Nie oddam jego mieszkania

Nie oddam tego mieszkania

Po co tu przyszłaś?

Wanda stała w drzwiach, nie ustępując. Opierała dłonie o framugę, jakby broniła wejścia nie tylko do pokoju, ale i do własnego życia.

Dzień dobry, pani Wando.

Pytałam, po co.

Marta nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na próg, na stary dywanik, który kiedyś sama kupiła w przejściu podziemnym, jeszcze przed ślubem z Leszkiem niebieski w białą ramkę. Nadal leżał w tym samym miejscu, wytarty, ale nie wyrzucony.

Mogę wejść?

Pauza była długa. Wanda się nie ruszyła. Potem jednak odsunęła się, nie mówiąc ani słowa, i poszła do kuchni. To było coś jak przyzwolenie.

Marta weszła, zamknęła za sobą drzwi. W przedpokoju pachniało znajomo, ale trochę inaczej niż dawniej. Kiedyś ten zapach mieszał się z tytoniem z kurtki Leszka, która wisiała tu, na lewym haczyku. Teraz wisiał tam tylko flanelowy szlafrok i stara wełniana czapka.

W kuchni Wanda już grzebała przy czajniku, choć widać nie miała w planach częstować gości. Po prostu musiała czymś zająć ręce.

Widziałam światło w oknie odezwała się Marta. Przechodziłam akurat.

O dziesiątej wieczorem?

Autobusy się opóźniły. Czekałam na przystanku.

Wanda postawiła czajnik i odwróciła się. Spojrzała na Martę tak, jak patrzy się na kogoś, komu już dawno się nie ufa, ale jeszcze nie dało rady go wyrzucić z najważniejszego kąta swojego życia.

Zdejmuj płaszcz. Jak już weszłaś.

Marta odwiesiła płaszcz na tym samym lewym haczyku, pod czapkę. Potem się zawahała i przełożyła go na prawy.

Usiadły naprzeciw siebie, przy kuchennym stole. Wanda nalała herbaty chociaż nie pytała, czy Marta w ogóle chce. Postawiła przed nią kubek, dosunęła cukierniczkę. Wszystkie te ruchy były odruchowe, bo tak się robi, jak przychodzi ktoś do domu ciało pamięta, nawet kiedy głowa protestuje.

Jak się trzymasz? zapytała Marta.

Normalnie. Jak zawsze odpowiedziała Wanda, chwytając kubek obiema rękami.

Marta popatrzyła na jej dłonie. Trochę jak u wszystkich w tym wieku: wystające kostki, plamy od lat. Ale teraz zaciskały się na kubku za mocno, jak na takie zwyczajne normalnie.

Chciałam pogadać powiedziała cicho Marta.

O czym?

O różnych sprawach.

O papierach?

Marta zawahała się.

Nie tylko.

Wanda upiła łyk herbaty i odstawiła kubek z takim stuknięciem, które nie musiało nic znaczyć, ale mogło znaczyć bardzo dużo.

Sprawy do notariusza, już się wypowiedziałam.

Wiem.

To po co wracasz do tego samego.

To nie był pytanie i Marta nie odpowiedziała. Spróbowała herbaty nadal za gorąca. Odstawiła kubek.

Za oknem szumiał jesienny deszcz taki drobny, co bardziej zawisa w powietrzu niż leci. Latarnia przy chodniku kołysała się w wietrze, rzucając niestały cień na parapet.

Marta znała tę kuchnię na pamięć. Wiedziała, gdzie w lewym szufladzie leżą sznurki i stare baterie, których Leszek nigdy nie wyrzucał, bo może się jeszcze przydadzą. Wiedziała, że pod zlewem stoi wiadro, wyjmowane tylko, kiedy cieknie rura a rura regularnie cieknie każdej jesieni. Wiedziała, że za lodówką jest szczelina, do której kiedyś wtoczyła się złotówka i przez pół godziny próbowały ją wydłubać linijką, śmiejąc się we trzy ona, Leszek i Marcin.

Marcin. Trzy miesiące minęły.

Przyniosłam dżem nagle powiedziała Marta. Z mirabelek. W torbie przy drzwiach, nie wiem czy zważyłaś.

Wanda spojrzała w stronę przedpokoju, potem znów na stół.

Zauważyłam.

Lubisz dżem z mirabelek.

Lubiłam. Krótka pauza. Nadal lubię.

Jest coś w tej przeszłości, jakby Wanda już nie była pewna, w którym czasie żyje.

Marta poczuła, że rozumie ten stan. Też czasem zaczynała mówić o Leszku w czasie teraźniejszym, zupełnie nieświadomie. I wtedy zapadała taka pauza, że żal było w ogóle zaczynać cokolwiek.

Słyszałam, że miałaś jechać do Teresy, do Olsztyna odezwała się Marta.

Miałam. Na razie nie pojechałam.

Co cię hamuje?

No wiesz Wanda wzruszyła ramionami. Sprawy.

Marta patrzyła na nią. Wiedziały obie, że to tylko pretekst. Chodziło o mieszkanie, które trudno zostawić puste. O lęk, że się wróci i ono będzie jakby mniej swoje. Chyba o strach przed żalem Teresy, którego Wanda nie znosi.

Pani Wando zaczęła Marta, już ciszej i jakoś bardziej poważnie Nie przyjechałam przez mieszkanie. Naprawdę.

Naprawdę powtórzyła Wanda bez wyrazu. Nie bardzo było wiadomo, czy wierzy, czy tylko powtarza słowo.

Wiem, że się na mnie gniewasz.

Nie gniewam.

Dobrze.

Po prostu nie rozumiem powiedziała Wanda. I wtedy w jej głosie pojawiło się coś prawdziwego, na co nie miała wpływu. Nie rozumiem, jak można tak Po pół roku już. Ty już idziesz dalej chyba. A ja tutaj.

Marta nic nie mówiła. Nie zaczęła rozumiesz źle albo to nie tak. Po prostu siedziała.

Widziałam cię ciągnęła Wanda. Lidka, sąsiadka, widziała i mówiła mi. Byłaś w sierpniu z kimś w kawiarni, na Długiej.

Kolega z pracy. Robiliśmy razem projekt.

Kolega znów to echo.

Tak.

Wanda wstała, podeszła do okna. Odwrócona, patrzyła na deszcz i latarnię.

Leszek cię naprawdę kochał powiedziała, nie patrząc. Może bardziej, niż myślałaś.

Wiem.

Nie jestem pewna.

Marta ścisnęła kubek. W środku wszystko się zachwiało, jak ta latarnia za oknem. Wiedziała, że gdy się teraz odezwie, powie coś niepotrzebnego, więc wolała milczeć.

Nie sądzę, że jesteś zła powiedziała Wanda. Nadal do okna. Jesteś młoda, masz czterdzieści dwa lata, jeszcze całe życie przed tobą. Ja mam sześćdziesiąt osiem, miałam syna. Jednego.

Wiem.

I już go nie ma. A ty przychodzisz z dżemem.

To zabrzmiałoby może okrutnie, gdyby nie było tak prawdziwe. Marta poczuła wdzięczność za tę szczerość, choć trudno ją byłoby sobie wytłumaczyć.

Nie umiem inaczej szepnęła. Muszę jakoś przyjść, jakoś się odezwać. Z pustymi rękoma byłoby gorzej.

Wanda odwróciła się i popatrzyła na nią jakby uważniej.

Płakałaś przed wejściem?

Trochę.

Na klatce schodowej?

Tak.

Coś w twarzy Wandy się przesunęło. Prawie niezauważalnie. Usiadła znów przy stole.

Aleśmy obie głupie rzuciła nagle.

I pierwszy raz tego wieczoru nic nie było pod spodem. Po prostu to było.

Siedziały w ciszy. Deszcz za oknem się nasilił, już nie tylko szeleścił, ale całkiem mocno padał.

Opowiedz mi zaryzykowała Marta. O tym testamencie. Powiedz mi po swojemu, nie przez notariusza.

Wanda spojrzała na nią z lekkim, niemal niewidocznym zdziwieniem. Jakby po raz pierwszy ktoś ją poprosił, by sama opowiadała, a nie słuchała wykładni innych.

Tam jest mieszkanie zaczęła powoli. Jego mieszkanie, które z ojcem kupiliśmy. Z Zygmuntem odkładaliśmy na nie osiem lat. Był młody, Leszek, zależało nam, żeby miał coś swojego. On tam mieszkał, mieszkałaś z nim, nie mówię, że to złe. Ale to mieszkanie, i teraz według papierów

Według papierów należy do mnie powiedziała Marta.

Ale wy się nie pobraliście.

Byliśmy razem sześć lat.

Wiem. Wanda splatała ręce na blacie. Ale wydaje mi się wiem, że on by chciał, żebym miała w tym udział. Nie chciałby, żebym była tak na marginesie.

On sam napisał testament, Pani Wando.

Wiem, że sam. Pauza. Może dobrze zrobił. Już nie wiem. Na początku byłam bardzo zła. Teraz już nie. Teraz po prostu tego nie rozumiem.

Tylko czego nie rozumiesz?

Po co jej nie sprzedajesz. Powiedziałaś Lidce, że może się wyprowadzisz. Że sama to za dużo mieszkania. Po co trzymać?

Marta popatrzyła na Wandę.

Mówiłam tak, kiedy było bardzo źle. W lipcu. Nie wiem, co będzie dalej.

Gdybyś jednak sprzedawała zaczęła Wanda.

Nie zamierzam.

Ale gdyby, to byś mi najpierw dała znać? Nie ludziom obcym, tylko mi?

I Marta nagle zrozumiała, o co chodzi. Wcale nie o mieszkanie metry, ani pieniądze. Chodziło o relację. O to, żeby nie stać się zupełnie obcą. O prawo wiedzieć pierwsza. O tę nitkę do syna, przez kobietę, która żyła z nim, gotowała w tej kuchni, znała go trochę inaczej niż matka.

Tobie powiem pierwszej powiedziała Marta. Słowo daję.

Wanda skinęła głową, raz, krótko. Dolała sobie herbaty.

Jadłaś dziś coś? zapytała.

Rano.

No to ładnie Wstała i otworzyła lodówkę, nie pytając więcej. Gotowałam rosół z makaronem. Chcesz?

Chętnie.

Kiedy Wanda podgrzewała rosół, Marta patrzyła jej na plecy. Myślała, że w innym życiu, gdyby wszystko się inaczej ułożyło, mogłyby być inne. Dojeżdżać razem na działkę, świętować razem święta, dzwonić do siebie od czasu do czasu, nie tylko wtedy, kiedy trzeba. A może nie. Może zawsze by tak było dystans, ostrożność. Bo były zbyt inne, żeby się zbliżyć, a jednak za bliskie, żeby być sobie naprawdę obojętnymi.

Rosół był dobry. Prosty makaron, marchew, cebula, trochę natki. Taki domowy, nie dla gości, a dla siebie, bez finezji.

Smaczny pochwaliła Marta.

Nie przesadzaj.

Naprawdę dobry.

Wanda jadła swoją porcję w milczeniu. W końcu powiedziała, nie patrząc na Martę:

Szukał cię w szpitalu. Wiesz?

Marta zamarła.

Co?

Wyjechałaś wtedy w kwietniu, mówiłaś że konferencja. On wtedy był na badaniach. Pytał mnie ciągle, kiedy wrócisz. Mówiłam, że nie wiem. Powtarzał, że miałaś być dziś, potem jutro, potem pojutrze.

Marta odłożyła łyżkę.

Wróciłam, jak tylko się dowiedziałam.

Wiem. Wanda w końcu podniosła na nią wzrok. Nie wypominam. Po prostu ci mówię.

Ale po co?

Nie wiem. Żebyś wiedziała, że był ktoś, kto też to pamięta.

To było szczere. Marta poczuła suchość w ustach, chociaż przed chwilą jadła zupę. Wzięła łyk herbaty. Już dawno była zimna.

Nigdy mi nie mówił, że się boi szepnęła. Myślałam, że jest pogodzony. Myślałam, że mu lepiej, kiedy się nie krzątam wokół niego.

Nie lubił, jak go ktoś żałował.

Właśnie. Myślałam, że robię dobrze.

Może i robiłaś. Wanda zabrała talerze. Może nie. Kto to teraz wie.

To kto wie zostawało w ciszy jak coś zupełnie nierozwiązywalnego.

Marta pomogła zebrać naczynia, chociaż Wanda nie prosiła. Myły razem, jedna płukała, druga wycierała jakby to było najnormalniejsze na świecie, jakby wcale nie minęły te ciężkie miesiące pomiędzy nimi.

Potem zagrzebały się znów przy stole. Wanda przyniosła trochę herbatników z szafki nie te ładne, tylko końcówka paczki z osiedlowego Społem, kruche, lekko pokruszone.

Lidka namawia mnie, żebym poszła na te zajęcia dla seniorów westchnęła Wanda. Akwarela w środę w domu kultury.

I co, masz ochotę?

Chyba śmieszne to. W moim wieku.

Czemu śmieszne?

No nie wiem. Przez całe życie pracowałam, dom, Leszek, potem emerytura, miały być wnuki, nie wyszło. Zajęcia dla pań w moim wieku? Wariackie to jakoś.

Na emeryturze to właśnie najlepszy czas.

Wanda parsknęła ze śmiechem.

Mówisz jak opiekunka społeczna.

Mówisz jakbyś miała sto lat, a masz sześćdziesiąt osiem.

Wanda sięgnęła po ciastko.

Tyle życia zajęta byłam. Zygmunt, potem Leszek, potem praca, potem miały być wnuki, nie wyszło. Nie umiem tak po prostu. Coś robić dla zabawy.

Może właśnie tego potrzeba.

Łatwo ci mówić.

Mnie też ciężko przyznała Marta. Praca, przyjaciółki mam, zajęcia, ale potem przychodzę do domu i nie wiem, co z sobą zrobić. Siedzę i myślę, że Leszek by wszedł, powiedział swoje głupoty i wszystko byłoby na miejscu.

Chwila ciszy.

On umiał pleść głupoty potwierdziła Wanda.

Oj, tak.

Przyszedłby i powiedział: mama, jak byłem mały, myślałem, że susły to po prostu małe susło. Skąd on wziął słowo susło?

Mówił mi, że słoń po mongolsku to zaan, i że brzmi jakby się wynosił ponad innych.

Wanda się roześmiała. Krótko, zaskoczona, trochę jak ktoś, kto zapomniał, że jeszcze potrafi się śmiać.

Skąd on to wszystko brał

Czytał.

Od małego z książką. Nie mogłam go od stołu oderwać. Pięć lat i czyta.

Pokazywał mi zdjęcie, jak na działce ma osiem lat, siedzi na schodkach z książką, wszyscy biegają, a on czyta.

Pamiętam tę działkę. Zygmunt cały dzień w ogrodzie, a Leszek tylko z książkami. Myślę sobie, co za dziecko. Potem dałam spokój.

A co czytał wtedy?

O kapitanach, o morzu. Nigdy nie widział morza, aż w końcu pojechaliśmy już miał szesnaście lat. Patrzył długo na morze. Zygmunt mówi: no i jak?, a on mówi: nie takie jak się wydawało w książkach. Mniejsze.

Marta się uśmiechnęła. Słyszała tę historię w innej wersji od Leszka, każda z nich trochę inną ciekawe, czy naprawdę pamiętał tak samo.

Często mi o Zygmuncie opowiadał rzuciła Marta. Tęsknił za nim.

Zygmunt, czyli Zygmunt Borowski, zmarł sześć lat wcześniej, przed tym, jak Leszek poznał Martę. Nigdy się nie spotkali.

Tak. Wanda mówiła spokojnie. Tęsknił.

Ty też tęsknisz?

Codziennie. Już się przyzwyczaiłam, ale tęsknię. To nie wyklucza się.

Nie, nie wyklucza. Marta skinęła głową.

Przez dłuższą chwilę nie mówiły nic.

Opowiesz mi o nim? O Leszku z dzieciństwa? Mało wiem, on nie lubił mówić o sobie jak był mały.

Wanda spojrzała pytająco.

Po co ci?

Chcę wiedzieć. Dopóki jeszcze jest, kto może opowiedzieć.

To wyszło trochę ostro i Marta od razu to poczuła, ale nie cofnęła słów.

Wanda milczała chwilę, po czym wstała, wyszła z kuchni. Marta słyszała, jak przesuwa coś w pokoju, otwiera szafę. Wróciła z kartonowym pudłem, takim, co się trzyma na najwyższej półce.

Jego rzeczy powiedziała. Przeglądałam we wrześniu. Część rozdałam, część została.

Zdjęła wieczko. W środku zeszyty, parę małych zabawek, jakieś szkice. Marta wzięła jeden zeszyt charakterystyczne dziecięce pismo, druga klasa, w środku nawet podpisane: Leszek Borowski, klasa II a.

O rany szepnęła.

No właśnie powiedziała Wanda. Za każdym razem to samo.

Przeglądały razem. Wanda opowiadała o tym, jak Leszek w wieku sześciu lat koniecznie chciał stanąć na głowie i chodził potem z guzem. Jak przyniósł kiedyś kota, ojcu się nie spodobał, potem polubił, potem kot sam zniknął po dwóch latach Leszek stwierdził, że kot miał prawo układać sobie życie. Jak w wieku czternastu lat oznajmił, że będzie informatykiem, bo informatycy nie muszą biegać po dworze i można pracować w kapciach.

I rzeczywiście później w kapciach spędzał w domu całe dnie powiedziała Marta.

Dotarł do celu.

Dotarł.

Była już prawie północ, kiedy Marta podniosła głowę znad zeszytów i zobaczyła godzinę.

Muszę już jechać. Ostatni autobus lada moment.

Zostań rzuciła Wanda, krótko, trochę zdziwiona własnymi słowami. Kanapa w małym pokoju. Zaraz pościelę.

Głupio tak, nie wygodnie

Komu głupio?

Spojrzały na siebie. Wanda patrzyła gdzieś obok, jakby ta propozycja wisiała w powietrzu.

Dobrze odpowiedziała Marta cicho. Dziękuję.

Kiedy Wanda ścieliła pościel, Marta stała w kuchni i myła kubki. Z okna odbijało się żółte światło, jej cień na szybie. Pomyślała, że trzy miesiące temu nie wyobrażałaby sobie tego wieczoru, tej zupy, tych zeszytów, tego słowa zostań.

Pomyślała, że z tymi, którzy zostają po kimś, relacje są trudniejsze, bo nikt nie wymyśli na nie procedury. Można tylko usiąść z dżemem albo i bez dżemu i siedzieć aż się coś ułoży od nowa.

Nie wiedziała, czy się ułoży. Ale wydawało się, że tej nocy coś drgnęło.

Pokój był ten sam, w którym czasem spała, kiedy z Leszkiem przyjeżdżali razem do Wandy. Ta sama kanapa, trochę zapadnięta, koc w kratę, co Wanda nazywała brązowym, choć był raczej rdzawy. Marta położyła się, nakryła się kołdrą.

Na półce książki, głównie Zygmunta wyblakłe grzbiety: Lalka, Ziemia obiecana, coś o historii. Jedna cienka, wyraźnie nie z tego kompletu: Listy znikąd, autora nie znała. Otworzyła na pierwszej stronie. Kulkowe pismo Leszka, rozpoznałaby wszędzie: Mamie na urodziny. Czytaj powoli. Kocham.

Marta zamknęła książkę. Odstawiła na półkę.

Wpatrywała się w nią długo w półmroku.

Za ścianą było tylko słychać, jak Wanda chodzi, jak skrzypi podłoga przy szafie, jak na chwilę odkręca kran w łazience. Życie, które idzie dalej, mimo wszystko.

Rano Wanda gotowała owsiankę. Marta weszła do kuchni, Wanda powiedziała tylko siadaj i postawiła przed nią talerz, bez pytania. Do tego szklanka soku pomarańczowego, którego się nie spodziewała. Za oknem szare, październikowe niebo, mokra ulica, prawie gołe drzewa.

O której masz do pracy? rzuciła Wanda.

Na dziesiątą. Zdążę.

To dobrze. Blisko. Metrem jedziesz?

Tak.

Trzeci przystanek, pamiętam.

Pamiętasz szepnęła Marta, zdziwiona.

Leszek opowiadał powiedziała Wanda i już nie tłumaczyła.

Owsianka była słona, nie słodka, z masłem. Tak jak za dzieciństwa mama Marty też taką gotowała, potem jadła tylko na słodko, a ta przypomniała smaki sprzed lat.

Pokażę ci coś powiedziała Wanda, przynosząc kopertę. Znalazłam przy porządkach. Z obozu studenckiego. Leszek nie był w wojsku, ale na poligonie pisali do domu. Czytaj, ale oddaj. To nie jest na zawsze.

Wyjęła ze środka list, złożony na czworo. Marta oglądała charakterystyczny, drobny charakter pisma. Trzy strony, ręcznie. Czytała powoli, tak jak tam było napisane.

Leszek opisywał mgłę za oknem baraku i topolę, co stoiała nieruchomo, kiedy wszystko wokół się zmieniało. Pisywał, że marzy o domowych pierogach mamy. Że brakuje mu ciszy w swoim pokoju.

To był inny Leszek młodszy, łagodny, nie całkiem jeszcze stwardniały w to, kim się stał.

Mogę sobie przepisać? Albo zdjęcie zrobić? Tylko dla siebie.

Wanda patrzyła na nią chwilę.

Weź sobie na zawsze, już mi niepotrzebny.

Nie, to twoje.

Marto. Po raz pierwszy tego dnia Wanda mówiła jej imię. Weź.

Marta schowała list do koperty i do torebki. Powinna była coś powiedzieć, ale nie wiedziała co, więc milczała.

Umyły naczynia razem. Wanda płukała, Marta wycierała tym razem poczuła, że to już jest coś innego. Że powoli zaczynają umieć to robić bez wszystkich tych szczelin między sobą.

Jedź do Teresy namówiła cicho Marta. Mieszkanie nie ucieknie, Teresa czeka.

Dzwoniła w zeszłym tygodniu przyznała Wanda. Mówi, że się obrażam.

To jedź.

Zobaczę.

Pani Wando

Powiedziałam: zobaczę.

Marta odwiesiła ścierkę.

Mogę wpaść czasem? zapytała. Nie za często. Ale czasem.

Wanda zakręciła kran, położyła ręcznik na zlew. Ściskała go długo w palcach.

Przyjdź powiedziała cicho. Ugotuję ci rosół.

Z makaronem?

A chcesz z kaszą?

Z makaronem dobrze.

No to tak się umawiamy.

Marta się ubrała. Wanda odprowadziła ją do drzwi. W przedpokoju Marta narzuciła płaszcz, wzięła torebkę, odwróciła się.

Dziękuję za noc.

E, dobra Wanda patrzyła gdzieś w bok. Idź, bo się spóźnisz.

Marta już łapała za klamkę, gdy ją zatrzymała.

Ta książka od Leszka, na półce. Czytałaś?

Zaczęłam. Pauza. Wolno czytam.

Kazał czytać wolno.

Widzę. Wanda powoli się zadumała. Chyba mnie dobrze znał.

Marta skinęła głową, otworzyła drzwi.

Do widzenia.

Do widzenia powtórzyła Wanda.

Drzwi się zamknęły. Marta, stojąc na klatce, słyszała, jak po dłuższej chwili Wanda w końcu przekręciła zamek. Jakby nasłuchiwała, czy już wyszła.

Na schodach pachniało wilgocią i trochę świeżą farbą z remontu. Żarówka na drugim piętrze migała, ale nie gasła. Marta schodziła wolno, do windy nie poszła.

Na zewnątrz szary październik, ludzie spieszyli do pracy, gdzieś z daleka trąbiło auto, gołębie dreptały po chodniku. Wszystko zwyczajne, znajome, a jednak jakby obok tego, co się wydarzyło ostatniej nocy.

Marta szła do metra i myślała, że pojednanie to nie jest coś, co przychodzi raz na zawsze. To nie decyzja, nie moment zwrotny. To może właśnie to: rosół, zeszyty, noc na obcym tapczanie, ręcznik w ręku, list w kopercie na dnie torebki.

Nie wiedziała, co będzie dalej. Co będzie z nią i z Wandą czym są teraz, nie teściową i synową, nie znajomymi, nie przyjaciółkami. Kimś pośrodku, splecionymi przez czyjąś pamięć i to, że obie kochały jednego człowieka każda inaczej, ale każda szczerze.

W torebce leżał list w kopercie. Postanowiła, że wyjmie go dopiero wieczorem, w domu, przy lampce.

Wsiadła do metra. Drzwi zamknęły się i otworzyły na kolejnej stacji. Po kilku przystankach wyjęła telefon i napisała Wandzie: Dotarłam spokojnie. Dziękuję za owsiankę.

Odpowiedź przyszła dwadzieścia minut później już była w pracy, chodziła po szatni i myślała o zebraniach.

Proszę bardzo. Dżem schowałam do szafki.

Marta przeczytała, schowała telefon. Zsunęła płaszcz.

W korytarzu ktoś się śmiał za głośno i zupełnie nie na temat. Za oknem biura kawałek pochmurnego nieba, jasnoszary, prawie biały. Marta pomyślała, że może do wieczora się rozpogodzi. A może nie bo październik jest nieprzewidywalny.

Poszła na zebranie.

W piątek wieczorem, trzy dni później, zadzwoniła Wanda. Marta akurat podgrzewała obiad i nie odebrała od razu, dopiero za trzecim razem.

Jadę do Teresy powiedziała Wanda zamiast przywitania. W sobotę rano.

Dobrze Marta na to.

Na dziesięć dni.

Dobrze.

Chwila ciszy.

Nie przeszkadzam?

Nie. Cieszę się.

No to Wanda zawahała się. Dobrze.

Pozdrów Teresę.

Przekażę. Jeszcze jedno Marta.

Tak?

Na półce, tam gdzie spałaś. Zabierz tę książkę też do siebie. Po Leszku była, to niech pójdzie z tobą.

Marta stała przy kuchence, z łyżką w ręku. Zupa już wrzała, trzeba było zmniejszyć ogień.

Dobrze powiedziała cicho. Zabiorę.

No, to ja będę się pakować.

Szerokiej drogi.

Dziękuję.

Zamilkły na sekundę, ale to była inna cisza taka, której wcale nie trzeba wypełniać, bo sama jest czymś ważnym.

Do widzenia powiedziała Wanda.

Do widzenia.

Marta zmniejszyła gaz. Odłożyła łyżkę na spodek i spojrzała przez okno, gdzie ciemność już była i latarnie się paliły.

Gdzieś w Olsztynie była Teresa, która czekała i pewnie już myślała, co ugotować na przyjazd Wandy. Gdzieś na półce w obcym pokoju stała książka z dedykacją czytaj powoli i kocham. Gdzieś w kuchennej szafce dżem z mirabelek, o którym nikt już nie zapomni.

To chyba właśnie tyle zostaje. Nie co u notariusza, nie metry, nie kasa. Dżem w cudzej szafce, list w kopercie, czyjeś zdanie powiedziane nie w porę, ale trafione w samo sedno.

Marta zamieszała zupę.

Oceń artykuł
Newskey24
Nie oddam jego mieszkania