Kiełbasiany złodziej

KIEŁBASIANy ZŁODZIEJ

Nie sposób było nie zwrócić uwagi na tego kota. Po prostu dlatego, że codziennie kradł w moim niewielkim sklepie spożywczym w Lublinie. A robił to w taki sposób, że trudno było się złościć wręcz przeciwnie.

Czekałem zawsze z niecierpliwością na początek tego spektaklu. Nagrałem nawet kota kilka razy telefonem, żeby potem wieczorem razem z żoną się pośmiać. No i tak to wyglądało.

Kocur godzinami potrafił siadać przed otwartymi drzwiami sklepu i udawać, że tylko odpoczywa, jest zupełnie obojętny, i wcale nie planuje niczego podejrzanego. Rozglądał się tylko ostrożnie dookoła, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma nikogo. A ja chowałem się wtedy za dużą lodówką i nagrywałem tę scenę.

Wreszcie ruszał cichutko do środka, prosto do regału z kiełbasami i parówkami. Wtedy przyśpieszał, chwytał parówkę lub kawałek białej kiełbasy, i pędem uciekał z łupem. Ale głód nie pozwalał mu pobiec daleko jakieś dwa metry za sklep przystawał i od razu się zabierał za swoje śniadanie.

Wychodząc za nim, z dystansem pytałem:
Smakuje?
Kot podnosił głowę i zgadzał się wymownym miau.
No to dobrze odpowiadałem Przyjdź kiedy zechcesz.

Możecie się dziwić jak to? Kiełbasy na ladzie, nie w chłodni, na wierzchu? I parówki oraz kaszanki tak swobodnie porozkładane? A jednak to bardzo proste.

Po prostu mam dobre serce. Postanowiłem, że właśnie w ten sposób będę dokarmiał kota, bo pojawił się pod moim sklepem chudy jak patyk, wymęczony. Ale stanowczo odmawiał podejścia do człowieka i nie przyjmował jedzenia prosto z ręki. No to wykombinowałem taki napad na sklep na początku położyłem cienkie kabanosy zaraz przy wyjściu, żeby kocur, którego ochrzciłem mianem Borys, mógł sobie sam zdobyć pożywienie. Udawał, że kradnie i sam był z tego dumny.

To działało potem położone łupy lądowały coraz dalej, aż w końcu trafiły na półkę z innymi produktami, tuż przy ziemi. Tam właśnie stworzyłem punkt żywienia dla Borysa.

Borys mógłby już spokojnie po prostu wejść, wybrać coś dla siebie i wyjść, ale widzicie, tu chodziło o całą przygodę. Ukradzione smakuje przecież lepiej.

Ostatecznie postawiłem przed sklepem miseczkę z wodą, dużą miskę z najlepszą karmą dla kotów i plastikowe pudełko z piaskiem. Tuż obok stanęła nawet mała budka z kocykiem, żeby Borys miał gdzie nocować w chłodne dni.

Mimo że Borys wciąż nie dawał się pogłaskać i zachowywał rezerwę wobec ludzi, lubił sobie ze mną pogadać. Wychodziłem zawsze za nim z tą ukradzioną parówką i rozpoczynałem rozmowę, a on co chwilę, przerywając jedzenie, patrzył na mnie i odpowiadał swoimi miauknięciami.

Od jakiegoś czasu zastanawiała mnie jednak jedna rzecz Borys wyraźnie przytył, sierść mu się poprawiła, ewidentnie nie był już tym wygłodniałym włóczęgą, a jednak regularnie, dwa razy dziennie kradł parówki i znikał z nimi za rogiem. Próbowałem wiele razy zobaczyć dokąd chodzi ale zawsze udało mu się uciec z pola widzenia.

Kupiłem więc małą kamerę z dobrym obiektywem, która nagrywała obraz na mój komputer w biurze za sklepem. I wtedy, któregoś wieczora, odkryłem tajemnicę Borysa.

Z piwnicznego okienka, za rogiem domu, wyskoczył mały rudy kotek, który z niecierpliwością rzucił się na przyniesioną przez Borysa parówkę.

Jutro! Słyszysz?! Jutro masz je tu przynieść do domu! wołała do mnie wieczorem żona, ocierając łzy, wzruszona sceną. Ale to wcale nie było łatwe złapanie Borysa już nie stanowiło problemu, bo spał nawet na środku sklepu, ale malucha złapać graniczyło z cudem.

Dzień za dniem mijał, a ja podglądałem na kamerze, jak mały rudelek podchodzi i pije wodę z miski Borysa, czasem drzemał w budce, ale na najmniejszy ruch natychmiast salwował się ucieczką.

Aż pewnego dnia usłyszałem dziwny dźwięk od wejścia do sklepu. Nie było wtedy żadnych klientów.
Wyszedłem zza lady i poszedłem sprawdzić, co się dzieje.

Na progu siedział rudy kociak i wrzeszczał wniebogłosy.
Co się stało, maluchu? spytałem.
Kociak podbiegł do mnie, spojrzał prosto w oczy i popędził w stronę wyjścia. Prawie bez wahania poszedłem za nim. Za rogiem leżał Borys, cicho zawodząc okazało się, że został dotkliwie pogryziony przez psa w tylną łapę. Udało mu się wyrwać, ale rana była głęboka.

Rude maleństwo przytuliło się do Borysa i znów zapłakało.
No nic, westchnąłem.
Zdjąłem kurtkę, ostrożnie zawinąłem Borysa, a rudzielca wsadziłem do kieszeni marynarki. Drzwi sklepu zatrzasnąłem za sobą i ruszyłem do samochodu.

Pięć godzin przesiedzieliśmy u weterynarza, który leczył ranę Borysa i ją zszywał. W tym czasie zdążyłem zaprzyjaźnić się z kociakiem, którego nazwałem Iskierka. Chętnie się bawił, był niesamowicie towarzyski.

Wieczorem, jeszcze ledwo przytomnego po narkozie Borysa i rozpierałego energią Iskierka, zabrałem do domu.
Żona była szczęśliwa a co robi szczęśliwa Polka? Oczywiście dzwoni po koleżankach! I rozmawia, tłumaczy, pyta o rady, plotkuje.

Kiedy już skończyła, Borys, Iskierka i ja rozłożyliśmy się razem na łóżku.
I co teraz? mruknęła żona. Gdzie ja mam się położyć?
Ale Iskierka chętnie ustąpił jej miejsce i przytulił się do niej, mrucząc i ugniatając drobnymi łapkami.

I tak znaleźliśmy wszyscy swój dom.
Dzisiaj dwa dostojne, ogromne koty nie mają już nic wspólnego z dawnymi bezdomniakami. Czasem Borys, wspominając stare czasy, liże Iskierka po głowie, a ten nie protestuje.

A naprzeciwko, przez ulicę, przy sklepie obuwniczym, przychodzi mała, szara koteczka. Sprzedawczyni z tamtego sklepu co jakiś czas wpada do mnie po coś do jedzenia dla niej.

Może ją kiedyś też weźmie do domu?
Może kiedyś każdy kot znajdzie swój dom?
Może wtedy koty staną się takim skarbem, że trzeba będzie zapisac się wcześniej na listę i zdobyć specjalne uprawnienia, żeby dostać do domu takiego przyjaciela?
Jak myślicie czy to możliwe?

Oceń artykuł
Newskey24
Kiełbasiany złodziej