Emilko, poszłabyś do sklepu po chleb? zamglone spojrzenie czterdziestopięcioletniej mamy nie mogło nawet złapać w kadrze szczupłego siedmioletniego cienia mojej osoby. O mało co nie przełknęłam ślinki na samo słowo chleb.
Jasne, mamusiu
Grzecznie czekałam na kilka złotych, za które pani Jadzia z pobliskiego sklepiku Społem sapcząc i mrucząc pod nosem sprzedawała mi bochenek chleba. Czasami jeszcze wciskała mi w głodną dłoń mleczną czekoladkę albo garść landrynek.
Oj bidulka dzieciak. Taka słodka dziewczynka, a ci rodzice wzdychała za mną pani Jadzia, popijając rozpuszczalną kawę.
Starałam się nie wdychać cudownego zapachu świeżo upieczonej chrupiącej skórki. Pędziłam do domu ile sił w nogach. Jeśli byłam grzeczna, mama zawsze odkrawała mi kawałek skórki, a na kromce układała dwa-trzy tłuste śledzie z puszki, z których spływał słodkawy olej, nasączając miękisz. Jadłam powoli, drobnymi kęsami, dokładnie przeżuwając swoje skromne danie. Z liczby pustych butelek wynikało, że dziś spodziewani byli goście, więc na prawdziwy obiad nie miałam co liczyć. Najważniejsze teraz było nie rzucać się nikomu w oczy i wymknąć się z mieszkania, bo można było oberwać. Ostatnio ojciec spoliczkował mnie tak, że przez dwa dni bolała głowa i krwawił mi nos.
Wyszłam z klatki. Wciąż miałam ćwiartkę kromki i całą rybkę dla siebie. Na dworze było cicho, choć wiosna zaczęła już pomalutku ogrzewać ulice Grudziądza. Ludzi prawie nie było, gdzieś w oddali grała wesoła muzyka, a w kieszeni czekały dwie czekoladowe cukierki. Tak dobrze się wtedy czułam. Nie było zimno, można było po prostu pochodzić po osiedlu, a w razie czego zajść do pani Jadzi ona zawsze częstowała kawą z mlekiem i cukrem. Snułam się więc niespiesznie, zaglądając w rozświetlone okna i rozmyślając, jak cudownie byłoby mieć prawdziwą przyjaciółkę. Miałybyśmy siebie, mogłabym komuś opowiadać swoje marzenia, czasem posiedzieć w milczeniu, gdy w domu nie bardzo wypadało być.
Ale wtedy przystanęłam z krzaków przy śmietniku dobiegł mnie żałosny pisk. Zerknęłam ostrożnie w stertę śmierdzących łachów, gdzie w rozdartej pudełku po butach siedział maleńki, pręgowany kociak i cicho miauczał. Wyciągnęłam rękę, a on nieśmiało powąchał moje palce. Woń śledzia pobudziła kociaka na tyle, że zaczął łapczywie lizać moje palce. Zachichotałam od jego szorstkiego języczka.
Głodny jesteś? Patrz, co mam! położyłam przy nim całą rybkę, ostatni kawałek chleba wsuwając do ust.
Proszę, jedz.
Przyszły drapieżnik rzucił się na łakocie z apetytem, mruczał komicznie, połykając kęsy, i fukał na mnie, gdy próbowałam go pogłaskać.
Spokojnie, nie spiesz się. Po trochu, bo cię brzuch rozboli już ja to znam, uśmiechnęłam się do nowego przyjaciela.
A chcesz, żebym cię wzięła do siebie? Będę cię nazywać Pręgus i zawsze dzielić się jedzeniem. Ostrożnie schowałam kociaka pod kurtkę, położył mi się na klatce piersiowej, leciutki jak puch.
Latarnie świeciły na żółto, jak majowy miód, gdy szłam sobie przez Grudziądz rozgadana do sierściucha, który ciekawie wystawiał łepek spod kurtki.
***
W domu było spokojnie. Tylko puste butelki, brudne talerze i pełna popielniczka świadczyły o życiu w kuchni. Głośno buczał piec gazowy, zegar tykał bez pośpiechu. Usiadłam na krześle, a Pręgus powędrował na stół. Ostrożnie obwąchiwał pustą szklankę po wódce.
Fuj, Pręgus, nie próbuj. To najgorsze świństwo. Jeszcze tego by brakowało, żebyś polubił to, co oni Wtedy już byśmy nie mogli być przyjaciółmi! przytuliłam kociaka do twarzy, nie chcąc go puścić. On zamruczał, wtulając we mnie łapki jakby szeptał: Nie martw się, ja zawsze będę przy tobie.
Tej nocy spałam wyjątkowo dobrze. Śniły mi się pyszne rzeczy bananowe lody i bułeczki z wiśniami. Pręgus zwinięty spał pod moim bokiem, mrucząc kołysanki.
Rano jednak, gdy ojciec zobaczył kota, wrzasnął, że ta zaraza ma zniknąć z mieszkania. Mama paliła papierosa, przykładając mokrą szmatę do głowy i zachrypniętym głosem poprosiła, żebym wyniosła kota bo będzie nieszczęście.
Siedziałam więc, dławiąc się łzami upokorzenia, na schodach z Pręgusem na rękach. Nie miałam pojęcia, gdzie mogę go zanieść, zostawić przy śmietniku też mi serce pękało. Zanosząc się płaczem, pomaszerowałam do sklepu do pani Jadzi. Tam, jąkając się, opowiedziałam wszystko i prosiłam, żeby przygarnęła Pręgusa. Obiecywałam, że będę go codziennie odwiedzać, karmić i wychowywać. Pani Jadzia nie potrafiła mi odmówić i pozwoliła kotu zostać na zapleczu sklepu. Pręgus dostał starą, wypłowiałą bluzę i obcięte wiaderko po majonezie na miskę.
Przez całą wiosnę i lato wpadałam do Pręgusa, nawet za cenę kawałka chleba z domowego bochenka wielokrotnie oberwałam za to w domu. Ale czy to ważne, skoro miałam przyjaciela? Siedziałam godzinami z kotem na kolanach, opowiadając mu o wszystkim. Pręgus zwijał się i mruczał, półprzymknąwszy swoje niezwykłe, liliowe oczy. Pani Jadzia podrzucała mu resztki z obiadu i pewnego dnia wraz z panią Olą ze sklepu nachyliły się nad kotem:
Jezu, co za okaz, takich kocich oczu jeszcze nie widziałam! Ola, zobacz! A one obie wpatrywały się z zachwytem w jego mądre bajkowe ślepia, w których było samo ciepło i zrozumienie. A on tylko mruczał chytrze syty i szczęśliwy.
Do jesieni Pręgus wyrósł na prawdziwego kota-arystokratę. Wielki, puszysty, z baśniowymi oczami. Nie raz ktoś chciał go zabrać, ale nigdy nie zbliżał się do nikogo poza mną.
Pewnego dnia nie było mnie kilka dni pod rząd. Nie przychodziłam po chleb, nie zaglądałam do Pręgusa. Pani Jadzia zaczęła się niepokoić może zachorowałam? W końcu przyszłam. Na mojej bladej buzi już żółciały siniaki, na dolnej wardze była brzydka ranka. Na zdziwione spojrzenia pań odpowiedziałam tylko krótko:
Upadłam.
Ale za sklepem tuliłam głowę w miękkie futro Pręgusa i długo, łkając, opowiadałam wszystko po cichu. Zasypiałam tak wtulona w kota, a pani Jadzia przeniosła mnie na starą kanapę na zapleczu, przykrywając zużytym kocykiem. Potem zadzwoniła do pana Włodka miejscowego dzielnicowego, ale on tylko westchnął, że ciężko będzie coś udowodnić, a z takimi pijakami nie chce zadzierać. Kobieta się popłakała, żal jej było mnie do łez. Nie miała swoich dzieci i wiele razy marzyła, żeby mieć taką córeczkę.
Pręgus nerwowo krążył wokół kanapy, łagodnie obwąchując moją twarz, a potem nagle gdzieś zniknął. Przespałam całą noc na sklepowym zapleczu, nikt się nawet o mnie nie upomniał. Rano pani Jadzia nakarmiła mnie kanapkami i słodką herbatą, a potem kazała mi z panią Olą popilnować sklepu, bo musi załatwić ważne sprawy. Zgodziłam się z radością, a ona pełna determinacji ruszyła do moich rodziców. Już pod klatką drogę zastąpił jej pan Włodek.
Ej, dokąd to? Mamy tu morderstwo, lepiej się tam nie pchaj. Powiedz lepiej, małej z Alichowskich nocą nie widziałaś?
Emilki? Ktoś zginął? pobladła pani Jadzia, patrząc na bloki.
No, jej rodzice. Ktoś ich zadźgał, teraz szukamy dziecka, może ktoś ją zgarnął.
Nie ona u mnie na zapleczu spała, wszystko w porządku. Kto zabił?
Kto wie, chyba kompani od wódki sobie poduszki podcięli, teraz my musimy szukać. Posłuchaj, Jadzka, możesz małą zatrzymać u siebie parę dni? Zanim znajdziemy rodzinę, by nie pchać jej do domu dziecka. Po papierach zaraz pojawi się jakaś babka i się zacznie.
Jasne, z radością, serce pani Jadzi aż przyspieszyło z radości. O rodziców mi nie żal było ani trochę. Pobiegła szczęśliwa do sklepu.
Z panią Olą ustaliły, że na razie nic mi nie powiedzą o śmierci rodziców tylko tyle, że mamusia pozwoliła mi u niej pomieszkać. Ucieszyłam się, pytając, czy nauczą mnie obsługiwać kasę fiskalną.
Od tego dnia Pręgus już nigdy się nie pojawił. Wołałam go, przechodziłam wszystkie okoliczne podwórka i śmietniki, ale nie wracał. Jedzenie w jego miseczce zostawało nietknięte.
Pani Jadzia troskliwie się mną zajęła, bojąc się chwili, gdy mnie jej zabiorą. W końcu zebrała się na odwagę, poszła do opieki społecznej, by złożyć wniosek o adopcję. Ale jej odmawiano samotna, bez męża, pracuje nocami. Bolała ją bezsilność, wracała do domu i próbowała znów. Tak minęły dwa miesiące. Przywykłam do pani Jadzi, nauczyłam się robić jajecznicę, czytać sylabami i sprzątać sklepowe zaplecze, żeby ją uszczęśliwić po powrocie z pracy.
Gdy spadł pierwszy śnieg to był 3 listopada skończyłam osiem lat. Zdmuchnęłam świeczki z torcika miodowego na sklepowej ladzie i powiedziałam do Jadzi:
Chcę, żebyśmy zawsze zawsze byli razem, żebyś była moją mamą! objęłam ją z całej siły.
Ja też o tym marzę, Emilko, wyszeptała pani Jadzia ze łzami w oczach.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Nikogo nie oczekiwałyśmy, więc gdy w drzwiach pojawił się elegancki młody mężczyzna, obieśmy się zdziwiły.
Dzień dobry, jestem z wydziału opieki i kurateli Miasta Grudziądz. Czytałem pani pisma, przyjechałem osobiście, żeby się poznać, uścisnął dłoń pani Jadzi.
Proszę wejść, my tu nikogo się nie spodziewałyśmy, zaprosiła go do kuchni.
Chce pan herbaty? Pani Jadzia kupiła pyszną, z owoców egzotycznych. Takiej na pewno pan jeszcze nie próbował, postawiłam mu kubek.
Spróbuję! A to twój tort? uśmiechnął się.
Tak! Mam już osiem lat! W przyszłym roku pójdę do szkoły, pokiwałam z dumą.
Szkoła to ważna sprawa. A jak ci się tu mieszka? Opowiedz! poprosił.
Bardzo dobrze, rozpromieniłam się
Siedzieliśmy tak długo, rozmawiając, jedząc tort i popijając herbatę. Mała dziewczynka i elegancki urzędnik w garniturze. Pani Jadzia z łokciem opartym o kuchenny stół patrzyła na nas z wzruszeniem.
Muszę już iść, powiedział w końcu pan z opieki i wyciągnął z teczki plik dokumentów.
Proszę, pani Jadwigo, z tymi papierami jutro pójdzie pani do sądu rejonowego, tam się wszystkiego dowie. Rozpatrzenie sprawy formalność. Będzie mogła pani zabrać Emilkę do siebie.
Naprawdę? pani Jadzia zaniemówiła ze szczęścia. Nie mogła znaleźć słów, a ja rzuciłam mu się na szyję i powtarzałam:
Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dziękuję wyszeptała przez łzy pani Jadzia.
Proszę ją chronić, spojrzał na nią mężczyzna; aż mnie ciarki przeszły. Jego oczy były bezkresne, liliowe, pełne ciepła i zrozumieniaGdy drzwi za mężczyzną cicho się zamknęły, pani Jadzia opadła na krzesło, a ja wtuliłam się w nią jak w najprawdziwszą mamę. Przez okno padł promień zimowego słońca, rozświetlając kuchnię miękkim światłem.
Tego wieczoru długo leżałam w łóżku, nasłuchując znajomego stukotu jej kroków, zapachu świeżej pościeli i szelestu gazet, które czytała na dobranoc. Wśród półmroku zamknęłam oczy byłam u siebie, bez strachu, bez głodu, z kimś, kto mnie kochał, choć wcale nie musiał.
Tuż przed snem, kiedy światło latarni zatańczyło na ścianie, usłyszałam miękkie drapanie pod oknem. Zerwałam się z łóżka, pobiegłam do kuchni i otworzyłam okno. Ze śniegu, z cienia, wyłonił się Pręgus. Jego futro pokrywała puchata biel, a fioletowe oczy zalśniły jak latarenki. Mrugnął do mnie i wskoczył lekko na parapet.
Wróciłeś! szepnęłam, drżąc z radości, i przytuliłam kota, który mruczał tak głośno, jakby chciał powiedzieć: Jestem tutaj. Już nic złego cię nie spotka.
Od tamtej pory Pręgus sypiał na mojej poduszce, a pani Jadzia nie miała nic przeciwko temu. W sklepie śmiech rozlewał się po kątach, klienci zaglądali częściej, a jabłkowy zapach świeżych ciast mieszał się z rozgrzanym futrem kota.
Czasami, kiedy myślałam o dawnych dniach, przytulałam Pręgusa i czułam, że nawet jeśli świat bywał okrutny, to jednak przy odrobinie uporu i szczęścia zawsze można było odnaleźć swoje miejsce choćby w małym sklepie na rogu, gdzie czekał ciepły kąt, nowa mama, gruby kocur i pachnący bochenek chleba.






