— Prosimy o wybaczenie — zaczął jeden z funkcjonariuszy. — Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem porwał jej kociaka…

Przepraszamy bardzo zaczął jeden z policjantów ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka

Słuchaj, u nas też są takie rogowe bloki. To są te budynki, gdzie dwa skrzydła łączą się pod kątem prostym, dziewięćdziesiąt stopni jak od linijki. I jak na tych wewnętrznych ścianach są balkony, to w samym rogu są od siebie oddalone, no, może z metr, może półtora.

No i właśnie

Był sobie facet i kobieta, Kasia i Tomek, mieszkali na piątym piętrze, w Warszawie, na Pradze. Pracowali w tej samej firmie, do roboty i z powrotem jeździli jednym samochodem. Pewnego popołudnia wracają pod blok, już zmęczeni, gadają o byle czym.

I tak idąc przez podwórko, widzą nagle przepychankę wataha bezpańskich psów dopadła jakiegoś kota, takiego rudego dachowca, którego pół osiedla dokarmiało, oni też. Tomek od razu pobiegł odpędzić psy, kaszlnęły, poszły, ale kot był cały pokiereszowany. Kasia podniosła go, spojrzeli na siebie i już nie było odwrotu.

Pojechali prosto do weterynarza. Tam rany opatrzone, kilka szwów, kroplówka z witaminami, antybiotyk w łapę i zalecenie przez tydzień pojawiać się codziennie na kontrolę.

No i tak rudzielec zamieszkał u nich. Nazwali go Gucio bo wyglądał jak gangster, chociaż w środku to jednak był gołębica.

Gucio już po kilku dniach poczuł się jak u siebie. Spał na kanapie, wywalał brzuch do głaskania, mruczał, oczy przewracał z błogości Kasia śmiała się:

Patrz, jaki pieszczoch nam się trafił!

Gucio czasem jeszcze się skrzywił, bo szramy ciągnęły, ale był szczęśliwy. Dopasował się do mieszkania, zmatowiałą sierść wyczyścili, niedługo lśnił jak nowy. O ulicy już nie chciał słyszeć. Wystarczyło wylegiwać się na balkonie i patrzeć na cały swój teren.

Sąsiednie balkony zupełnie go nie ruszały, aż do dnia, kiedy na tym najbliżej, prawie stykającym się z ich, pojawił się biały, puchaty kociak taki rasowy, zadbany, widać, że oczko w głowie i nie tknął szklanki mleka z brudu.

Phi, burżuj! mruknął Gucio pod nosem i śmiesznie się oblizał, odwracając na pięcie ogonem.

Ale następnego dnia dobiegł go przez ścianę cichy, żałosny płacz. Gucio nadstawił ucha. Z tego burżuja wylewała się rozpacz.

Podszedł bliżej.

Ej, mały, co się dzieje, czemu skomlisz? Obiad nie taki?

Kociak wcisnął się w kącik, perspektywa dużego, szramiastego kota chyba go mocno wystraszyła.

Co z tobą?! dopytywał się Gucio.

Wtedy kociątko, ledwo przesuwając się bliżej, wyszeptało cichutko:

Ona mnie zbiła kapciem Wiesz, jak to boli?

Gucio nie miał pojęcia. Tego już go ulica nauczyła tam bat był co dzień. Ale u Kasi była inna bajka: ciepło, miękko, bezpiecznie.

Za co cię uderzyła? spytał spokojniej.

Rano zamiauczałem, głodny byłem wyszeptał kociak.

I co? Gucio nie dowierzał.

Od razu krzyk, potem ten kapeć Bo ona lubi ciszę i porządek.

Kociak jeszcze bardziej zwinął się w kłębek.

Często cię bije? spytał Gucio coraz ciszej.

Zawsze, jak tylko lekko zamiauczę albo jak niepotrzebnie się bawię Ona mnie nie kocha. Tylko koleżankom przez telefon się chwali, że taki drogi kot, że kosztowałem tysiące złotych. A ja nie wiem nawet, co znaczy być drogim

Gucio wiedział. U Kasi słowo drogi znaczyło kochany. Tu brzmiało jak przekleństwo.

Zaczął myśleć, co zrobić. Na ulicy wiedziałby co i jak nawalać się albo uciekać, inne opcje nie funkcjonowały. Ale teraz? Dom, ludzie, miłość nie chciał stracić tego wszystkiego.

Małego kociaka zawołała właścicielka. Gucio już tylko gapił się na ślad na balkonie. Wspomniał, jak sam kiedyś, malutki, zesikał się ze strachu przed psem.

Od tego czasu Gucio przez większość dnia przesiadywał na balkonie. Ten mały miał na imię Złotek. Według Gucia raczej Chudzielec, bo szkoda było patrzeć. Złotek z czasem przyzwyczaił się do Gucia i wpadał na balkon, żeby się wyżalić.

Ona dzisiaj powiedziała, że jak nie przestanę hałasować, to wyrzuci mnie z balkonu Ma już dość sprzątania po mnie

Guciowi aż sierść stanęła dęba, kły się wysunęły.

Często słyszał wrzaski tej sąsiadki, czasem brzydkie słowa a nieraz odgłos kapcia lądującego na kocim ciałku.

Decyzję podjął już dawno. Tylko bał się, co będzie, jak się wyda.

Wyrzucą mnie myślał na pewno. Przecież nie wolno. Znowu ulica.

Ale myśl, że tej baby stać na więcej, nie dawała mu spokoju.

I tak przyszedł ten dzień. Gucio czuwał na balkonie. Usłyszał krzyki z sąsiedztwa. Złotek skulony leżał pod łóżkiem, a kobieta w szlafroku machała kapciem.

Zabiję cię, potworze! wydarła się i zamachnęła.

Nie wiedział nawet, kiedy przeskoczył ten dystans. Nagle wpadł przez okno balkonowe: nie kot, tylko demon. Ogromny rudy kocur, futro sterczy, oczy błyszczą, ogień z pyska, wizg, syk, cuda na kiju.

Tej baby więcej nie trzeba było. Kapieć jej wypadł z ręki, a po nodze popłynęło coś ciepłego. W jej oczach sam diabeł wcielony. Z wrzaskiem padła na podłogę i zemdlała.

Dziesięć minut później u Kasi i Tomka dzwonek do drzwi. Sąsiadka rozwalona, w szlafroku, z dzikim wzrokiem, za nią policjanci.

Wasz kot na mnie napadł! Okradł mnie! Ukradł mojego Złotka! Dzwonię po policję! wykrzykiwała z płaczem i wściekłością.

Kasia spokojnie: Proszę pani, nasz kot cały czas siedzi w domu, proszę bardzo, wejść, zobaczyć, żadnego kociaka nie mamy.

Policjanci wchodzą, Gucio rzeczywiście rozciągnięty na kanapie, mruczy w najlepsze.

To on! To przez niego! On ukradł mojego Złotka!!!

Przepraszam, co konkretnie ukradł? dopytuje policjant.

Mojego Złotka, kociaka!!!

Policjant wychodzi na balkon, patrzy. Tu prawie dwa metry

Drugi dopytuje: I pani twierdzi, że kot przeskoczył to z kociakiem w pysku?

Sąsiadka już się mota, rzuca się po domu, otwiera szafki, wrzeszczy Złotek! Złotek! i robi totalny bajzel.

Policjanci muszą ją uspokoić, sadzają na krześle.

Proszę pani, za taki rozgardiasz właściciele mieszkania mogą zgłosić sprawę do sądu

Ja?! wrzeszczy kobieta. Po tym, jak ich kot mnie pobił i kociaka zabrał?!

Jeśli faktycznie pani została pogryziona lub podrapana proszę pokazać miejsce.

Tamta bliska płaczu, szuka odpowiedzi, w końcu wybiega z mieszkania.

Po minucie Kasia podchodzi do niej, mówi z uśmiechem:

Przepraszam, ale czy mogłabym prosić, żeby pani wstała z mojego krzesła? Trochę niezbyt ładnie pachnie.

Sąsiadka cały czas blada, ucieka do siebie i zalatuje drzwi.

Policjanci pytają:

Będą państwo składać zawiadomienie, bo Pani chyba ma problemy.

Nie, bardzo dziękujemy mówi Kasia nie chcemy kłopotów.

Kiedy wychodzą, Tomek patrzy na Gucia śpiącego na kanapie. Ich wzrok przecina się.

Dawaj tutaj mówi Tomek.

Gucio wstaje, zeskakuje z kanapy, grzebie w szafie. Po chwili wynosi w pysku małego, trzęsącego się Złotka.

Boże mówią cicho.

Gucio układa go na kolanach Kasi. Złotek drży jak liść, wtula się w ciepłe dłonie.

No i co teraz? pyta Kasia.

Tomek kręci głową.

Nie bój się, maluchu szepcze cicho.

My kotów nie krzywdzimy głaszcze go delikatnie Kasia. A ty, Guciu jesteś ukarany. Tak się nie robi. Trzeba było inaczej.

A jak niby?! Tomek się uśmiecha. Wyrwał Złotka z rąk czarownicy, niech ma nagrodę.

Tak, idziemy na kuchnię, Guciu, dostaniesz kurczaka mówi Tomek.

Patrz na nich udaje oburzoną Kasia, jakby szukała poparcia u Złotka.

A mały wtulił się w jej dłoń, mruczy po cichu.

Kasia uśmiecha się i mówi łagodnie:

No dobrze pierwszy raz wybaczam.

Tomek z Guciem znikają w kuchni, a Złotek zostaje w ramionach Kasi, mrucząc. Wreszcie zrozumiał, co znaczy być drogim i że u dobrych ludzi słowo to ma zupełnie inny, ciepły sens.

Oceń artykuł
Newskey24
— Prosimy o wybaczenie — zaczął jeden z funkcjonariuszy. — Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem porwał jej kociaka…