Ostatni Promień

Ostatni promień

23 kwietnia 2023

Dziś znowu byłam świadkiem, jak wiele emocji wzbudzam wśród personelu i pacjentów. Mężczyźni spoglądają z ciekawością, kobiety z mieszaniną szacunku i zazdrości. Uważam, że biel kitla dobrze komponuje się z moją sylwetką, podobnie jak czarne włosy, które zawsze spinam w klasyczny kok. Skrojoną kepi, naznaczającą mój autorytet, nakładam zawsze z aptekarską dokładnością. Chodzę cicho, choć szpilki mogłyby zdradzić moją obecność wcześniej.

Mam czterdzieści parę lat i do dziś nikt w szpitalu nie wie, ile dokładnie. Stronię od plotek, nikogo nie dopuszczam zbyt blisko. Zawsze byłam konsekwentna i zasadnicza. Nawet mój zespół, mimo szacunku, trochę się mnie boi.

Trudno im się dziwić. Pacjenci zwłaszcza ci, którzy mogą zejść o własnych siłach do kiosku próbowali już wielu sztuczek: zaproszeń na kawę, bukiecików tulipanów, bombonierek z Wedla. Jeszcze więcej było spojrzeń rzuconych ukradkiem, niezręcznych rozmów przecinających się z moim zdecydowanym spojrzeniem. Plotki krążą od lat: porzucona przez wielką miłość, mąż zginął gdzieś na misji Syn, którego już nie ma Nikt naprawdę nie zna prawdy. Jedno wiedzą wszyscy mieszkam sama, nikomu nie pozwalam przekroczyć progu mojego prywatnego życia.

Czasami przypominam sobie swoją młodzieńczą fascynację Tomka Beresińskiego. Oddałabym wtedy wszystko, by tylko być blisko niego. Kochany przez setki kobiet, wybrał inną. Mój świat roztrzaskał się, a ja zamknęłam serce na nowe relacje. Może wciąż gdzieś czuję ból tamtej zdrady Może po prostu boję się dopuścić znowu kogoś zbyt blisko.

Dziś po południu zatrzymałam się przy dyżurce i poprosiłam Weronikę o kartę Tolstoja z piątej sali. Zamknęłam się w gabinecie i przygotowałam wypis mężczyzna wraca do zdrowia, reszta zależy już od jego organizmu i chyba trochę od jego chęci, by znów tu trafić. Przemknęło mi przez myśl, że moi pacjenci to czasami bardziej przyjaciele niż znajomi z kawy.

Do końca dnia zostało pół godziny. Zamknęłam gabinet i przez pusty korytarz szłam w stronę wyjścia. W oddali dostrzegłam kobietę, która opierając się o parapet, rozmawiała z kimś przez telefon: Nie, nie umarł. Jeszcze jak żywy! Nie złość się. Powiedziałam mu… No, nieważne… Myślisz, że nie czuł? Wieczorem pogadamy. Odłożyła telefon i poszła do wyjścia.

Weszłam do piątej sali. Normalnie powiedziałabym coś o szkodliwości palenia zauważając puste łóżka, ale powstrzymał mnie widok mężczyzny odwróconego do okna.

Panie Janie, jutro… zaczęłam, ale gdy odwrócił się i spojrzał na mnie z takim bólem, zaniemówiłam.

Co się dzieje? Źle się pan czuje? Przysiadłam ostrożnie obok niego. Nie chciałam go przytłoczyć swoim autorytetem.

A można by mnie… nie wypisywać? Ja… Nie mam dokąd wydusił z trudem.

Żona go zostawiła, miejsce zajęte… rzucił półgłosem starszy, siwy pan z rogu sali. Sama powiedziała: To już. Wybrałam innego. A Jan jej już niepotrzebny.

To prawda? zapytałam cicho.

Już wiedziałam, o kim rozmawiała kobieta na korytarzu. Żona czekała, aż mąż opuści świat, a gdy się nie udało, zaanektowała miejsce dla kogoś innego.

Pan Jan, mężczyzna po pięćdziesiątce, duży, z krótko ostrzyżonymi, siwiejącymi włosami, patrzył z bólem w okno.

Popatrzyłam na szarość kwietnia rozpostartą za szpitalnym parkiem. Pąki na gałęziach z trudem przebijały się do życia, w szarości ścielił się śnieg. Żadnych promieni słońca.

Naprawdę nie ma pan gdzie pójść? Ani przyjaciół, rodziny? próbowałam się dowiedzieć.

Mają swoje życie. Na jedną noc przygarną, ale potem? Wstyd w moim wieku błąkać się jak student, co nie zdał na studia… A wiedziałem, że mnie zdradza Myślałem, że się opamięta

Panie Janie, łóżek dla innych nie możemy blokować. Ale wie pan co? Mam dom na wsi, 80 kilometrów od Lublina. Dom mocny, ale pusty, trochę wymaga pracy. Jutro rano wezmę klucze i opowiem, jak dojechać powiedziałam zdecydowanie i wyszłam, nie dając mu szansy odmówić.

No, nieźle! Straszna, a jednak… Człowiecza komentował starszy pacjent półgłosem. Nie odmawiaj, Janek. Ta twoja eks nie była ciebie warta.

Minął czas. Kwitły jabłonie. Po chłodnych wieczorach przyszły słoneczne dni. W niedzielę rano wsiadłam do starej Hondy i ruszyłam odwiedzić mojego podopiecznego.

Sporo się zmieniło dom dostał niebieskie okiennice, dach porządnie naprawiony, na werandzie nowe schody. Zaparkowałam przy stodole, gdy na schody wyszedł bosy Jan w dżinsach i podkoszulku. Świetnie wyglądał nabrał kolorów, ramiona mocniejsze, postawa wyprostowana.

Dzień dobry. Wpadłam sprawdzić, jak się pan urządził. Nie uprzykrza pana tu nikt? oparłam się o drzwi samochodu.

A kto ma uprzykrzać? Trzy starsze panie się cieszą, że pojawił się mężczyzna. Reszta tu tylko letnicy, nie zaglądają.

Wiejski klimat panu służy. A praca?

A, praca… Co tu mówić. Byłem wojskowym, potem ochroniarz. Emerytura mi wystarczy. Żałować nie ma czego.

To może pokaże pan, jak tu się pan zadomowił? zamknęłam drzwi i ruszyłam za nim do domu.

Weszłam do przytulnej kuchni. Dywany zrobione ręcznie, przez babcię. Na parapecie kwitną pelargonie, zegar dziadkowy miarowo tyka. Słońce tańczyło na ścianach przez koronkowe firanki.

To od pani Walentyny, tej ze skraju wsi. Z pelargoniami jest jakoś milej, prawda? zawstydził się Jan, gdy spojrzałam na kwiaty.

A czym tak pachnie?

Ugotowałem kapuśniak i ziemniaki, posmakuje pani? zabrał się zaraz do pieca. Trudno mi było, bo nigdy nie mieszkałem na wsi. Sąsiadki musiały mnie uczyć gotować czasem się przypalało, czasem surowe wychodziło.

Oparłam się plecami o framugę, zamknęłam oczy. Ten dom Mam wrażenie, że jestem dzieckiem, mama jeszcze jest, a ja patrzę, jak przewozi słoiki z ogórkami i kompotami z wakacji do mieszkania w Lublinie. Dom po babci i dziadku został pusty, mama mieszkała tu latem, aż jej zabrakło…

Jak długo mogę tu zostać? spytał cicho Jan.

Ile pan chce. Ja tu nie przyjeżdżałam prawie dziesięć lat, nie miałam siły. Odwiedzę pana jeszcze, jeśli pan nie ma nic przeciwko. U pana jest tak jak za czasów mojej mamy: ciepło, domowo.

Przyniosłam panu jeszcze zakupy przypomniałam sobie i wybiegłam do auta.

Przyglądał mi się, jak schylam się po torbę. Bez białego fartucha i czepka czułam się inna, swobodniejsza. Krótkie letnie sukienki odmładzają mnie, włosy rozpuszczone nietypowo opadają na ramiona.

Wieczorem w domu został ledwie wyczuwalny zapach moich perfum. Jan był poruszony. Miałam wrażenie, że i jemu brakowało obecności drugiego człowieka. Ta noc była dla niego bezsenna czuł dreszcz, którego nie znał od lat.

Po dwóch miesiącach przyjechałam ponownie; znów z zakupami i nową wędką na prezent. Jan naprawił płot, pomagał wdowom z sąsiednich wsi przy drobnych naprawach, w zamian za mleko, śmietanę i jajka. Dom stał się prawdziwie zamieszkały.

Zimą nakarmię panią moimi kiszonymi ogórkami uśmiechał się Jan, a ja zauważyłam, że stracił brzuch i wygląda wyraźnie lepiej. Już nie unikałam jego spojrzenia, nawet gdy moje policzki zaczynały się czerwienić.

Słońce chowało się za lasem, wszystko pomarańczowe na pożegnanie dnia.

Zaraz wrócę powiedział i wyszedł.

Długo nie wracał. Zaniepokojona wyszłam w ślad za nim. Znalazłam go opartego o płot, siedzącego na ziemi.

Jan! pobiegłam i klęknęłam obok. Wyjęłam apteczkę, mówiłam do siebie pod nosem jak matka do niesfornego dziecka. W końcu podałam mu tabletkę, wodę i pomogłam wrócić do łóżka.

Przegrzałem się dziś na słońcu tłumaczył się z zakłopotaniem. Chciałem jeszcze pani wieczorem ogórków…

Zostań wyjęczał w końcu, a ja nie potrafiłam powiedzieć nie.

Czasami człowiek pogodzi się ze wszystkim: z samotnością, rutyną i dniami identycznymi jak poprzednie. Przyzwyczaiłam się żyć w pojedynkę, nie liczyć na nikogo. Ale życie bywa przewrotne: nagle na drodze spotyka się kogoś takiego, kto odbiera ostatni smutek dnia jak promień zachodzącego słońca.

Miłość Cóż, z wiekiem staje się spokojniejsza. Mniej w niej burz, więcej czułości; to cisza wieczoru i ostatni blask dnia.

Dobranoc, pamiętniku. Jutro znów zaświeci słońce.

Oceń artykuł
Newskey24
Ostatni Promień