Emerytka Lilia (dla wszystkich po prostu Lila) Dmitriewna z trudem przewróciła się na drugi bok, ciężko wzdychając – bolały ją stawy, nogi były mocno spuchnięte. Miała już dość chodzenia po przychodniach, była zmęczona leczeniem.

Emerytka Lidia (a właściwie Lidka, jak mówili wszyscy sąsiedzi) ciężko westchnęła i z trudem przewróciła się na drugi bok. Każdy staw dawał o sobie znać, nogi tak spuchnięte, że ledwo mogła chodzić. Zmęczenie szpitalami i badaniami przygniatało ją do ziemi.

Mieszkała sola, nigdy nie była zamężna. Syn, Tomek, urodził się dawno temu, owoc pierwszej młodzieńczej miłości. Nagle zadźwięczał domofon. Lidia z wysiłkiem podniosła się i poszła otworzyć.

W progu stali jej syn z synową. U ich nóg kręcił się czteroletni wnuczek Miłoszek, kurczowo ściskając resoraka. I ogromny pies.

Mamo, przepraszam, że tak z zaskoczenia. Zostawiamy Miłosza i Pasztecika u ciebie, musimy wyjechać na kilka dni do Krakowa. Obiecuję, że za pięć dni wrócimy i ich odbierzemy powiedział Tomek, jej syn.

Ale ja jestem chora, ledwo chodzę, ja… tylko tyle zdołała wyszeptać Lidia, podpierając się o futrynę.

Gdyby było inne wyjście, nie prosilibyśmy cię. Nie damy rady tachać ze sobą i dziecka, i psa przez pół Polski. Moja mama już jej nie ma odezwała się synowa, Dorota, i nagle zaczęła cicho łkać.

Za nią rozszlochał się Miłoszek, pies zasępił się i ziewnął ciężko. W tej chwili Lidia wiedziała, że nie ma wyboru. Muszę sobie poradzić pomyślała.

Choroba przyszła nagle, pół roku temu.

Lidii skończyło się dopiero sześćdziesiąt lat, ale w jej mieszkaniu w Lublinie nie brakowało emerytów o lasce. Zdrowie czasem nagle się kończy.

Wiedziała też, że teściowa synowej, Stefania, poważnie zachorowała. Teść, pan Jan, już dawno nie żyje. A teraz sama synowa została bez matki Nie do wiary, jak szybko można odejść. Była nawet młodsza od niej.

Syn z Dorotą już się zbierali. Lidia, czując palący ból w barku i kościach, została sama z wnuczkiem i psem.

Chłopiec tulił się do ogromnego psa, a ten łagodnie lizał jego buzię.

Miłoszku… On nie gryzie? Czemu taki wielki? Nie mogliście wziąć sobie pudla? Co to w ogóle za pies? wydusiła kobieta.

Babciu, to angielski buldog. Jest kochany! Nazywa się Pasztecik. Taki przyjaciel, naprawdę! zapewniał chłopiec, cały czas głaszcząc psa.

A trzeba z nim wychodzić? Lidia poczuła, jak ściska ją w klatce piersiowej.

Zawsze miała tylko koty, choć już od lat żaden futrzak nie mieszkał z nią. O psach nie miała pojęcia.

Serce wciąż krwawiło jej po teściowej synowej, która odeszła tak nagle.

Nie wyobrażała sobie, jak podoła zarówno energicznemu czterolatkowi, jak i wielkiemu psu, będąc sama chora.

Mięsko lubi. I kaszkę. Wyjdziemy na dwór, babciu, dobrze? już ubrany Miłoszek przyniósł jej ciepłe buty.

Nie pamiętała nawet, w czym wyszła na dwór. Miłoszek wcisnął jej smycz, sam chwycił ją za rękę. I tak wyszli.

Od tygodnia nie wystawiała nosa z domu było bardzo źle. Ale teraz, przez łzy i z trudem, pokonywała kolejne kroki; w myślach modliła się do Boga Daj mi siły! Przecież nie mam nikogo do pomocy, tylko ja mogę im teraz pomóc! Wnuk i ten pies

Pasztecik szedł spokojnie. Na spacerze nie szarpał, nie reagował na szczekające obce psy jakby sam rozumiał delikatność sytuacji.

Lidia spojrzała na niego z szacunkiem. Przyprostowała się dumnie, mijając sąsiadki na ławce, które ssały plotki jak cukierki.

Ooo, goście masz? Miałaś być chora! Jak ty dasz radę z tym dzieckiem i takim bykiem? Całkiem się rozłożysz i zdechniesz! Chłopczyk, po co ty u babci? Przecież ona ledwo żyje! I jeszcze psa ci przywieźli. Nie mają za grosz wstydu rodzice!

Zamiast ci pomóc, pojechali się bawić! trąbiła przez całą ulicę pani Zofia z piątego piętra.

Lidia poczuła, jak wnuczek mocniej ściska ją za rękę. Nawet buldog mruknął z dezaprobatą pod nosem.

Cicho, wrony! Dzieci wnuków wam nie wożą, to zazdrościcie! Sama prosiłam Miłoszka o wizytę! I wcale nie jestem chora. Ten pies to czempion wystaw, wiecie? A syn z synową nie pojechali na urlop, tylko żegnają matkę Doroty. Tak, żebyście wiedziały! wykrzyczała Lidia i pognała przed siebie, nie bacząc na własne nogi.

Nie słuchaj ich, kochanie! Babcia zawsze się z ciebie cieszy przytuliła Miłosza w windzie.

Babciu Ty nie polecisz na niebo jak babcia Stefania? Mama i tata mówią, że ona tam mieszka. Ale już i dziadek tam jest Jeśli ty pójdziesz, nie będę miał nikogo Nie odchodź, babciu, proszę, błagam cię szepnął, tuląc się do jej kolan.

Co ty, wnuczku! Jeszcze ci się babcia znudzi! Nigdzie nie idę! Będę z tobą zawsze do szkoły cię zaprowadzę, na studia. Nawet z wojska powrót doczekam! Babcia zawsze! przytuliła dziecko mocno.

Pomimo bólu przygotowała kolację. Jakoś poszła do sklepu. Wieczorem znów wyszli z Pasztecikiem pies szedł tuż obok, bez żadnych przygód.

Gdy wnuk i pies zasnęli, sięgnęła po leki. Każdy mięsień pulsował bólem, jakby przez noc kopała rowy pod blokiem. Lecz czuła, że nie ma na kogo liczyć. Ciągle słyszała w myślach płacz Miłosza tę rozpacz, gdy bał się zostać sam.

Boże, pomóż. Daj choć trochę sił, nie dla mnie, dla Miłoszka proszę modliła się cicho, w mroku kuchni.

Następnego dnia grali w samochodziki i Lidia nagle spostrzegła, że raczkuje po dywanie z wnukiem pierwszy raz od lat! Pichcili razem owsiankę, potem wykąpali Pasztecika, który wracał ubłocony jak prosiak.

Ku własnemu zaskoczeniu, Lidia obsypała psa buziakami.

Jak to się stało, że się go bałam? Przecież jest cudowny! Mądry i dobry! uśmiechała się, czule wycierając sierść.

Miłoszku, a skąd to imię? zapytała wnuczka.

Chłopiec aż się roześmiał.

Babciu, on kocha paszteciki! Tak naprawdę ma jakieś trudne imię na literę P, ale wszyscy wołają Pasztecik!

Dni mijały błyskawicznie! Przeglądali bajki na tablecie, powtarzali literki, Miłosz zaczynał składać pierwsze słowa. A Pasztecik spał w fotelu i prosił o lody lub plasterek sera.

Mamo, jak tam sobie radzisz? Przepraszam, mieliśmy sytuację bez wyjścia! Jeszcze kilka dni i wracamy. Jak ty dajesz radę, chora, z Miłoszem i tym olbrzymem? dzwonił z troską Tomek.

Daję sobie świetnie radę! Przestań się martwić. Jestem babcią, taka rola! Zostańcie tyle, ile potrzebujecie. Trzymaj Dorotę ona teraz bardzo cię potrzebuje. A zdrowie? Kto jest młodszy z każdym rokiem? Z każdą sprawą można sobie poradzić! mówiła z nową siłą Lidia.

Gdy Tomek z Dorotą wracali, wyobrażenie ich dręczyło. Lidia półprzytomna, ledwo chodząca Jak dawała sobie radę ze wszystkim?

Tomek To nie twoja mama? Tam, biega? wyszeptała Dorota.

To ona! Co ona wyrabia! wydusił.

Po podwórku biegła Lidia, grając z wnukiem w piłkę. Miała wrażenie, że nie biegała od stu lat! A za nią, piszcząc, pędzili Miłosz i Pasztecik.

Przyszedł czas pożegnania chłopczyk wtulił się w babcię i zaczął płakać.

Miłoszku! Przecież babcia do ciebie przyjedzie za dwa tygodnie! Pójdziemy na lody, na karuzelę! Obiecuję! Lidia wzięła go na ręce, które jeszcze niedawno trzęsły się tak, że ledwo mogła utrzymać czajnik.

Mamo! Przestań, przecież on waży! zaśmiał się Tomek.

To nic! Miłoszku, czekaj na babcię! Będzie dobrze! Pa, Pasztecik! Babcia wkrótce wróci i do ciebie! Na spacery pójdziemy! zaśmiała się Lidia.

To moja sąsiadka. Opowiedziała mi tę historię. Ledwo chodziła, wręcz bardzo bolała. A potem, ot tak, zaczęła wychodzić. Wszyscy na osiedlu do dziś się dziwią.

To Miłoszek i Pasztecik mnie wyleczyli. Zostało parę bóli, ale co tam! Nie wolno nam się kłaść, bo już nie wstaniemy. Nie wolno się użalać nad sobą, bo będzie tylko gorzej.

Nie zawsze lekarze i tabletki czynią cuda. Miłość potrafi. Pomyślałam co będzie z wnukiem i psem, jeśli się poddam? I wstałam! To dla nich muszę żyć!

Mam dla kogo! Więc choćby było najgorzej, idźcie! Wstawajcie! Dla tych małych rączek wnucząt, dla dzieci, mężów. Dla psów, kotów, tych, którzy na was czekają!

Pomódlcie się, zbierzcie siły, nie ma rzeczy niemożliwych. W trudnych chwilach organizm odpala ukryte pokłady mocy!

Cieszcie się każdym dniem, bądźcie wdzięczni za życie! radzi wszystkim Lidia.

Kochani, jeśli chcecie czytać więcej naszych opowieści zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o polubieniu. To nas napędza do dalszego pisania!

Oceń artykuł
Newskey24
Emerytka Lilia (dla wszystkich po prostu Lila) Dmitriewna z trudem przewróciła się na drugi bok, ciężko wzdychając – bolały ją stawy, nogi były mocno spuchnięte. Miała już dość chodzenia po przychodniach, była zmęczona leczeniem.