Rodzinna Klejnotowa Pamiątka

Rodzinna klejnotka

Nie! Nie namawiaj mnie, mamo! I tak to zrobię!

Zosiu, na co ci to?! Wytłumacz mi po prostu, po co ci to wszystko?

Bo on wchodzi do pokoju minutę przede mną! Bo nie mogę na siebie patrzeć w lustrze! Bo już wiem, że życia nie ułożę jak człowiek! Bez męża, bez dzieci! Matko Boska, mamo! Czy ty tego nie pojmujesz?! Zosia rozryczała się i rzuciła szczotką w zawieszonego w fotelu Puszka.

Poduszka, którą Puszek właśnie metodycznie rozszarpywał pazurami, słuchając rodzinnej kłótni, była własnoręcznie wyhaftowana przez Zosię. Miała być prezentem dla babci, ale wielka kłótnia, która kiedyś podzieliła rodzinę Wiśniewskich na dwa zwaśnione obozy, skutecznie zablokowała tę wysyłkę. Przepiękne róże na aksamicie dziś służyły Zosi, czasem też były ofiarą ataków nieznośnego kota Puszka.

Kota przygarnęła właśnie Zosia i, jak uważała, jej obowiązkiem było wychowanie tego odpornego na dobre maniery stworzenia, uratowanego kiedyś z łap osiedlowych łobuziaków. W ich rozumieniu nie miał właściciela, to i sam się nie obroni. Zosia, dziewczyna o delikatnych rysach i nutowej teczce, według matki powinna była być krucha i cichutka. Problem w tym, że ojciec widział w córce zupełnie inne talenty, więc Zosia dzierżyła czarny pas w karate i całą półkę pucharów, które tylko ją wkurzały podczas sprzątania. Do kurzu na trofeach miała niemal alergię.

Sportowe sukcesy przydały się wtedy, kiedy banda łobuziaków musiała na własnej skórze doświadczyć, że dziewczyny z teczką nutową gryźć potrafią. Zosia stała się opiekunką cherlawego, łysego brzydala z nędznym ogonem. Ale ogon ten szybko nabrał futra, a kot nabrał pewności siebie i do dziś uważał Zosię za swoją własność, której nie trzeba dodatkowo się martwić możne korzystać z życia i łaskawie pozwalać właścicielce na drapanie za uszkiem.

W dniu, kiedy Puszek został oficjalnym członkiem rodziny, Zosia wracała z Akademii Muzycznej wkurzona jak nigdy. Próby do konkursu nie szły palce zamiast grać swoje, robiły złośliwie co chciały, a wszystko przez kursowego kolegę Marcina.

Marcina znała niemal odkąd pamięta siebie. Najpierw razem w podstawówce, potem w szkole muzycznej. Wrócił po paru miesiącach rodzinnych spraw, a Zosia, spotkawszy go znowu, nagle poczuła się przezroczysta jak galaretka. I kiedy Marcin, jak zawsze, objął ją jakoś od niechcenia, coś w niej zadrżało: chciała, żeby to się nigdy nie kończyło. Zamiast strzelić kolegę w ramię i wywinąć się jak zawsze tym razem po prostu trwała i czuła na sobie jego dużą, ciepłą dłoń.

Gdy Marcin popędził na próbę, dzierżąc pod pachą pogięte nuty i wrzeszcząc na cały wydział o nowej partyturze, Zosia sama na siebie się obraziła. Głupia, ty! Wymyśliłaś sobie! Ale jednak ten dziwny stan już ją nie opuszczał. Wpatrywała się ukradkiem w rozczochranego księcia, spuszczała oczy, gdy tylko na nią zerkał. Było to bolesne i piękne jednocześnie chciała mu powiedzieć, ale paraliżował ją samą myślą. Dłonie marzły, a serce waliło jak młot.

Nie zdołała się komuś zwierzyć. Mama by jej nie zrozumiała. Może tylko tak się wydawało, ale na to się już nie porwała opowiadać matce o pierwszej miłości? Nie, to jeszcze nie ta odwaga.

Z Matką Zosia miała skomplikowane relacje. Kochające się do bólu, jednocześnie uparte jak dwie kozy. Doskonale wiedziały, jak nie zrobić sobie krzywdy, ale czasem tego nie wychodziło i wtedy rozchodziły się cicho, każda za własnymi drzwiami.

Kulturalne unicestwianie mawiała babcia Henryka, zanim się obraziła na wszystkich. A potem dodawała: Fenomenalna głupota!

Zosia również uważała to za bzdurę, ale co zrobić tradycja! Zazwyczaj to ona jako pierwsza łamała lody, starając się ratować rodzinny pokój. I była pewna, że matka ją kocha ponad wszystko. Dla Aldony Wiśniewskiej nie było nic ważniejszego niż córka Zosia o tym wiedziała jak amen w pacierzu. I wiedziała też, że matka gotowa była zamknąć ją pod szklanym kloszem, obciążyć łańcuchem i zamrozić od świata zewnętrznego w obawie o jakiekolwiek zło.

Aldona chroniła ją najlepiej, jak umiała co, niestety, sprowadzało się do tego, że Zosia znała tylko dom i próbę, czasem urlop z rodzicami albo spacerek do lasu. Kolonii nie zaznała. Rówieśników tylko dzieci znajomych matki, aprobujących kandydatów na koleżanki, z których żaden z duszą nie trafiał. Przyjaźń była tylko z przymusu, bo Blanka potrafiła wymyślić Zosi obrzydliwe ksywki, a Szymek już na pierwszym spotkaniu urwał głowę jej pluszowemu misiowi, rzucając Tak mu trzeba!.

Czemu nie pojęła do dziś, ale Szymek był dla niej od tamtej pory postrachem numer jeden.

Ach, szkoda, że dzieci nie przypadły sobie do gustu! Byłaby z nich piękna para! Rozczulona mama Szymka kiwała głową, próbując pocieszyć Zosię, ale dziewczyna czuła, że to wszystko fałsz.

Aldona! Nie niszcz dziecka! babcia Henryka upominała jej matkę. Daj jej szansę wyboru! Odbierzesz to teraz, a potem będzie się czuła niepełnowartościowa!

Henryko, nie zawracaj mi głowy! Zosia jest jeszcze dzieckiem! Jaki tam wybór!? Póki odpowiadam decyduję!

Dowiedz się tylko, czy ten moment nie trwa za długo. I nie uznaj dziecka za swoją własność!

Dlaczego tak zapamiętała tamtą rozmowę? Sama nie wiedziała. Ale każde nastawienie matki wygłaszała wtedy, powtarzając: Mamo! Nie jestem twoją własnością!

To strasznie denerwowało Aldonę.

Przestań powtarzać takie głupstwa! Własny rozum trzeba mieć!

I mam! Zosia obrażała się i znowu w domu panowała cisza.

Z babcią Zosia przestała utrzymywać kontakt od dnia Wielkiej Awantury w rodzinie. Kto miał rację nie ważne. Każdy swoje za uszami miał.

I babcia, oburzona, rzuciła matce:
Trzeba było nerwów pilnować, jak się dziecko nosi! Wrażliwa dusza Bzdury! Może byś czasem nie pomyślała tylko o sobie! Twoje choroby, a wszystko odpuściłaś! Mulisz i mulisz! Aldona! O czym ty myślałaś?

I mama, która zadręczała zachciankami i histeriami całą rodzinę podczas ciąży z drugim dzieckiem. Potrafiła podnieść alarm w środku nocy, zalewając się łzami na środku kuchni:

Jesteście nie do zniesienia! Zero litości! To nieludzkie!

O co chodziło mamie nikt nie wiedział. Ojciec i Zosia chodzili na palcach, by tylko Aldony nie rozdrażnić. Ale niestety i tak się nie udało. Dziecko stracili późno, już w zaawansowanej ciąży. O lekarskich błędach wtedy już nikt nie chciał myśleć. Aldona winiła cały świat. Tylko babcia Henryka nie bała się powiedzieć prosto z mostu.

Jeśli znów będziesz próbować, idź do dobrego specjalisty! Dlaczego nie przyszłaś do mnie? Duma ci nie pozwoliła? Albo głupota! Znowu sama wszystko. Efekt smutny. Nie tylko dla ciebie. Ja też straciłam wnuka Winić cię nie będę, to bez sensu. I tak zrobisz po swojemu. Ale powiem swoje czy wysłuchasz, twoja sprawa! Potrzeba odpowiedniej terapii, spokoju! Hormony muszą wrócić do normy, zdrowe dzieci znikąd się teraz nie biorą. W twoim wieku to ciężki proces! Mówię ci to jako lekarz nie jako teściowa. Usłysz mnie i przestań niszczyć rodzinę! Za co oni winni? Że nie przywiązali cię do łóżka i nie tańczyli nad tobą przez całą ciążę? Przecież tylko to robili. I znów winni! Weź się w garść! Masz już dziecko, a jeśli się postarasz, będziesz mieć kolejne.

Ta rozmowa kosztowała Henrykę wiele zdrowia trafiła potem do szpitala. Aldona jednak wybaczyć jej nie chciała.

Ojciec Zosi próbował pogodzić rodzinę, ale gdy stwierdził, że dwóch upartych kobiet nie przekrzyczy, poddał się i liczył na to, że minie z czasem.

Czas mijał, a Zosia chorowała z tęsknoty za babcią, ale sprzeciwić się matce nie śmiała. Aldona ciężko przeżyła całą zawieruchę i teraz jeszcze kurczowiej trzymała się córki.

Mamusiu, czemu nie spróbowaliście jeszcze raz? Tak bardzo chciałaś syna?

To pytanie padło tylko raz, odeszło bez słowa. Spojrzenie Aldony było tak przenikliwe, że temat od razu uznała za zamknięty. Było jasne, że tego lepiej nie ruszać.

Babcia była jedyną, której Zosia mogłaby powierzyć największy sekret ale nie było jej już pod ręką. Henryka kupiła domek pod Zakopanem i wyprowadziła się:

Tak będzie lepiej, synku! Dla wszystkich spokojniej.

Ojciec wizytował ją dwa razy w roku, a Aldona przyjęła to do wiadomości i nie miała nic przeciwko temu, pod warunkiem, że Zosia nie pojedzie z nim.

Nie chcę, żeby ją nastawiali przeciwko mnie!

Zosia się z tym nie godziła, ale szanowała matkę, kochała ojca, i robiła wszystko, by choć od swojej strony przeszkód do szczęścia nie robić.

Zdjęcie babci trzymała w ulubionej książce i popatrywała ukradkiem, kiedy nikt nie patrzył.

Kunszt fotografa, który zrobił zdjęcie, zadziwiał ją. Jak można było uchwycić babcię tak, żeby rodowy skarb rodziny Wiśniewskich wydawał się nagle taki malutki, że Zosia spoglądając w lustro musiała się rozpłakać?

Nos. Rodowy. Wybitny i skandalicznie piękny

Z całej tej charakterystyki Zosia zostawiała dla siebie tylko wybitny. O pięknie swego nosa nie chciała słyszeć.

Po prostu gigantyczny! Blanka, z którą Zosia nie widziała się od dekady, wydała z siebie okrzyk i sięgnęła ręką w stronę jej nosa. Wybacz, ale to takie zabawne! Żywy Pinokio! A przy całowaniu nie przeszkadza ci? Matko, Zosia, naprawdę?! Ty nigdy?! No proszę, nie rumień się tak! W tym wieku i nie mieć faceta? No po prostu szok!

Jak Zosia wtedy się powstrzymała do dziś nie rozumie. Chciała wydrzeć przynajmniej połowę tych misternie ułożonych loków Blanki.

Kim ona była, żeby gadać takie rzeczy?! Przyjaciółka? Nie! Nawet nie koleżanka, bo od ponad pięciu lat mieszka z rodzicami w Hiszpanii i do kraju zagląda tylko od święta. I tę wizytę zorganizowała Aldona na ostatnią chwilę, nie pytając Zosi o zgodę.

Córeczko, tak nie można! Nie widziałyście się tyle lat!

I jeszcze bym tyle nie widziała! Po co, mamo?

Zosiu! Tak trzeba!

Komu?

Przede wszystkim tobie! Nie gadaj głupot. Jeszcze mi podziękujesz!

Zosia w myślach podziękowała mamie, dobierając najdelikatniejsze (jak na warunki polskie) słowa. Ale w trakcie tej rozmowy z Blanką, podjęła pierwszą dorosłą decyzję w życiu.

Zrobię sobie operację plastyczną!

Nie! Aldona wpadła w panikę. Nie pozwolę! Po co ci to?

Nie ma sensu mnie odciągać. Tata już wyraził zgodę. Moja decyzja!

Nawet nie próbuj… mruknęła cichutko Aldona, prawie niesłyszalnie.

Dalsza część rozmowy skończyła się płaczem obu i zamknięciem w pokojach. Aldona kręciła się jak kura bez głowy, aż w nocy doznała olśnienia. Oczywiste rozwiązanie przyszło z nikąd telefon do babci Henryki.

Zosia poleciała do Zakopanego już następnego dnia.

Aldona sama zawiozła ją na lotnisko i szepnęła na pożegnanie:

Mamy w życiu tyle łupieżnych pomysłów, córeczko! Tyle tracimy tam, gdzie mogliśmy zyskać Nie powtarzaj moich błędów! Kocham cię nad życie! Nawet jeśli czasem wyglądam, jakby mi na tobie nie zależało wiedz, że kocham bardziej niż cały świat razem wzięty.

Zosi zostało tylko przytaknąć i, ściskając mamę, wejść do samolotu. Czekała na nią babcia, a to było najważniejsze na świecie.

Henryka przywitała ją tak ciepło, że dopiero po dwóch dniach, kiedy emocje już opadły, zdołały rozmawiać normalnie, nie krótkimi wykrzyknikami.

Zosiu, co to za przyczyna, że twoja mama nagle zgłupiała i została prawdziwą kobietą?

Nie wiem. Chyba dlatego, że chcę sobie odrąbać nos.

Po co?! Wyglądasz świetnie! Doprawić tylko różu i cieni i gitara!

Babciu! Ty też?! Przecież wyglądam jak Pinokio!

Kto ci takie głupoty naopowiadał?

Znaleźli się tacy mocni…

Zosia ugryzła się w język, żeby się nie rozpłakać. Przypomniała sobie Blankę ach, jakie ona musiała mieć powodzenie! Za taką biega pół świata

Kto dyskutuje o cudzej powierzchowności i wytyka innym wady to nie człowiek, tylko pomyłka boska, której Pan Bóg zapomniał poprawić przed wysłaniem na świat. Nie ma ideałów zwłaszcza kobiet! Jeśli pokażesz mi jedną, która w pełni siebie akceptuje, Guinness powinien zwinąć księgę i iść do domu! Większego unikalnego przypadku nie znajdą!

Może zgłoszę się do nich? Najbardziej okazały nos? Z miejsca rekord świata!

Czekaj! Babcia Henryka podniosła się z fotela i powlokła się dostojnie do sąsiedniego pokoju. Po minucie wraca ze starym albumem, oprawionym w niebieski aksamit.

Proszę!

Co to?

Ci, którym rodowa ozdoba Wiśniewskich nie przeszkodziła w szczęściu, skarbie. Twoi przodkowie. Oczywiście, nie wszyscy. Części zdjęć nie ocalało. Nie znajdziesz tu ciotek z Lwowa, które przepadły podczas wojny. Ale jedna z nich uratowała swoją córkę oddała wszystkie klejnoty sąsiadce, która dziecko przygarnęła. Wychowała i oddała niemal wszystkie skarby, tłumacząc, że coś po rodzinie musi zostać. Ciocię Felicję pamiętasz to była ta mała. Lekarka, która uratowała mnóstwo ludzi! Ale do operacji zakładała specjalną maskę, żeby nos nie przeszkadzał. Zobacz!

Wysoka kobieta w stroju kąpielowym śmieje się w kropach bałtyckiej wody, przytrzymuje słomkowy kapelusz. Obok niej mężczyzna jak z okładki Przekroju.

To wujek Marian?

On! Młody, przystojny, pełen sił! Fela była z nim szczęśliwa aż do końca.

Babciu, ale on chorował! Mówiłaś

Tak. Dwa lata leżał, a Felicja rzuciła pracę, by być przy nim. Karmiła, przewijała, była szczęśliwa każdym dniem. W końcu puściła go nie umiała dłużej żyć bez niego. Pół roku później zmarła. Zawsze żałowała, że nie w jeden dzień

Jakie życie

No tak. A Felicja to tylko jedna z naszego rodu. Żadna nie zmieniała nazwiska po ślubie wszystko by zostawić pamięć o dziadku i jego bracie, założycielach. I właśnie od nich pochodzi nasz nos. Jedna żegnała na to? Wprost przeciwnie: szczęśliwe, kochane, dzieci, wnuki, prawnuki. To już coś.

Henryka sięgnęła do szuflady komody i podała Zosi małą, rzeźbioną szkatułkę.

Przyszła na to pora. Weź, Zosiu. To, co Fela przygotowała dla ciebie. Każda z dziewczyn dostała coś, by pamiętała o tych, których już nie ma.

Kolczyki, które wyjęła Zosia, były tak piękne, że na chwilę zabrakło jej tchu i znów rozbolały ją palce jak wtedy, gdy widziała Marcina.

To robota pradziadka Zosiu. Dziadek Karol był jubilerem. Umiał zobaczyć piękno tam, gdzie inni nie widzieli nic. Kochał naturę, widać to w jego pracach.

Lilie? Zosia ogląda drobne kwiatki wysadzane kamyczkami.

Tak, bo jego żona miała na imię Liliana. Zrobił je dla niej, potem były przekazywane. Teraz twoje.

Babciu! To prawdziwa rodzinna klejnotka!

Tak jak twój nos, dziecko! Wyobraź sobie, że stwierdzę, iż ten wyrób jubilerski jest już niemodny, głupi i dam go do przetopienia. Zamówię sobie jakieś nowoczesne pierdółki będą, oczywiście, modne, ale bez historii, bez duszy! Co byś powiedziała?

Zosia odruchowo zacisnęła pięść, chowając kolczyki. Pokręciła głową:

To nie w porządku!

Więc nie drażnij Pana Boga, wmawiając Mu, że coś w tobie jest nie takie, jak trzeba! Wszystko, co ci dano, jest dokładnie tym, jakie być powinno. Zrozumiano? A teraz opowiadaj mi o tym chłopaku, przez którego tak się miotasz. Jaki on? Z jakiej rodziny? Czym się zajmuje?

Babciu! Skąd wiesz?! Zosia zarumieniła się jak burak.

Wielka tajemnica! prychnęła Henryka. Myślisz, że nigdy młoda nie byłam?

Rozmowa trwała do nocy. Zosia mówiła i mówiła a babcia słuchała jej z takim zrozumieniem, że dziewczyna poczuła, że może wreszcie znowu oddychać pełną piersią. Przygotowywać się do konkursu, myśleć o przyszłości bez tego przerażającego strachu.

Rano zastała babcię pakującą walizkę.

A ty dokąd?

Czas zbierać kamienie, Zosiu. Popełniłam wiele błędów. Najcięższy z nich ciąży na mnie od lat. Pozwoliłam rozpaść się temu, co powinno być nierozłączne. Muszę zobaczyć twoją mamę.

Henryka była tak zdecydowana, że Zosia tylko pomogła jej spakować rzeczy i zamówiła taksówkę na lotnisko.

Wieczorem, przytulając się do Puszka, nasłuchiwała cichych rozmów w kuchni. Tak bardzo chciała pójść, usiąść, wziąć mamę i babcię za ręce, zapytać czy się wreszcie dogadały Ale wiedziała, że nie czas. Do pełnego pokoju jeszcze daleko, ale wszystko jest na dobrej drodze. Najważniejsze nie przeszkadzać. Nie zniszczyć tego kruchego, powoli odradzającego się szczęścia. Taką jubilerską robotę łatwo zepsuć, a zbudować o, jaka to praca!

A rok później Aldona z trudem się podniesie, przytrzymując ciążowy brzuch, gdy wizażystka skończy robotę, muska palcem lilię, poprawia kolczyk w uchu córki, zarzuca welon na jej głowę, starannie wpina nowe spinki w fryzurę Zosi i pyta:

I co, gotowa jesteś?

Chwila! Tylko musnę jeszcze rodzinny klejnotek! Zosia odwraca się do lustra.

Patrzy, kiwa głową. Przypomina sobie, jak pierwszy raz zapytała Marcina, czy przyszłego męża jej wygląd nie razi.

Zupełnie nie! Jesteś idealna, Zosieńko! Skąd pytanie?

Niewinne zdziwienie wywoła szeroki, szczęśliwy uśmiech Zosi.

Uśmiech, błysk z pod rzęs, i ramiona oplatające rozczochranego, wysokiego muzyka tuż po międzynarodowym triumfie konkursowym.

Tak sobie pytam, kochanie. Tak po prostuZa drzwiami narastał gwar goście już czekali, organista stroił pierwsze akordy marsza Mendelssohna, a Aldona, jeszcze przez moment trzymając dłoń na ramieniu córki, spojrzała na Zosię z mieszanką wzruszenia, dumy i ulgi. Babcia Henryka przemykała po korytarzu, cicho śmiejąc się do siebie, ściskając w kieszeni białą chusteczkę na wypadek łez. Nawet tata zwykle opanowany dziś wydawał się odrobinę starszy, jakby te wszystkie lata czekał tylko na chwilę, gdy będzie mógł poprowadzić Zosię przez kościół.

Zosia już nie chowała ani rodzinnego nosa, ani łagodnych łez radości. Lilie w uchu, dłoń w dłoni matki, pewny krok i spojrzenie uniesione wyżej niż kiedykolwiek. Puszek przecisnął się gdzieś bokiem, by spać na ulubionej poduszce tej z różami, która teraz nabrała nowego znaczenia. A kiedy jasne światło wypełniło nawę i Marcin spojrzał z ołtarza, w oczach Zosi odbiło się wszystko: przeszłość, miłość, cała siła rodowej klejnotki.

Kto mógłby powiedzieć, że najpiękniejsza ozdoba to coś, co łatwo można stracić albo poprawić? Dziś Zosia wiedziała najdroższym klejnotem jest serce, które nie pozwoliło rozpaść się rodzinie; odwaga, która pozwoliła być sobą; i uśmiech, który sprawiał, że nawet Pinokio mógłby zazdrościć.

A wśród śmiechu, łez i nucącego chóru, Zosia raz jeszcze przyłożyła palec do liliowej kolczyka. Westchnęła cicho:

Dobrze, że nie da się przetopić wszystkiego, co w nas najcenniejsze nawet gdyby czasem się bardzo chciało.

Potem ruszyła naprzód, pewna, kochana i wolna. Jak prawdziwy rodzinny klejnot nie dla ozdoby, ale dla pokoleń.

Oceń artykuł
Newskey24
Rodzinna Klejnotowa Pamiątka