Znajomy, który obiecał mnie podrzucić do domu rodziców, okazał się mieć strasznego zeza. Wysadził mnie pod domem dziecka, kurza twarz.

Słuchaj, co ci opowiem śmiech na sali. Dawaj, wyobraź sobie bocian kiedyś postanowił mnie podrzucić do rodzinnego domu, ale trafił mi się taki zezowaty, że normalnie ręce opadają. Zamiast tam, gdzie trzeba, zostawił mnie przy domu dziecka, no jaja jak berety I od razu wszystko się zaczęło chrzanić.

Do czterdziestki jakoś się wygrzebałem z tej życiowej dziury, do której zapakował mnie ten nieogarnięty ptak. Dom własny postawiłem, żonę sobie znalazłem, używane auto też w końcu kupiłem. Zostało mi tylko coś posadzić i kogoś wychować, wiesz, jak to mówią. Z Kasią dwoje odchować damy radę, a więcej nawet nie planowaliśmy.

No i właśnie o sadzeniu, o rośnięciu i o tym paskudnym, lejącym od rana deszczu myślałem sobie, parząc kawkę w kuchni. Przeciąg majtał po mieszkaniu moimi starymi gaciami w misie, które miałem na długo przed ślubem los bywa przewrotny, nie?

Nagle, stukstuk w szybę balkonową. Myślę znowu te łobuzy kopią kamieniami w gołębie pod blokiem? Przydałby się tu bocian, by was przegonił, urwisy. Za chwilę znowu stuk! I jeszcze raz. Trzecie piętro, więc raczej to nie sąsiedzi.

Odsłaniam firankę, patrzę, a tam na balkonie w najlepsze drepcze ten sam zezowaty bocian z moich dziecięcych wyobrażeń.

Spadaj, potworze! wrzasnąłem przerażony, a kanapka poleciała na ziemię.

Przepraszam cię, Stasiu bocian wsadził swój długi łeb przez szparę otwartych drzwi balkonowych dałem plamę, wiem, przynajmniej możesz dziobnąć! Najlepiej z prawego skrzydła, jest większe.

Wynocha! próbowałem go wypchnąć z powrotem na balkon, złapałem go za szyję obiema rękoma.

Stasiu, nie wygłupiaj się, posłuchaj no mnie zaterkotał bocian.

Ty jeszcze mówić chcesz? Zaraz cię zawiążę na kokardkę, cwaniaku!

Przyleciałem z przeprosinami

Późno się kapnąłeś, nosaczu

W tym momencie zadźwięczał domofon. Kasia wróciła.

Zmykaj! rzuciłem do bociana, wypychając go na balkon. Masz zniknąć zanim wrócę!

Bez namysłu pobiegłem otworzyć drzwi.

Przepraszam, Stasiu! bocian wyciągnął łeb przez lufcik naprawdę przepraszam, wszystko naprawiłem!

Do mieszkania wpadła Kasia, cała mokra, ale rozpromieniona włosy przyklejone do policzków, oczy się świecą. Co, bociana też spotkała?

Nawet słowa nie zdążyłem powiedzieć, a ona rzuciła parasol w kąt i wpadła mi w ramiona.

Czwórka! Czwórka! piszczy uradowana na cały dom.

Jaka czwórka? patrzę na nią skołowany.

Będziemy mieli czworaczki! Cztery nasze maluchy! nie może się uspokoić.

Wtedy wszystko mi się połączyło to o czym mówił bocian i ta nasza czwórka. Wypadłem jak z procy na balkon. Zezowaty bocian właśnie odlatywał. Rzuciłem się, żeby złapać go za ogon.

Nie zdążyłem.

Wracaj, łobuzie! krzyknąłem za nim. Wracaj, nosaczu!

Naprawiłem! doleciało tylko z góry.

Odwracam się. Za mną stoi Kasia, płacze ze szczęścia. Serio, życie czasem pisze najlepsze żarty.

Oceń artykuł
Newskey24
Znajomy, który obiecał mnie podrzucić do domu rodziców, okazał się mieć strasznego zeza. Wysadził mnie pod domem dziecka, kurza twarz.