
Babcia przywitała Hanię takim wzrokiem, że zrozumiała wszystko starsi już się pogodzeni, ich sprawy załatwione. I jej zostało już tylko się z tym pogodzić.
Bo co za różnica, co do siebie mieli rodzice dawniej? Najważniejsze, że teraz rodzina się powiększyła. I to trzeba docenić.
Patrząc jak Julek biega przy nogach ojca, Hania zrozumiała teraz już tak będzie. W domu nareszcie pojawił się mężczyzna. To ważne.
Później dowiedziała się, że jej list nie zaginął, tylko dotarł do starego adresu, gdzie życzliwa pani nie żałowała trudu, by odnaleźć nowego właściciela i przekazać list Krzysztofowi. Trochę to trwało, bo zanim dotarł do Krzyśka, ten był w rejsie…
Otrzymałem twój list, córeczko, i od razu przyjechałem! Myślałem, że jestem sam na świecie! Pisałem do twojej mamy nie raz, chciałem rodziny, prosiłem ją…
A ona?
Odpisała tylko raz że wyszła za mąż i prosi, żeby dać jej spokój. Więcej nie pisałem… Córeczko, gdybym wiedział, wróciłbym choćby wpław! Nie wiem, za co to szczęście mnie spotkało! Nie zasłużyłem… Pojedziesz ze mną? Mam mieszkanie w Gdańsku. Duże, jasne! Morze widać z okna, a zachody takie, że aż chce się żyć!
Tato, ja nie mogę…
Dlaczego?
Nie pojadę bez Julka i babci! Nie mogę!
A kto powiedział, że bez nich? Mieszkanie wielkie. Dla wszystkich wystarczy. Ty powinnaś iść na studia! Babcia zajmie się Julkiem, a ciebie zapiszę na uczelnię.
A z czego będziemy żyć? My tu z trudem wiążemy koniec z końcem! Ojciec Julka obiecał alimenty, ale nie płaci, jakby Julka wcale nie było… Więcej niż rok go nie widzieliśmy.
Córciu, ty mnie obrażasz? Krzysztof zmarszczył brwi, a Hania prawie parsknęła śmiechem był taki podobny do naburmuszonego Julka Myślisz, że nie zadbam o was!? Pakujcie się! Babcia już zgodziła się na wyjazd! Czekaliśmy tylko na twoje tak.
No to mówiłam już tak, tato.
I Hania mocno przytuli ojca. Potem wyjedzie z nim nad wielkie, żywe morze, które pomimo nazwy nigdy nie jest spokojne.
I choć w jej życiu burz i ciszy będzie wiele, będzie zawsze wiedziała jedno ma bezpieczną przystań, do której wróci, cokolwiek się zdarzy.
W tej przystani zawsze będzie ciepło i rodzinnie. Tam czekać będzie babcia i zapach jej drożdżowego placka z kapustą (którego Hania nigdy nie nauczy się piec, choć babcia bardzo się stara). Tam będzie jej rozczochrany braciszek, który przywita ją z powagą swojego już całkiem męskiego głosu:
Cześć! Tata mówił, że dziś przyjedziesz! Haniu, tęskniłem!
I ja, mój kochany… ja też…
Bo w życiu najważniejsze jest nie chować urazy, tylko dać sobie jeszcze jedną szansę i szukać prawdziwej rodziny, nawet jeśli czasem trzeba napisać odważny list, który zmienia wszystko.







