Od nienawiści do miłości
Miałem kiedyś w sobie ogromną niechęć do psów. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy byłem otyłym, rudowłosym pierwszoklasistą w okularach, a mój plecak wypchany był po brzegi zeszytami. Tamtego jesiennego popołudnia na nieużytku za blokami w Toruniu otoczyła mnie wataha bezpańskich psów.
Ich przywódca chudy, czarny z rudymi plamami na pysku spojrzał mi wtedy prosto w oczy. Pamiętam, jak płakałem, prosiłem, żeby mnie puściły, kruszyłem dla nich kanapki z szynką, których nie zjadłem w szkole. One były jednak nieugięte.
Ten największy, gdy tylko ruszałem się z miejsca, odsłaniał kły i warczał tak groźnie, że nie było mowy o ucieczce. Siedziałem tam ponad dwie godziny.
W końcu pies odwrócił ucho, jakby coś usłyszał, po czym z całą watahą pobiegł w stronę lasku. Psy szybko zniknęły za drzewami.
Otarty ze łez, z całych sił ściskając plecak, pobiegłem w kierunku domu.
Ale do domu już nie dotarłem. Stary, drewniany budynek, w którym mieszkaliśmy z rodziną i kilkoma sąsiadami, jeszcze dymił od pożaru. Rozszczelnił się piecyk gazowy i doszło do wybuchu.
W pożarze zginął mój ukochany dziadzio mieszkający z nami dziadek mojego taty. Mówiłem na niego dziuniu.
Dziunio był kiedyś marynarzem, jodowany wiatrem i zamierzchłymi opowieściami. Nosił śnieżnobiałe wąsy i brodę, którą golił raz do roku zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Przez resztę roku broda znów odrastała, a on zaplatał ją w śmieszny warkoczyk i spinał kolorową gumką albo zarzucał za ucho.
Po tamtej tragedii długo się jąkałem i nie mogłem otrząsnąć po spotkaniu z psami.
Kolejne poważne spotkanie z psem zdarzyło się, kiedy już podrosłem. Byłem wtedy szczupłym, wysokim siódmoklasistą. Zamieniłem okropne okulary na soczewki. Wracałem ze szkoły w towarzystwie najładniejszej dziewczyny w klasie Jagody Majewskiej.
Starał się o nią Seba, postrach szkoły, który powtarzał drugi raz dziewiątą klasę. Ja jednak odważyłem się pójść z nią kawałek pod dom.
Nagle przed nami wyrosła ogromna kudłata bestia i zaczęła na mnie warczeć, próbując odgonić mnie od Jagody. Powoli ustępowałem pod naciskiem psa. Kiedy Jagoda zniknęła za bramą swojego bloku, pies zniknął za sąsiednim garażem.
Przez kolejne dni miałem w głowie tylko ten obraz. Następnego dnia na matematyce dostałem od Jagody krótką karteczkę:
Nie chodź za mną. Wczoraj Seba chciał cię pobić. Przepraszam.
Nasza przyjaźń się nie rozwinęła, a ja jeszcze bardziej znielubiłem psy.
Minęły lata. Dobrze się uczyłem, skończyłem studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, potem założyłem własną firmę w Toruniu. Interesy szły świetnie, zarabiałem porządne pieniądze, miałem znajomości. Ostatni element układanki pojawił się szybciej, niż przewidywałem piękna Jagoda została moją żoną, a niedługo potem urodził się nasz syn Mateuszek, nazwany na cześć dziunia. Siedmiomiesięczny maluch wprawdzie nie wypowiadał jeszcze słów, ale zawsze, kiedy w wózku przejeżdżał obok psa, wołał:
Hau, hau!
Tego niedzielnego popołudnia, podczas spaceru w parku na Bydgoskim Przedmieściu, opowiadałem Mateuszkowi o ptakach, które dokarmialiśmy ziarnem i o wiewiórce, która schodziła z sosny po orzeszki prosto z mojej dłoni.
Kiedy zbieraliśmy się do domu, skierowałem wózek w stronę przejścia. Czekałem na zielone światło, ruszyłem… i wtedy, nie wiadomo skąd, wyskoczyła przed nas szalona jamniczka!
Szczekała rozpaczliwie, blokowała nam drogę, aż miałem wrażenie, że zaraz pękną jej struny głosowe.
W tym samym momencie, auta mijające przejście, jedno z nich dosłownie musnęło bokiem wózka i zatrzymało się na latarni po drugiej stronie ulicy.
Z samochodu wybiegła grupka nastolatków i uciekła z piskiem opon.
Stałem przez chwilę jak wryty, czułem jak bije mi serce, aż sam słyszałem ten łomot.
Jamniczki już nie było. Zewsząd zbiegali się ludzie. Jeden przechodzień złapał mnie za ramię.
Wszystko w porządku? Dziecku nic się nie stało? zapytał przerażony.
Tylko kiwnąłem głową, że wszystko dobrze.
Nie wiem, jak dotarłem do domu. Jagodzie nic nie powiedziałem nie chciałem jej niepotrzebnie denerwować. Ale tego wieczoru pierwszy raz pomyślałem o psie z wdzięcznością. To ta mała jamniczka uratowała życie Mateuszkowi.
Długo siedziałem w milczeniu, wracając do przeszłych spotkań z psami. Wtedy zrozumiałem nigdy nie chciały zrobić mi krzywdy, wręcz przeciwnie, zawsze mnie chroniły. Jagoda zerkała na mnie z zaskoczeniem, nie pytając jednak o powód mojej zamyślonej miny.
Wieczorem całą rodziną wyszliśmy na krótki spacer po osiedlu. Przy ławce pod blokiem zebrało się kilku sąsiadów. Przechodząc obok, usłyszałem:
No i co z nim zrobić? Kto chce mieć takie nieszczęście?
Zajrzałem przez ramię jednego z sąsiadów i zobaczyłem tam pudełko, a w środku malutkiego szczeniaka. Biedak nie miał oczek pewnie urodził się z wadą. Ludzie rozmawiali cicho, półgłosem. Jagoda z wózkiem odeszła kawałek naprzód i czekała na mnie.
Co z nim teraz będzie?
Kto by wziął takiego biedaka do domu?
Ja bym sobie nie dała rady… szeptała jakaś pani.
Podszedłem bliżej. Szczeniaczek był czekoladowy. Cicho piszczał i przekręcał łebek, jakby szukając znajomego zapachu mamy.
Ale tej już nie było.
Zastygłem na moment, potem bez namysłu zdjąłem z szyi szalik wiosna była chłodna, poranki i wieczory zimne. Ostrożnie wziąłem szczeniaka pod pachy i podniosłem. Jakby było mało, miał jeszcze krzywe tylne łapki.
Za mną ktoś westchnął i chyba się rozpłakał.
Uwinąłem szczeniaka w szalik i położyłem na ręce jak niemowlę, mówiąc:
No i co, maluchu? Chyba nadszedł mój czas… Poznasz teraz naszą mamę. Jest dobra i na pewno da ci trochę mleka z lodówki.
Podszedłem do Jagody stojącej przy wózku. Spojrzała na mnie ciepłym, kochającym wzrokiem.







