Nieurodziwa żona

Biuro szumiało zwykłymi rozmowami, dźwięki odbijały się od ścian niczym ślady po deszczu na szybie tramwaju jadącego przez Łódź. Wchodziła kierowniczka, Teresa Michalska, prowadząc ze sobą szarą, prawie przezroczystą dziewczynę.

Dziewczyny, poznajcie się. To Dobrosława, od dziś pracuje z wami zamiast Kuby. Awansował do centrali w Warszawie. Myślę, że się dogadacie rzuciła Teresa i zniknęła jak wiatr wśród brzozowych pni.

Dobrosława usiadła przy dawnym biurku Kuby. Wyjęła porcelanową filiżankę z niebieskim wzorem oraz małą, owalną fotografię mężczyzny w ramce z bursztynem. Weszła w pracę kompletnie, jakby znała ten świat od zawsze. Biuro wciąż rozmawiało, aż zadzwonił dzwonek na lunch wszyscy, jak na sygnał, zerwali się i ruszyli do baru pod złotym kotem, tylko Marzena została. Ciekawość zżerała jej sny, chciała wiedzieć, czyj portret postawiła nowa dziewczyna.

Spoglądający z ramki mężczyzna miał zadziwiająco pogodny uśmiech, rzędy białych jak śnieg zębów. Marzena rozważała: Może aktor? Może piosenkarz z Opola?

Cichaczem zrobiła zdjęcie, po czym poszła do baru za resztą. Dziewczyny siedziały razem, słuchając nowej koleżanki.

Z Romkiem poznaliśmy się trzy lata temu, dziwne to były okoliczności, nie uwierzycie zaczęła Dobrosława, a wszystkie niemal zanurzyły się w jej opowieści, jakby śniły ten sam sen.

Opowiadaj, opowiadaj! szepnęły chórem, stukając łyżeczkami o spodeczki.

Dobrosława popłynęła wspomnieniem trzy lata wstecz, do czasów, gdy pracowała w dużej firmie w Poznaniu. Wysyłka się pomyliła, to chyba przez logistyka albo przez nią; w każdym razie, do spółki przyszłego męża trafił nie ten towar. To ją wysłano, by rozsnuła plątaninę nieporozumień.

Była mądra i wiedziała, jak prowadzić rozmowy. Jej zewnętrzność z pozoru nie pociągała niewysoka, piegowata, brunetka, nie malowała się wcale. Szara myszka z blokowisk. Lecz gdy rozpoczynały się negocjacje, zmieniała się w aksamitnego węża. Miękko oplatała rozmówcę słowami.

Jej szef wiedział, komu ufać.

Recepcjonistka powiedziała:
Pokój 312, Romek Kalinowski.

Dobrosława weszła bez pukania. Przedstawiła się spokojnie:
Dzień dobry, Dobrosława. Przysłaliśmy wam niewłaściwy towar, logistyka zaplątała się.

Słowo za słowem rozwijała się ich rozmowa Romek patrzył na nią i nie dowierzał swoim oczom.

To ta dziewczyna, którą widział kiedyś w śnie pomyślał.

Jej rude włosy falowały lekko, oczy zielone jak lipcowa trawa patrzyły wprost, bez kłamstwa. Głos miała równy, spokojny, jakby śniła starą przyjaźń.

Dobrosława, gotowa jak zawsze do dyskretnej ofensywy, nagle usłyszała:
Darujemy wam reklamację, Dobrosławo, oby to się nie powtórzyło.

Uśmiechnęła się i odeszła jak aktorka schodząca ze sceny. Dwa dni później pod bramą biura czekał na nią Romek, jakby zaczaił się w cieniu kasztanowca.

Dobro, czekam na ciebie! zawołał z radosną miną.

Dobry wieczór, Romek, pamiętam cię z biura odpowiedziała spokojnie, nie kokietując.

Mam dwa bilety do teatru lalek, mama miała iść, ale zachorowała skłamał z uśmiechem Romek.

To mogę pójść, kiedy spektakl?

Za dwie godziny, odwiozę cię do domu się przebrać. Mamy czas.

Cwany lis! pomyślała Dobrosława.

Czekał pod jej kamienicą w Passacie. Kiedy wyszła, zaniemówił była w czarnej, dopasowanej sukience, z wieczorowym, lekkim makijażem. Nie poznał jej na chwilę śniący się cud w rzeczywistości.

Siedli obok siebie. Dobrosława znała przedstawienie i z pewnością już czytała sztukę. Po teatrze zaproponował restaurację Pod Orłem. Grzecznie odmówiła, tłumacząc się trudnymi negocjacjami następnego dnia. Odwiózł ją i odjechał.

Pod koniec tygodnia znów czekał z kwiatami, a potem poszli na spacer wśród stawów miejskich. Minęły dwa miesiące. Znów podjechał pod biuro.

Mama chciałaby cię poznać, nie masz nic przeciwko?

Marzyłam, żeby ją spotkać powiedziała cicho.

Matka Romka, Jadwiga, przyjęła ich ciepło. Pili herbatę z konfiturą z rajskich jabłuszek, ciasto z morelami, makowiec. Rozmowa płynęła swobodnie. Dobrosława opowiadała Jadwidze o babcinym przepisie na powidła, o ojcu, który zginął testując tramwaj, o matce, nauczycielce historii w liceum.

Romek odwiózł ją do domu.

Mama jest tobą oczarowana. Bardzo się cieszę powiedział.

Od tej pory widywali się codziennie, jakby wszystko wiązała miękka nić snu. Rok później pobrali się. Ślub, kawałek makowca, taniec do białego rana.

Zapadła cisza. Dziewczyny milczały, z cichą zazdrością patrząc na Dobrosławę. W głębi Marzena myślała: Co on w niej widzi? Szara myszka, nie jest nawet ładna. Ja wysokie nogi, figurka, a tylko pijacy i żonaci się do mnie przyczepiają na Tinderze.

Rozległ się dzwonek za oknem, powrót do rzeczywistości. Dziewczyny wróciły na swoje miejsca. Marzena szepnęła do Sylwii:

Spójrz, to jej mąż? Wierzysz w to? Przecież to niemożliwe! Pewnie wszystko zmyśliła

Wieczorem, gdy biuro pustoszało, Dobrosława wychodziła na mokry chodnik. Nagle zatrąbiło auto. Wysiadł mężczyzna.

Dobrosiu, jestem tu! pomachał do niej ten sam mężczyzna co na zdjęciu.

Naprawdę to jej mąż? przebiła się myśl w głowie Marzeny. Czemu nie ja? Przecież jestem lepsza…

Dziewczyny patrzyły im w ślad, każda ze swoją myślą, zagubioną na chwilę jak różowa chmurka na wiosennym niebie.

Często, widząc taką parę, rodzi się pytanie: Co on w niej odnalazł? Może to, co śnił przez całe życie. Nie każdemu piękno wystarcza z pięknymi się flirtuje, bywa, lecz żonę szuka się gdzie indziej. Ale dlaczego? Może ich trzeba spytać, gdy przeminie ten dziwny, gęsty sen.

Oceń artykuł
Newskey24
Nieurodziwa żona