Wiesz, że w końcu nam się udało? zapytałam Szymona, stojąc na środku pustego pokoju z kluczem w dłoni. Zimny metal był ciężki, ścisnęłam go tak mocno, że wyżłobienia zostawiły na skórze czerwone ślady.
Wiem odpowiedział, obejmując mnie od tyłu i opierając brodę o moją głowę. Nasze.
Nasze. To słowo brzmiało nieprawdopodobnie, aż wypowiedziałam je na głos, żeby sprawdzić, jak brzmi w tych świeżo odmalowanych ścianach. Przez pięć lat tułaliśmy się z Szymonem po wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw maleńka kawalerka u koleżanki mojej kuzynki na Pradze, potem dwa pokoje w wielkiej komunie na Grochowie, potem znowu kawalerka, już lepsza, ale z właścicielką, która wpadała bez zapowiedzi sprawdzać, czy na pewno dobrze przechowujemy jej słoiki. Pięć lat. Ja miałam czterdzieści dwa lata, Szymon czterdzieści sześć. Dojrzałe osoby, a tyle czasu musieliśmy oszczędzać, odmawiać sobie urlopów, brać dodatkowe zlecenia i przyjąć od mamy jeden, wyjątkowy prezent na okrągłą rocznicę, by stanąć na podłodze, która naprawdę należy do nas.
Mieszkanie nie było wielkie. Dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty na Bródnie, trzecie piętro, okna na zielone podwórze. Szymon powtarzał, że to najlepsze ze wszystkiego, co oglądaliśmy, i ja się z nim zgadzałam choć gdy weszliśmy tu pierwszy raz z agentką, zmartwiła mnie wąska, ciasna sień. Do przedpokoju zmieści się tylko jedna szafa, trzeba wybrać, jaka. Ale potem spojrzałam na kuchnię. Wychodziła na wschód i ranem wpadało tam słońce. Od razu wyobraziłam sobie, jak piję kawę i patrzę, jak wróble budzą się wśród kasztanów pod blokiem. I już decyzja była podjęta.
Wprowadziliśmy się w połowie września, kiedy właśnie skończył się remont i farba jeszcze trochę pachniała. Szymon nosił pudła, ja rozstawiałam talerze, spieraliśmy się, gdzie postawić kanapę. Oboje chcieliśmy ją przy oknie, choć okno było jedno. W końcu ustawiliśmy ją pośrodku i okazało się, że tak jest najlepiej. Starsza sąsiadka z dołu, pani Irena, zapukała i przyniosła placek z jabłkami. Powiedziała, że cieszy się, bo wreszcie porządni ludzie. Wtedy poczułam: to właśnie jest swoje.
Ale jeszcze tego samego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na podłodze i jedliśmy ciasto prosto z blachy, bo stół nie był jeszcze złożony, Szymon nagle spoważniał.
Trzeba by zadzwonić do mamy powiedział. Obrazi się, jeśli nie zaprosimy jej na parapetówkę.
Odłożyłam kawałek.
Szymon…
No, Kasia. Mama to mama.
Wiem, że to twoja mama. Proszę tylko o jeden dzień. Jeden dzień dla nas dwojga.
Dobrze zgodził się. Jeden dzień. W sobotę zaprosimy.
Pokiwałam głową. Jeden dzień był nasz. To już coś.
O mojej teściowej, Jadwidze Stefankiewicz, mogę mówić długo, ale i tak nigdy nie powiem wszystkiego najważniejszego. Bo to, co najważniejsze w niej, tkwi nie w tym, co robi, tylko w sposobie, w jaki to robi. Ona nigdy nie krzyczy. Nigdy się nie wykłóca. Wchodzi do pokoju, rozejrzy się powolutku, jakby szukając czegoś, co jest nie na miejscu, i zawsze to znajdzie. Potem komentuje tak, jakby udzielała łaskawej rady. Kasia, chcę ci tylko powiedzieć, że ta półka trochę krzywo wisi. Pewnie nie zauważyłaś. Zauważyłam. Powiesiłam tak, bo ściana była krzywa i inaczej się nie dało. Ale tłumaczyć to Jadwidze Stefankiewicz to jak tłumaczyć wiatrowi, czemu nie może wiać w drugą stronę.
Ma siedemdziesiąt jeden lat. Za całe życie pracowała jako główna księgowa w fabryce i przywykła, że jej zdanie jest ostatnie. Z ojcem Szymona, panem Romanem, cichym, dobrym człowiekiem, który kocha wędkowanie i stare polskie filmy, rozmawia tak, jak z podwładnymi. Nie ostro, tylko ostatecznie. Roman już dawno nauczył się nie dyskutować. Szymon, wychowany w tym domu, też.
Zrozumiałam to jeszcze w trzecim miesiącu naszego poznania, kiedy pojechaliśmy do nich pierwszy raz. Jadwiga ugościła nas obficie. Spytała, czym się zajmuję. Powiedziałam, że pracuję jako graficzka w agencji reklamowej. Kiwnęła głową i stwierdziła: To pewnie nic trudnego. Bez złośliwości. Po prostu fakt. Zamilkłam i zjadłam schabowego. I tak było od ośmiu lat odkąd się pobraliśmy. Przez pięć lat, gdy wynajmowaliśmy mieszkania, teściowa regularnie przypominała mi, że porządni ludzie w twoim wieku już mają swoje cztery kąty. Nigdy wprost. Raczej opowieściami o Irence sąsiadce, która wzięła kredyt już przed trzydziestką, albo o bratanku, co choć zarabiał mniej, kupił dwupokojowe. Ona zawsze o wszystkim wiedziała.
No i doczekaliśmy się swojego. W sobotę urządziliśmy parapetówkę. Była siostra Szymona, Ola z mężem, moja przyjaciółka Basia i dwóch kolegów Szymona z pracy. I oczywiście Jadwiga z Romanem.
Przyjechali pierwsi. Usłyszałam dzwonek poczułam znajome napięcie, jak przed egzaminem. Szymon otworzył drzwi. Teściowa weszła z słoikiem ogórków i ciastem w pudełku. Roman przyniósł butelkę szampana i minę miał, jakby wiedział, że wieczór potrwa długo.
No jesteśmy powiedziała Jadwiga, rozglądając się z typową powagą.
Pauza trwała trzy sekundy, ale byłam już specjalistką od jej pauz. Oglądała przedpokój. Jedna szafa, lustro, wieszaczek na klucze. Wieszak z Meblometu za rogiem.
Mały przedpokój stwierdziła w końcu. Nie z wyrzutem, tylko właśnie: stwierdziła.
Za to przytulny dodał Szymon.
No tak, no tak już szła do pokoju.
Patrzyłam na mieszkanie jej oczami. Kanapa nie przy oknie, regał odrobinę krzywo, bo podłoga wplita się we własne krzywizny. Zasłony kupiłam kremowe w pasy miało być jasno i nowocześnie, a teraz zastanawiałam się, co na to powie teściowa.
Jasne wzięłaś oceniła. Będą się szybko brudzić.
Można prać odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie, po prostu. Tak, jak patrzy się na kogoś, kto powiedział coś zupełnie oczywistego, a jednak nie trafił w sedno.
Oczywiście, że można prać, Kasiu. Ja tylko mówię.
Roman poszedł cichutko do kuchni, patrzył na widok za oknem. Byłam mu wdzięczna.
Goście rozeszli się do siódmej. Zrobiło się głośno i wesoło. Basia przyniosła bukiet pomarańczowych chryzantem. Stały na parapecie i od razu zrobiły kuchnię świąteczną. Ola porządnie mnie uściskała i szepnęła: Nareszcie wasze, Kasiu, bardzo się cieszę. Koledzy Szymona od razu złapali wspólny temat z Romanem o wędkowaniu na Mazurach. Przez długi czas siedzieli tak w kącie, że z trudem przywołałam ich do stołu.
Jadwiga siedziała na czele stołu. Zawsze zajmuje miejsce, które uznaje za właściwe. Pijała mało, jadła ostrożnie, rzucała uwagi o sąsiadach z ich bloku w Wawrze, dopytywała o ceny remontów i kiwała głową jak ktoś, kto już wszystko wie.
W pewnym momencie Basia opowiedziała zabawną historię z pierwszego wynajmowanego mieszkania, gdzie piec gazowy trzeba było uruchomić, pukając w niego z góry. Wszyscy się śmiali, Jadwiga lekko się uśmiechnęła. Po chwili skomentowała:
Młodzi wynajmują co popadnie, potem mają takie przygody.
Basia przestała się śmiać. Dolałam jej wina.
Po deserze Ola z mężem się zbierali dzieci trzeba było odebrać od babci. Potem wyszli koledzy Szymona, potem Basia, która w korytarzu uścisnęła mnie i szepnęła: Trzymaj się. Poczułam, ile przez cały wieczór widziała.
Zostaliśmy we czworo. Szymon sprzątał stół, ja myłam naczynia. Roman przysnął na kanapie z pilotem w ręku. Jadwiga przyszła do kuchni.
Pomóc?
Nie trzeba, sama sobie poradzę.
Jak chcesz. Stanęła przy oknie i patrzyła na podwórze. Po chwili stwierdziła: Mieszkanie niezłe. Małe, ale da się mieszkać.
Wytarłam talerz.
Mnie się podoba powiedziałam.
Tobie zawsze pasuje to, co jest pod ręką. To zaleta, Kasiu, naprawdę. Szymon z tobą ma lekko.
Nie wiedziałam, czy to komplement. Może sama też nie była tego pewna.
Kasiu, chciałam zapytać… odwróciła się do mnie, głos miała inny niż zwykle nie twardszy, nie łagodniejszy, po prostu inny, urzędowy. Dacie mi klucze?
Odłożyłam talerz.
Słucham?
Duplikat kluczy. Mogłabym przychodzić wam pomagać. Szymon dużo pracuje, ty też. Mogłabym wpadać za dnia, podlać kwiatki, wytrzeć kurz. Na emeryturze czasu mi nie brakuje.
Zamilkłam na trzy sekundy.
Pani Jadwigo, to miły gest, ale nie potrzebujemy pomocy.
Jak to nie? skrzywiła się lekko, bez emocji. Nie twierdzę, że nie dajecie sobie rady. Chcę tylko pomóc. To co innego.
Dajemy radę.
Kasiu, nie uparzaj się. Klucz to tylko klucz. Nie jestem nikim obcym. Jestem matką Szymona.
Wszedł Szymon z ostatnią stertą talerzy. Zobaczył mnie, potem matkę. Coś wyczuł, bo został, zamiast wracać do salonu.
Co się dzieje?
Nic powiedziała Jadwiga. Proszę o duplikat. To normalne, Szymon. Gdy wujek Jerzy miał mieszkanie na Bielanach, ciocia Basia zawsze miała klucz, nikt się nie burzył.
Szymon spojrzał na mnie.
Kasiu?
Właśnie wtedy wszystko się rozstrzygało. Czułam to nie głową, lecz gdzieś w brzuchu. Osiem lat łykałam połyki i milczałam. Myślałam: no dobrze, nie warto się kłócić. Za każdym razem we mnie coś się z tej okazji zmniejszało. Troszeczkę. Ale przez osiem lat to już wiele kawałków.
Nie powiedziałam.
Jadwiga uniosła brwi.
Jak to nie?
Wytarłam dłonie w ścierkę, powoli. Nie ociągałam się, po prostu musiałam poczuć, że stoję na własnych nogach. To była nasza kuchnia.
Nie damy kluczy. To nasze mieszkanie. Chcemy, żeby każdy gość, nawet pani, zawsze wcześniej się umawiał. Zadzwonił, uprzedził. To dotyczy wszystkich.
Kasiu powiedziała, jak do dziecka, które chce ona powstrzymać. Robisz z tego coś więcej niż jest. A ja tylko chcę pomóc.
Wierzę, proszę pani, ale kluczy nie dam.
Szymon, powiedz jej.
Ten moment zapamiętam. Szymon stał pod lodówką, patrzył raz na matkę, raz na mnie. Widziałam, jak walczy z automatycznym odruchem uległości, który miał od dzieciństwa. Ale wiedział też, jak pięć lat odkładaliśmy każdy grosz. Jak przez trzy lata odmawialiśmy sobie letnich wycieczek nad Bałtyk. Jak ja w soboty dorabiałam projektując logotypy dla czyjegoś sklepu. Pamiętał, jak podpisywaliśmy umowę w urzędzie. Jak klucz był zimny i ciężki w mojej dłoni.
Mamo powiedział. Kasia ma rację. Nie damy kluczy.
Cisza była gęsta jak mgła.
Naprawdę mówisz poważnie? Jadwiga nie pytała, tylko mówiła.
Poważnie. Jak chcesz przyjechać, zadzwoń. Zawsze będziesz mile widziana. Ale nie chcemy wpuszczać nikogo bez zapowiedzi, nawet z kluczem.
Jadwiga patrzyła na syna długo. Potem na mnie. Wytrzymałam jej spojrzenie, chociaż miałam w środku lodowaty dreszcz, którego nie chciałam zdradzić.
Rozumiem powiedziała powoli. Tak już będzie.
Wyszła z kuchni. Usłyszeliśmy, jak budzi Romana. Szybko się ubrali i stanęli w przedpokoju. Roman patrzył na buty jakby widział je pierwszy raz.
Dziękujemy za wieczór powiedziała Jadwiga grzecznie, sztywno. Gratulujemy nowego mieszkania.
Mamo zaczął Szymon.
Dobrze, Szymonku. Późno już, jedziemy.
Wyszli. Oparłam się o drzwi. Szymon stał obok. Oboje milczeliśmy.
Jak się czujesz? zapytał.
Jeszcze nie wiem odparłam szczerze. A ty?
Też nie wiem.
Zaparzyłam herbatę. Szymon usiadł przy stole, patrzył jak nalewam wodę. Zastanawiał się, aż rzekł:
Powinienem był to zrobić wcześniej. Już dawno.
Zrobiłeś dziś. To się liczy.
Ona się obrazi.
Wiem.
Na długo.
Wiem, Szymku.
Ostrożnie trzymał kubek ciepłymi dłońmi. Po drugiej stronie okna podwórko pogrążało się w ciszy. W dali przejechał pociąg.
Dzielna jesteś powiedział. To ty powiedziałaś pierwsza.
Nie odpowiedziałam. Zauważyłam tylko, jak drżenie tam, pod żebrami, stopniowo cichnie.
Następne dni były dziwne. Nie złe, tylko inne. Jadwiga nie dzwoniła. Zwykle telefonowała co dwa, trzy dni o byle sprawy: pogoda, sąsiedzi, urodziny znajomych. Teraz cisza. Szymon patrzył na komórkę częściej niż zwykle. Widziałam, jak bierze ją do rąk i odkłada.
Zadzwoń sam powiedziałam raz.
Nie. Najpierw niech ona upierał się.
To jego wybór, nie nalegałam.
Za to zadzwoniła Ola, trzy dni po parapetówce:
Kasiu, mama nie dzwoniła?
Nie.
Do nas też nie. Tata napisał, że martwi się. Kasiu, co się stało?
Opowiedziałam krótko. Ola słuchała w ciszy.
No to dobrze zrobiłaś.
Na pewno?
Na pewno. U nas było tak samo. Dałam jej klucze, przychodziła trzy razy w tygodniu. Mąż przez to do szału dochodził. Aż „zgubiłam” duplikat i przestała przychodzić. Obraziła się na cztery miesiące, ale potem było lepiej.
To znaczy, że będzie długo obrażona?
Pewnie tak. Ale potem…
Słowo potem krążyło mi po głowie jak maleńka latarnia.
Mieszkanie powoli stawało się nasze. Kupiłam na bazarze ogromnego kaktusa i postawiłam go na parapecie w kuchni. Obok stał ceramiczny kubek z jeżami, prezent od Basi. Przez pięć lat trzymałam go w kartonie, bo na wynajmie lepsze rzeczy trzeba chronić. Teraz stał na widoku i sprawiało mi to dziwną radość.
Szymon w końcu zamocował półkę w łazience z własnym światełkiem. Kupiłam lampę z Świata Świateł na rogu, ciepłą, bursztynową: wieczorem pokój stawał się miękki i jakby odrealniony, lecz w dobry sposób.
Trzy dni w tygodniu pracowałam z domu. W te dni mieszkanie stawało się moje. Zupełnie moje. Parzyłam kawę, słuchałam jakiej chciałam muzyki, i nie czułam się zagrożona niespodziewanym wejściem kogokolwiek. To było nowe poczucie bezpieczeństwa. Prosto brzmi, ale nie przychodzi łatwo.
Jadwiga milczała.
Minął pierwszy tydzień. Potem drugi. Szymon odwiedził rodziców raz, sam, po cichu, w niedzielę i powiedział mi już po wszystkim, że mama była chłodna i rozmawiała mało. Roman opowiadał tylko o nowej trasie na zimowe łowienie ryb.
Jak ona się trzyma? zapytałam.
Obrażona, ale trzyma fason. Przecież mama nie płacze, nie krzyczy. Po prostu robi minę.
Jaką?
O taką pokazał. Podbródek lekko do góry, wzrok trochę obok, kąciki ust w dół, ale nie dramatycznie.
Zaśmiałam się, po czym przystopowałam. Śmiech był jakby nie na miejscu.
Trudno ci, Szymku?
Trudno. Ale nie żałuję. Gdybym wtedy powiedział mamo, weź klucze, sam bym siebie nie szanował.
Powiedział to bez wielkiej pompy. Dlatego mu wierzyłam.
Minął miesiąc w ciszy. I jeszcze miesiąc. Jadwiga dzwoniła do Szymona raz w tygodniu, w niedzielny wieczór. Krótko, rzeczowo. Pytała, czy nie choruje, mówiła o kolanie u Romana, że trzeba do lekarza. Tematu mieszkania i kluczy nie poruszała. Szymon odpowiadał tak samo rzeczowo, po czym odkładał słuchawkę, jakby przechodził przez niemiłe, ale konieczne.
Myślałam o teściowej częściej niż sądziłam. Bez żalu. Raczej z rozumieniem, które rodzi się, gdy widzisz osobę nie tylko jako rolę w twoim życiu. Jadwiga całe życie była główną. Najpierw w pracy, potem w domu. Budowała, organizowała, decydowała. Sama wychowała Szymona i Olę, bo Roman był dobrym, ale uległym człowiekiem. Wypracowała mieszkanie w Wawrze, gdy to było niemal niemożliwe. Kontrola była jej sposobem na okazywanie uczuć. Inaczej nie potrafiła.
Nie usprawiedliwiałam jej. Po prostu rozumiałam.
Basia wypytywała o nią przy każdej kawie. Spotykałyśmy się co dwa tygodnie w kawiarence Miedziany Czajnik koło metra Dworzec Wileński. Nie miała szczególnego klimatu, ale było cicho i nie trzeba było przekrzykiwać muzyki. Basia zwykle brała cappuccino i rogalika, ja americano, czasem krem z dyni, jeśli była jesień. W listopadzie jadłam dyniową zupę, bo było już zimno.
Nadal się gniewa? Basia grzała dłonie o kubek.
Gniewa się.
Długo.
Ola mówi, może nawet cztery miesiące.
Jak ci z tym?
Dopiero wtedy zastanowiłam się uczciwie.
Nieswojo. Nie dlatego, że żałuję własnych słów. Ale ta cisza… ona uciska. Często myślę, może dało się to powiedzieć delikatniej.
Inaczej nie przeszłoby tak jasno.
Może.
Nic złego nie zrobiłaś. Po prostu powiedziałaś nie.
Wiem. Ale czasem nie to bardzo dużo.
Basia zamilkła.
Pamiętasz, jak mówiłaś, że właścicielka kawalerki przychodziła bez zapowiedzi?
Pamiętam.
Przypomniałam sobie tamtą panią, Marię Nowicką. Malutka kobieta w brązowym płaszczu, zazwyczaj była w środy, czasem częściej. Oglądała kuchnię, łazienkę, twierdziła, że tylko kontrola”. Raz spotkałam ją w korytarzu w szlafroku, tuż po kąpieli. Patrzyła, jakby to ona była właścicielką. Bo była. Ja byłam nikim.
Fatalnie się wtedy czułam szepnęłam.
Właśnie. Teraz jesteś u siebie.
To była prawda. Byłam u siebie.
Grudzień przyszedł z mrozem i wczesnym zmierzchem. Z Szymonem ubraliśmy niedużą, pachnącą jodłę kupioną na bazarze. Zawiesiliśmy ozdoby: większość ciągnęliśmy przez lata w jednym pudle z napisem Święta czerwonym markerem. Wśród nich był stary szklany mikołaj sama kupiłam na pierwszą własną wypłatę, zanim jeszcze poznałam Szymona. On zawsze trafiał na choinkę jako pierwszy.
W sylwestra nie zaprosiliśmy nikogo. Siedzieliśmy we dwoje, oglądaliśmy stare filmy, jedliśmy pomarańcze i coś śmiesznego, co ugotowałam rano. O północy stuknęliśmy się kieliszkami przy otwartym oknie. Było minus osiem, więc po chwili zamknęliśmy okno i roześmialiśmy się z zimna.
To był dobry rok powiedział Szymon.
Mimo wszystko?
Właśnie mimo wszystko.
Zrozumiałam, o co mu chodziło. Rok był dobry przez to, że nie był prosty. Bo przez trudne przeszliśmy razem, nie uciekając.
Jadwiga zadzwoniła ósmego stycznia. Nie do Szymona do mnie.
Widziałam jej imię na ekranie, patrzyłam kilka sekund. Potem odebrałam.
Katarzyna zaczęła, pełnym imieniem, gdy jest jej na czymś zależy.
Pani Jadwigo.
Chciałam złożyć noworoczne życzenia. Z opóźnieniem.
Dziękuję. Pani również wszystkiego dobrego.
Pauza.
Jak tam u państwa?
Dobrze. Urządzamy się.
Choinkę mieliście?
Mieliśmy. Żywą.
I dobrze. Żywa lepsza.
Milczenie. Siedziałam w kuchni, patrzyłam na kaktusa na parapecie, który przeżył grudzień i wyglądał świetnie.
Kasiu jej głos był inny niż zwykle. Nie łagodniejszy, raczej jakby się z czymś mierzyła, nie chciała dać po sobie poznać ciężaru. Chciałabym kiedyś przyjechać. Jeśli nie macie nic przeciwko.
Nie mamy. Proszę zadzwonić wcześniej, ustalimy termin.
Oczywiście. Zadzwonię.
Dobrze.
No to wszystko, przekaż Szymonowi.
Przekażę.
Rozłączyła się. Siedziałam jeszcze chwilę w milczeniu. Wstałam, nalałam sobie wody i wypiłam powoli, do dna.
Wieczorem opowiedziałam Szymonowi.
Dzwoniła? usiadł na kanapie, niepewnie jakby nie wiedział, czy się cieszyć, czy martwić.
Dzwoniła. Chciałaby przyjechać. Powiedziała, że uprzedzi wcześniej.
I tyle?
I tyle.
Zamyślił się.
No to tak…
Tak.
Westchnął. Nie lekko, ani ciężko. Po prostu tak, jak ktoś, komu coś w końcu drgnęło po długim czasie.
Cieszysz się?
Zastanowiłam się chwilę.
Jeszcze nie wiem. Zobaczę, jak zadzwoni. Jak przyjedzie. To nie koniec historii, Szymku. To po prostu kolejny krok.
Tak, kolejny krok.
Zadzwoniła pod koniec stycznia. W piątek wieczorem, kiedy byliśmy razem w domu.
Szymon powiedziała. Przyjechalibyśmy z tatą w niedzielę, pasuje wam?
Zaczekaj, zapytam Kasię.
Spojrzał na mnie. Skinęłam głową.
Możecie, mamo. Zapraszamy na trzynastą.
Upiekę szarlotkę, lubisz.
Lubię.
W niedzielę przyszli punkt trzynasta. Jadwiga w tym samym płaszczu co na parapetówce, tylko z innym szalikiem. Roman przyniósł szarlotkę zawiniętą w ściereczkę.
W sieni było lekko niezręcznie. Jadwiga rozejrzała się, przygotowałam się na jej uwagę, ale nic nie skomentowała. Po prostu zdjęła buty i weszła do pokoju.
Już rozebraliście choinkę? spojrzała na kąt, gdzie stała choinka.
Rozebraliśmy.
Szkoda, żywe długo ładnie stoją.
Przy herbacie Roman opowiadał o kolanie. Jadwiga zapytała o moją pracę. Opowiedziałam o nowym projekcie dla małej cukierni, że dali trzy propozycje i klient wybrał najdziwniejszą, ale najbardziej trafioną. Jadwiga słuchała nie po to, by okazać zainteresowanie, tylko po prostu słuchała.
Coś w tym chyba jest podsumowała. Skoro klient sam wybiera.
Jest.
To dobrze.
Po herbacie Roman poprosił, by pokazać mu widok z kuchennego okna, wspomniał, że na zdjęciu podobało mu się podwórze. Szymon poszedł z nim, rozmawiali znów o wędkowaniu.
Zostałam z Jadwigą. Siedziała na sofie i patrzyła na lampę.
Dobry kolor światła rzuciła. Miło.
Podoba się nam.
Zamilkła. Potem:
Nie przychodziłabym codziennie. Wiesz o tym.
Patrzyłam na nią. Nie patrzyła na mnie, tylko w lampę.
Może i nie codziennie odparłam.
Lekko uniosła kącik ust. Nie obrażona. Raczej jak ktoś, kogo przejrzano na wylot i to już jest.
Kluczy nie proszę powiedziała. Po prostu żebyś wiedziała.
Wiem.
Dobrze. Złapała kubek, upiła łyk. Herbatę masz smaczną. Jaka to?
Górska łąka, nieduża firma. Zupełnie przypadkiem kupiłam, a bardzo dobra.
Zapisz mi potem.
Zapiszę.
Poza oknem było szaro, ale nie ponuro. Taki styczniowy światłocień, który czyni wszystko lekko nierzeczywistym. Na parapecie stał kaktus. Obok kubek z jeżami. Jadwiga Stefankiewicz siedziała na naszej kanapie i trzymała naszą herbatę. To nie było dobre ani złe. Było po prostu takie, jakie jest.
W lutym zadzwoniła znów. W czwartek wieczorem, czy mogą w sobotę. Przyjechała ze swoim powidłem śliwkowym z lata, a Roman przyniósł jakieś ryby, wędzone na Mazurach.
Szymon powiedział potem, że nie sądził, że podejdzie do tego w taki sposób. Że myślał, że będzie czekać dłużej, albo wymyśli coś innego.
Może jeszcze wymyśli powiedziałam.
Może. Ale na razie nie.
Na razie nie.
Myliśmy razem naczynia. Szymon zmywał, ja wycierałam. Na zewnątrz wieczorne światła. Ktoś wyprowadzał psa szarego kudłacza, który grzebał w śniegu i kichał.
Jak myślisz, jak będzie dalej? zapytał Szymon.
Popatrzyłam na talerz. Zwykły, biały, z niebieskim rantem, kupiony w pierwszym miesiącu po wprowadzeniu się.
Nie wiem. Zobaczymy.
Za oknem pies znalazł, czego szukał, i pomerdał ogonem. Właściciel poklepał go za uchem i poszli dalej. Światło lamp na śniegu leżało spokojnie, nieruchome.
Szymku powiedziałam.
Hm?
Nic. Tak po prostu.
Uśmiechnął się. Odłożyłam talerz na półkę. Naszą półkę. W naszej kuchni. W naszym domu.







