Od nienawiści do miłości

Od nienawiści do miłości

Nigdy nie lubiłem psów. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy byłem pulchnym, rudym pierwszoklasistą w okularach, z plecakiem wypchanym podręcznikami, zeszytami i kanapkami. Na pustym kawałku ziemi za moim blokiem otoczyła mnie wataha bezpańskich psów.

Ich przywódca szczupły, czarny kundel z rudymi podpalaniami na pysku patrzył mi prosto w oczy. Płakałem, błagałem psy, by mnie puściły, rozkruszałem im nawet nie zjedzone w szkole kanapki z szynką, ale na nic się to nie zdało.

Przywódca, gdy tylko próbowałem zrobić krok, unosił górną wargę z prawej strony i szczerząc biało-żółte zęby, głucho warczał. Trzymali mnie tak przez ponad dwie godziny. Dopiero gdy lider nagle nastawił prawe ucho, nasłuchiwał i bezszelestnie ruszył w stronę lasku za pustym terenem, a reszta psów za nim, byłem wolny.

Otarłem łzy, mocniej chwyciłem plecak i pognałem do domu. Ale do domu już nie dotarłem. Nasz stary, drewniany dom barak, gdzie mieszkałem z rodziną i kilkoma sąsiadami właśnie się dopalał. Wybuchła gazowa kuchenka.

W pożarze zginął mój ukochany dziadek tata mojego taty, którego nazywałem zawsze „dziadziuś”. Dziadziuś był dawniej marynarzem, człowiekiem zahartowanym przez morskie wiatry. Miał śnieżnobiałe wąsy i brodę. Golił ją tylko raz w roku, zaraz po świętach, po czym zaplatał odrastający zarost w warkoczyk i spinał kolorową gumką. Czasem zarzucał brodę za ucho, co wyglądało zabawnie.

Po śmierci dziadka i tamtym spotkaniu z psami przez wiele miesięcy zacinałem się w mowie.

Drugi raz z psem zetknąłem się jako wygłodzony, wysoki już gimnazjalista, z soczewkami zamiast okularów. Odprowadzałem wtedy po lekcjach najładniejszą dziewczynę w klasie Zuzannę Zawadzką. Chciał się z nią spotykać Bartek, szkolny chuligan i wieczny repetent z dziewiątej klasy. Cała szkoła się go bała, a ja odważyłem się iść przy boku dziewczyny, która mu się podobała.

Wtedy wyskoczył przed nami wielki kundel, szczekając groźnie, zaczął mnie odpychać od Zuzy. Instynktownie ustępowałem pies był potężny. Gdy Zuzanna zniknęła za rogiem swojego bloku, pies także gdzieś odszedł.

Następnego dnia, na matematyce dostałem od niej krótką karteczkę:
Nie chodź za mną. Wczoraj Bartek chciał cię pobić. Wybacz.

Nasza znajomość się rozpadła, a ja jeszcze mocniej znienawidziłem psy.

Minęły lata, dorosłem. Zdobyłem świetne wykształcenie, założyłem własną firmę, interesy szły świetnie, pieniądze się zgadzały. Życie rodzinne też się ułożyło. Moja dawniej szkolna miłość, Zuzanna Zawadzka, została moją żoną. Urodził nam się cudowny syn Miłosz, nazwany na cześć ukochanego dziadka. Ośmiomiesięczny brzdąc nie mówił jeszcze słów, lecz siedząc w wózku zawsze szeroko się uśmiechał do mijanych psów i wołał:
Hau, hau!

Pewnej niedzieli spacerowałem z nim w parku. Pchałem wózek i opowiadałem Miłkowi o ptakach, którym sypaliśmy słonecznik do karmnika i o wiewiórce, która tak się oswoiła, że wyjadała orzechy prosto z mojej dłoni.

Czas było wracać. Gdy wyszedłem z parku, skierowałem się z wózkiem ku przejściu i, czekając na zielone światło, wszedłem na zebrę. Nagle przed nami pojawił się jakiś szalony jamnik! Szczekał rozpaczliwie, rzucając się pod same koła wózka i nie pozwalał mi iść dalej. W tej chwili, tuż koło nas, przemknął rozpędzony samochód, wpadł na trawnik i uderzył w latarnię.

Z auta wyskoczyła grupka nastolatków i rozbiegła się krzycząc. Z trudem złapałem oddech, serce waliło mi jak szalone. Jamnika nie było już nigdzie. Ludzie podbiegali do auta, ktoś chwycił mnie za ramię:

Wszystko w porządku? Wózek nie ucierpiał? spytał zaniepokojony przechodzień.

Pokręciłem tylko głową Miłosz cały, wózek cały. Co za ulga.

Jak dotarłem do domu, nawet nie pamiętam. Żonie nie opowiedziałem o tym zdarzeniu uznałem, że lepiej nie stresować Zuzanny, skoro się wszystko dobrze skończyło. Ale tego wieczoru nie mogłem przestać myśleć o tym jamniku i pierwszy raz w życiu poczułem wdzięczność do psa. Ten psiak uratował mojego syna.

Przez cały wieczór rozmyślałem o wszystkich moich spotkaniach z psami. I uświadomiłem sobie one nigdy nie chciały mi zrobić krzywdy. W istocie, próbowały mnie chronić. Zuzanna dyskretnie na mnie zerkała, dziwiąc się mojemu zamyśleniu, ale nie wypytywała o powody.

Późnym wieczorem wyszliśmy całą rodziną na krótki spacer. Przy ławce na końcu podwórza zebrała się grupka sąsiadów. Przechodząc obok, usłyszałem szepty:

Co z nim zrobić? Komu taki potrzebny?
Zajrzałem przez ramię sąsiada. Na ławce stało pudło. A w nim maleńki szczeniak. Całkiem ślepy, chyba z genetyczną wadą. Ludzie coś do siebie szeptali. Zuzanna została trochę dalej z wózkiem, czekając na mnie.

I co teraz?
Gdzie go oddać, takiego biedaka?
Nie wzięłabym takiego szeptały kobiety.

Podszedłem bliżej. Szczenię było czekoladowo-brązowe, skomliło cicho i kręciło łebkiem, szukając ciepła. Ale matki nigdzie nie było.

Zastygłem, po czym zdecydowanie zdjąłem szalik z szyi. Choć wiosna, wieczory były jeszcze chłodne.

Ostrożnie podniosłem psiaka dodatkowo miał wykrzywione tylne łapki. Kobiecy głos za mną się załamał, ktoś zapłakał.

Owinąłem malucha szalikiem, jak własne niemowlę, i powiedziałem:
No, maluchu, chyba teraz moja kolej Poznaj naszą mamę. Jest dobra i kochana, i pewnie w jej lodówce znajdziesz mleko.

Ruszyłem do uśmiechającej się, pięknej, młodej kobiety przy wózku. Przez chwilę oboje patrzyliśmy na siebie z dumą i miłością.

Tego wieczoru zrozumiałem, że strach i uprzedzenia można przezwyciężyć tylko przez akceptację i dobroć. Czasami najwierniejszego przyjaciela przynosi nam los właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Oceń artykuł
Newskey24
Od nienawiści do miłości