W polskich blokach wszystko jest możliwe, zwłaszcza jeśli to dziwny sen, w którym rzeczywistość rozmazywała się jak zupa pomidorowa na ścianie starej kuchni w Warszawie.
Więc śniło się Wandzie, że pędzi do pracy przez szare, mokre podwórko, potykając się o kałuże pełne gazetek reklamowych. Wtem czuje, że czegoś jej brakuje oczywiście, zapomniała telefonu! Zawraca więc, a echo jej kroków gubi się gdzieś między windą a wiatrołapem. Wcisnęła guzik, weszła do windy – i nagle zatrzymała się na ósmym piętrze. Cicho, cicho, tylko szumią rury i słychać wściekły dźwięk neonowej lampy.
Wanda siedzi na podłodze i marzy, aby uciekła już z tej windy, aż nagle zaczyna słyszeć głosy z korytarza. Jeden z nich był zaskakująco znajomy głos jej męża, Marka. Rozmawia z kimś kobiecym głosem, z tą Anetą spod czterdziestki.
Aneczko, moje serce, jak ja tęsknię mówi Marek słodkim, miodowym tonem Już nie mogę doczekać się wieczoru, gdy znów będziemy razem!
Będziemy, będziemy odpowiada Aneta, przeciągając litery jakby grała na akordeonie. Wpadnij po dziesiątej, mój mąż znowu na nocnej zmianie.
Słowa odbijają się od ścian jak piłka. Wanda nie wierzy własnym uszom. Słyszy swoje imię, nazwisko, dwa adresy i czuje jakby szumiło jej w głowie jak w najgorszym serialu kryminalnym TVP.
Marek i Aneta jeszcze chwilę rozmawiają o spacerach przy klatce schodowej, a potem schodzą na dół pieszo, bo winda martwa jak śledź w puszce. Wanda, niczym detektyw z bajki, układa już plan zemsty a w snach plany miękną, rozlewając się na wszystkie możliwe scenariusze.
Zaraz potem, majster przychodzi i otwiera drzwi windy. Wanda wychodzi jak nowonarodzona, już wie co robić. Wieczorem, kiedy Marek szykuje się do spaceru po świeże powietrze, Wanda tylko wzdycha.
Mareczku, pada deszcz mówi, zerkając przez okno.
Deszcz mi nie straszny, są parasole, a spacer dla zdrowia rzuca Marek z przekąsem.
Kiedy wraca wcześniej niż zwykle, cały przemoczony, bez butów, bez płaszcza i nawet bez parasola, Wanda tylko uchyla mu drzwi na łańcuchu.
A gdzie twój parasol, twój płaszcz, garnitur? pyta spokojnie, niby nic.
Napadli mnie pod Biedronką! Zabrali wszystko, buty i torbę tłumaczy Marek drżącym głosem.
Twoje rzeczy są już spakowane przy zsypie. Możesz przekazać pozdrowienia Anecie.
Jakiej Anecie?
Tej z ósmego piętra mówi Wanda i zatrzaskuje drzwi, a światło w przedpokoju migoce jak sygnał ostrzegawczy.
Marek biegnie do zsypu, łapie walizkę, ubiera się i myśli, gdzie by tu jechać, ale zapomniał, że telefon zostawił u kochanki. Wraca pod drzwi Wandy, prosi o pomoc ona nie słucha, zjadając kanapkę i oglądając serial o lekarzach z Zakopanego.
I znowu winda tym razem to Marek jest zaklęty w jej wnętrzu, bo prąd wyłączyli w całym bloku. Przypadek, los, sen? Gdzieś na ósmym piętrze spotyka Anetę ona z torbą, on z walizką, każde z miną straconego podróżnika.
Masz mój telefon? pyta Marek.
Mam, i twoje rzeczy też odpowiada Aneta, głosem drżącym jak struny skrzypiec.
Ruszyli w dół, ale taksówki porozwoziły ich każde w inną stronę Warszawy, jakby to sen czy straszliwa gra w klasy a Wanda już dawno była w pracy, chcąc zapomnieć ten turbo-surrealistyczny poranek, który wyśnił się jej w złotych polskich snach.






