Sąsiadka nocami wynosiła worki mojego obornika. Wczoraj hojnie dosypałam tam drożdży

Sąsiadka podkradała mi obornik workami po nocach. Wczoraj hojnie podsypałam tam drożdży.

Znowu z wiadrami do mojej pryzmy chodziłaś? nie pytałam, tylko stwierdziłam oczywistość.

Lidka, sąsiadka zza płotu, nawet nie drgnęła brwią. Stała pośród swojego ogródka, oparta o motykę, patrząc na mnie takim wzrokiem, jakby to jej właśnie uczyniono wielką krzywdę.
Gosia, no weź, czemu się tak spinasz? Przecież masz tego całe góry! Żal ci dla sąsiadki, dla koleżanki z dzieciństwa?

To nie dobra, Lidka. To pięć tysięcy złotych za samochód obornika z dostawą, wskazałam głową na mocno zmniejszoną kupę na moim podwórku. I poza tym to moja własność.

Ojeju, no udław się tym! przewróciła oczami z przesadą. Wielkie rzeczy, parę wiader wzięłam, ogórki mi się lepiej będą trzymać. Mam groszową emeryturę, nie mogę zamawiać całych samochodów jak niektóre.

Umiała zagrać na właściwej nucie, ta Lidka. Zawsze przedstawiała się w roli ofiary: raz winny był urząd, raz pogoda, raz plamy na słońcu, a najczęściej ja, bo moje pomidory szybciej dojrzewały niż jej.

Wróciłam do domu, w gardle miałam coraz większą gulę złości. Nie chodziło o parę wiader, nawet nie o pieniądze wkurzała mnie ta bezczelność i poczucie, że bierze mnie za idiotkę.

Każdej nocy, około drugiej, słyszałam znajome szuranie. To nie było jedno wiaderko. Lidka działała z rozmachem: pakowała obornik do grubszych, czarnych worków i wynosiła zapasy niczym do oblężenia.

Tadek stał w kuchni, powoli przeżuwając kanapkę i rozwiązując krzyżówkę.
Znowu wynosiła? zapytał, nie odrywając wzroku od gazety.
Znowu. A na dodatek nazwała mnie chytrą.
To może zastaw pułapkę.
Tak, a potem tłumacz się, czemu sąsiadka bez nogi została. Tu trzeba sprytu, nie siły.

Podeszłam do okna, rzucając okiem na jej szklarnię powód zazdrości całej ulicy. Lidka ciągle powtarzała, że ma specjalny gatunek i lekką rękę. O, tak, lekką, zwłaszcza gdy sięga po cudze.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Słuchałam: gdzieś szczekał pies, trzeszczały świerszcze i nagle znowu szur, szur. Łopata wbijała się w mój przekopany obornik. Ja samodzielnie dbałam o tę pryzmę, przykrywałam plandeką, pilnowałam, a ona bez wstydu przychodziła i zabierała.

Rano wyszłam na ganek Lidka już krzątała się przy grządkach.
Dzień dobry, Gosiaczku! zaśpiewała z przesadną uprzejmością. Patrzę, cukinie ci żółkną, nic im nie jest?

Aż promieniała radością po śladach było widać, że w nocy zabrała przynajmniej trzy worki. Uśmiechnęłam się krzywo.
Cześć, Lidka. Na twoje szczęście jeszcze stoję.

Ruszyłam do szopy, a wzrokiem zaczepiłam o półkę z ogrodniczą chemią: nasiona, nawozy i wielka żółta paczka suchych drożdży, które kiedyś zostawiłam do truskawek. Błyskawicznie zrodził się plan w mojej głowie.

Lidka swoje łupy upychała w mocne, plastikowe worki budowlane i chowała do szklarni, żeby się tam podprażyło. A w szklarni gorąco i wilgotno warunki doskonałe do fermentacji.

Wsypałam resztkę cukru do wiadra ciepłej wody, wrzuciłam całą paczkę drożdży. Mikstura zaczęła buzować, zapachniało bimbrem i słodką satysfakcją.

Gdy się ściemniło, a sąsiadka jeszcze nie zaczęła nocnej roboty, obeszłam ogródek od tyłu. Wiedziałam, gdzie zawsze przemyka się przez przerwę w siatce. Wlałam tam całą zawartość wiadra, mieszając szuflą górną warstwę. Lubisz brać cudze? Proszę bardzo, masz dodatek z sercem.

Wróciłam do domu, porządnie umyłam ręce i położyłam się spać z poczuciem idealnej równowagi.
Dlaczego się tak uśmiechasz? mruknął sennie Tadek.
Będą dobre sny, odpowiedziałam i zakopałam się w kołdrę.

Noc upłynęła spokojnie. Nie obudziło mnie nawet zwyczajne szuranie chyba Lidka działała z większą ostrożnością.

Za to poranek nie przyniósł ani kawy, ani śpiewu ptaków. Rozdarł go taki wrzask, jakby ktoś dzikie zwierzę złapał w ogrodzie.

Oboje z Tadziem zerwaliśmy się z łóżka. Mąż, ledwo w slipach, podbiegł do okna.
Co się tam dzieje?! krzyknął, przecierając oczy.

Naruciłam szlafrok i wyszłam na ganek, łapiąc rześkie powietrze, w którym unosił się dziwny, kwaśnawy zapach. Lidka stała przy swojej nowej szklarni z poliwęglanu, szeroko otwartej na oścież.

Wyglądała… cóż, nietypowo. Cała upstrzona brązowymi plamami, jakby ktoś znienacka wymalował ją pędzlem. Podeszłam do płotu i udawałam wzorowane zdziwienie.

Lidka, co się stało? Rurę ci rozszczelniło?

Powoli się odwróciła. Na twarzy mieszanka przerażenia i tego… substancji.
To… to wybuchło! wychrypiała. Gosia! To żyje!

Zajrzałam przez siatkę i ledwo powstrzymałam się od śmiechu. W środku szklarni było totalne spustoszenie. Worki ułożone równiutko wieczorem dzień wcześniej rozsadziło eksplozją.

Drożdże w gorącej, wilgotnej szklarni, ciasno związane w workach, zaczęły gwałtowną fermentację, wydzielając gaz. Ciśnienie rosło, aż plastik nie wytrzymał i wszystko wystrzeliło po ścianach. Sufit i ściany, szybki brązowa warstwa, grządki z jej ulubionymi paprykami wyglądały jak po ostrzale. Pośrodku tego wszystkiego Lidka gwiazda porannego spektaklu.

No i co ci tak wybuchło? zapytałam z pokerową miną.

Worki! pisnęła. Weszłam tylko sprawdzić, a tu jeden strzelił! Zaraz po nim drugi! Gosia, co tam nawrzucałaś?!

Ja? zdziwiłam się całkiem szczerze. Lidko, to mój obornik na moim podwórku. Nic nie dodawałam, tylko co krowa wyprodukowała.

A co robił u ciebie w szklarni, szczelnie zapakowany, to już naprawdę ciekawe.

Lidka zastygła. Po minie widziałam, jak obracają jej się trybiki w głowie. Przyzna, że mój to znaczy przyzna się do kradzieży. Powie, że jej to czemu wybuchło? Stała i dosłownie i metaforycznie obciekała.

To… sabotaż! wykrztusiła w końcu. Chciałaś mnie truć!

Czym? Naturalnym nawozem? wzruszyłam ramionami. Może klimat w twojej szklarni za nerwowy? Albo ktoś cię zauroczył? Mówiłaś, że masz lekką rękę

Tadek wyszedł na ganek, ogarnął ogrodem wzrokiem, zachichotał pod nosem i szybko uciekł z powrotem, żeby się nie roześmiać na cały głos. Lidka chwyciła wąż i zaczęła gorączkowo zmywać z siebie przygnębiające ślady własnej zaradności.

Woda lała się po szlafroku, ale smród już wszedł w skórę. Pachniało nie tylko obornikiem to był ciężki zapach porażki.

Przez cały dzień po osiedlu krążyły plotki o tajemniczych wybuchach u Lidki. Jedni szeptali o bimbrowni, inni o meteorycie. Winowajczyni milczała jak zaklęta i do wieczora czyściła szklarnię szczotką.

Musiała wywieźć całą rozsadę i wymienić wierzchnią warstwę ziemi nawet najtwardsze rośliny takiej dawki nie wytrzymały. Wieczorem nie wyszła na tradycyjną herbatkę na werandzie rzadkość.

Tydzień później znów zamówiłam wywrotkę obornika. Wysypali w to samo miejsce. Obudziła mnie nocna cisza żaden szelest przy płocie, zero łopotania łopaty, żadnych szelestów worków.

Wyszłam do ogrodu w blasku księżyca sterczała nietknięta pryzma.

Rano Lidka przeszła ostentacyjnie obok płotu, nawet nie rzucając spojrzenia. Teraz kupowała nawozy w sklepie w kolorowych opakowaniach i za własne pieniądze.

Cześć, sąsiadko! zawołałam. Jak papryka, rośnie?

Zatrzymała się, spojrzała na mnie. W oczach nie było skruchy, za to czaił się głęboki lęk przed nieprzewidywalną chemią.

Rośnie, burknęła. Radzę sobie, bez twoich prezentów.

No i dobrze. A jakby co, przepis na wyjątkową odżywkę już znasz.

Prychnęła i szybko zniknęła za furtką. Zaparzyłam sobie mocną czarną herbatę.

Na sercu miałam spokój bez triumfu, bez zawiści. Po prostu wszystko wróciło na swoje miejsce. Moje zostało moje, a cudzego nikt już nie ruszał.

Granice wyznacza nie płot, ale czytelna lekcja. Nie wchodź do cudzej kupy, jeśli nie jesteś gotowa na konsekwencje.

A suche drożdże zawsze trzymam na zapas, na górnej półce. Nigdy nie wiadomo może jeszcze jakiś stonka będzie chciał sprawdzić moją hojność. Każdemu trzeba umieć odpowiedzieć po swojemu.

Oceń artykuł
Newskey24
Sąsiadka nocami wynosiła worki mojego obornika. Wczoraj hojnie dosypałam tam drożdży