Wybacz mi, synku.

Wybacz mi, synku.

To opowieść o rodzinie, którą dawniej nazywano „patologiczną” takie określenia często słyszało się w sąsiedztwie. Matka samotnie wychowywała syna. Rozwód nastąpił, gdy chłopcu nie było jeszcze roku. Minęło czternaście lat; ona miała wtedy trzydzieści cztery, pracowała jako księgowa w małej placówce w Łodzi.

Rok wcześniej zaczęło być naprawdę ciężko. Do piątej klasy syn radził sobie w nauce dobrze, potem zaczęły pojawiać się tróje, potem coraz gorzej. Ona miała tylko jedno marzenie: by Piotrek skończył chociaż szkołę podstawową, zdobył jakiś zawód, cokolwiek.

Ciągłe wezwania do szkoły. Wychowawczyni nie przebierała w słowach, ganiła ją przy innych nauczycielach, którzy również opowiadali o wybrykach Piotra i jego kiepskich stopniach. Wracała do domu przygnębiona, pełna żalu, nie mając w sobie siły niczego zmienić. Jej wyrzuty i nauki syn przyjmował w milczeniu, z marsową miną. Z lekcjami nie było lepiej, w domu nie pomagał.

I tego dnia wróciła do mieszkania znów bałagan w pokoju. Chociaż rano, wychodząc do pracy, stanowczo kazała: Piotrek, po powrocie ze szkoły ogarnij mieszkanie!.

Wstawiła wodę na herbatę, zmęczona, z niechęcią zaczęła sprzątać. Wycierając kurz, zauważyła, że nie ma wazonu kryształowego, tego jedynego, który dostała kiedyś od koleżanek na imieniny. Samodzielnie przecież nigdy by sobie na taki nie pozwoliła! To była jedyna wartość w mieszkaniu! Zamarła. Zaniósł? Sprzedał?

Myśli tłoczyły się, jedna gorsza od drugiej. Przecież widziała go niedawno w towarzystwie podejrzanych chłopaków. Spytała wtedy: Kto to?. Burknął coś pod nosem, a na twarzy miał wypisane: To nie twoja sprawa!.

To chyba jakaś zła paczka! przemknęło jej przez głowę. O Boże! Pewnie to oni go do tego zmusili! Przecież sam by nie wpadł na taki pomysł! To nie jego charakter… Może jeszcze pali papierosy? A może… Zbiegła po schodach na dół. Na dworze było już ciemno, na chodniku śpieszyli się pojedynczy przechodnie.

Powoli wróciła do mieszkania. Sama jestem winna, sama! W domu mu ciężko, ciągle narzekam, krzyczę… Rano budzę okrzykiem, wieczorami cały czas podnoszę głos… Piotrusiu, kochany, jakaż z ciebie musi być matka nieudolna! Płakała długo, po czym rzuciła się do sprzątania nie potrafiła siedzieć bezczynnie.

Wyciągając miotłę zza lodówki, natrafiła na zwiniętą gazetę. Pociągnęła zabrzmiał nieznaczny brzęk szkła. Wyjęła zawinięte w papier potłuczone kawałki kryształowego wazonu…

Stłukł On go stłukł! nagle dotarło do niej i znów zaczęła płakać. Tym razem były to łzy ulgi. Więc nie sprzedał stłukł i schował! A teraz, głuptas, boi się wrócić do domu… I nagle przyszła jej do głowy myśl on wcale nie jest głupi! Wyobraziła sobie własną reakcję na widok rozbitego wazonu i swoją wściekłość Z westchnieniem zaczęła szykować kolację. Rozłożyła obrus, talerze, starannie rozstawiła sztućce.

Syn wrócił kwadrans przed północą. Stał milcząco w przedpokoju. Podbiegła do niego: Piotrusiu! Gdzieś ty się tyle włóczył? Czekałam, martwiłam się! Zmarzłeś? Chwyciła go za zimne dłonie, ogrzała swoimi, ucałowała w policzek. Idź, myj ręce. Zrobiłam twoje ulubione danie. Ciągle nie rozumiał, o co chodzi, ale poszedł umyć ręce.

Potem wszedł do kuchni, lecz ona poprosiła: Przygotowałam w pokoju. Wszedł tam, gdzie panował porządek i ciepło. Ostrożnie usiadł do stołu.
Jedz, synku usłyszał jej łagodny głos. Nie pamiętał już, kiedy mama przemawiała do niego tak ciepło. Siedział ze spuszczoną głową, niczego nie dotykając.

Czemu nie jesz, syneczku?
Podniósł głowę i powiedział łamiącym się głosem:
Stłukłem twój wazon.
Wiem, synku odpowiedziała. Nic się nie stało. Wszystko, co cenne, kiedyś się tłucze.

Pochylił się nad stołem i zapłakał. Podeszła do niego, objęła ramiona i też się rozkleiła. Gdy się uspokoił, wyszeptała:
Wybacz mi, Piotrusiu. Ciągle się gniewam, krzyczę Mi też trudno. Myślisz, że nie widzę, że chodzisz gorzej ubrany niż koledzy? Jestem zmęczona, pracy mam po kokardę, nawet do domu ją przynoszę… Przepraszam cię synku, już cię nigdy nie skrzywdzę!

Jedli kolację w milczeniu. Spać poszli wcześnie i cicho. Rano nie musiała go budzić sam wstał. Żegnając go do szkoły, po raz pierwszy nie powiedziała uważaj na siebie, ale pocałowała w policzek i wyszeptała: Do zobaczenia wieczorem!.

A wieczorem, wróciwszy z pracy, zastała umyte podłogi i kolację smażone ziemniaki, przygotowane przez syna.

Od tego dnia obiecała sobie nigdy nie rozmawiać z nim o szkole, o ocenach. Jeśli dla niej sporadyczne wizyty w szkole były koszmarne, co musiał czuć on?

Kiedy pewnego dnia Piotrek powiedział, że zostaje w dziesiątej klasie, nie pokazała wątpliwości. Raz zajrzała dyskretnie do jego zeszytu nie było tam żadnych pał.

Ale najważniejszy dzień w życiu nadszedł, gdy po wspólnej kolacji zaczęła rozkładać papiery, rachunki. Syn usiadł obok, po lewej, i powiedział, że pomoże jej liczyć. Po godzinie żmudnego przeliczania poczuła, jak opiera głowę o jej ramię.

Zastygła na moment. Mały był, często tak siadał blisko niej, kładł głowę na jej ręku i zasypiał. Wtedy zrozumiała, że odzyskała swojego syna.

Oceń artykuł
Newskey24
Wybacz mi, synku.