Wyobraź sobie, że miałam wtedy szesnaście lat i jeszcze chodziłam do szkoły, kiedy zaszłam w ciążę. W naszym małym, podkarpackim miasteczku wybuchł z tego powodu prawdziwy skandal. Ludzie szeptali po kątach i patrzyli na mnie z ukosa, a moi rodzice nie wiedzieli, gdzie się schować ze wstydu. Tata przez długi czas nie mógł na mnie nawet spojrzeć. Lepiej byś umarła, niż tak zhańbić rodzinę! wyrzucił mi kiedyś. W końcu kazał mi jechać do babci do innej wsi, bo nie mógł już na mnie patrzeć. Tak trafiłam do starego domu babci Zofii na obrzeżach wsi. Było tam zimno i smutno, ale nie miałam co marudzić, tylko trzeba było jakoś przetrwać.
Najgorsze były ostatnie miesiące ciąży nikt mi nie pomagał i nikt się mną nie przejmował. Poród zaczął się nagle, a karetka ledwo zdążyła dojechać. Ale dałam radę. Urodziłam syna, którego nazwałam Bartosz, i wychowywałam go sama w tej babcinej chatce. Wszyscy mówili, że powinnam sobie znaleźć męża, ale nie chciałam. Żyłam i pracowałam tylko dla Bartka.
Kiedy Bartek dorósł i wyjechał do Rzeszowa na studia, ja w końcu odważyłam się wyjechać do pracy za granicę. Padło na Włochy, bo tam znajoma mogła mi coś załatwić. Nigdy nie chciałam zostawiać dziecka, ale teraz już musiałam coś zrobić dla naszej przyszłości. Włoska rzeczywistość wydawała się rajem w porównaniu z szarą codziennością na wsi. Pracowałam jako opiekunka u pewnej starszej pani, która była dla mnie naprawdę dobra. Zarabiałam całkiem przyzwoicie, a pani czasem dorzucała mi sto czy dwieście euro na drobne wydatki, po prostu z wdzięczności.
Te pieniądze pozwoliły mi przez kilka lat kupić Bartkowi kawalerkę w Rzeszowie i zadbać o to, żeby miał łatwiejszy start. Gdybyś wiedziała, jak pieniądze zmieniły Bartka Przestał nawet odwiedzać babcię Zofię. Było mi przykro, ale co miesiąc i tak przesyłałam mu pięćset euro, a resztę odkładałam z myślą o sobie, bo wracać do rozwalającej się chaciny nie zamierzałam.
Minęło kilka lat i Bartek zdecydował się na ślub. Wiadomo, to ja zapłaciłam za wesele i pomogłam kupić wszystko, co było młodym potrzebne do życia. Myślałam, że teraz już zacznę myśleć o sobie. Ale w ciągu pięciu lat doczekali się dwójki dzieci, a jak wybuchła wojna za granicą i synowa zaszła w trzecią ciążę, ja dalej musiałam im pomagać finansowo. Pomimo to udało mi się zebrać dwadzieścia tysięcy euro na własne mieszkanie. Akurat dobra koleżanka z lat młodości, Anka, sprzedawała niedużą, wyremontowaną kawalerkę. Od razu się umówiłyśmy: miałam w końcu kupić coś dla siebie.
Przyjechałam latem do Polski, żeby pozałatwiać wszystkie formalności u notariusza, i wtedy Bartek wyskoczył z nowiną: Mamo, sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy dom! Wpłaciliśmy zaliczkę, teraz potrzebujemy jeszcze 18 tysięcy euro na drugą ratę wyznał bez żadnych emocji. Jakie pieniądze?! Ja przecież zbierałam na swoje mieszkanie zaskoczyłam się. Mamo, nie możesz nam odmówić, przecież z trójką dzieci w kawalerce się nie dało żyć, a ja liczyłem na ciebie! Ale dlaczego sam nie oszczędzałeś tej kwoty? Nawet nie uprzedziłeś mnie o całej sytuacji! odpowiedziałam. Nie mogę ci dać wszystkich moich oszczędności. Mogę trochę dołożyć, ale całości nie oddam. Mamo, myślisz tylko o sobie? Nie obchodzi cię, jak będą żyły twoje wnuki?! Ależ oczywiście, że mi zależy! Przez lata wysyłałam wam po 500 euro miesięcznie, mogliście coś odłożyć.
Ty w dwa lata zarobisz na kolejne mieszkanie. Po co ci teraz? I tak zaraz wrócisz do Włoch! A jeśli coś mi się stanie? Zachoruję albo będę musiała nagle wracać? Gdzie pójdę? Do wsi, do babci Zosi rzucił. To sam się tam przeprowadź z dziećmi! odparłam już nerwowo.
Byłam twarda i nie oddałam tych pieniędzy. Po tylu latach nie mogłam znowu zostać bez dachu nad głową. Teraz Bartek się obraził i przestał się do mnie odzywać. Słyszałam, że pożyczył pieniądze od kogo się dało. Ale czy ja naprawdę muszę cały czas ich utrzymywać? Ileż można?







